2 obserwujących
159 notek
86k odsłon
  139   0

Rosyjska chęć odbudowy imperium a sprawność polskiej dyplomacji

Gdzie kończy się Rosja? Tam, gdzie chce – ten dowcip z czasów dokonywania przez Moskwę kolejnych ataków militarnych zaczyna stawać się rzeczywistością. W tej sytuacji MSZ powinno być wirtuozem grającym na wielu instrumentach. Na razie wydaje się, że pogubiło nuty.

Ruska baba – taki klucz zastosujmy do opisu sytuacji, którą kreślą eksperci. Bo ruska baba, zwana matrioszką, złożona z wydrążonych, wsadzonych jedna w drugą lalek, jest dziś odpowiednim symbolem. Ważne dla szanownych czepialskich – przedstawiam szkic sytuacji a nie książkową analizę. Każdy wątek należałoby rozbudować i warunkować.

Pierwszą, największą babą jest geopolityczna rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Wedle ekspertów, Chiny mogą być pierwszym państwem które odbierze USA światowe przywództwo. W podcaście Układ Otwarty amerykański ekspert ds. bezpieczeństwa, profesor Andrew A. Michta twierdzi, że wojna amerykańsko-chińska może wybuchnąć w ciągu pięciu lat i to mieć wpływ także na sytuację Polski. Pan Michta nie jest w tej opinii odosobniony. Inni eksperci zwracają uwagę, że o zwycięstwie jednej ze stron może zadecydować postawa Rosji. Nie ze względu na siłę, ile bardziej na położenie.

Druga baba, którą postawmy sobie na tle pierwszej, bo ułatwia to zrozumienie, że między USA a Chinami trwają zabiegi o pozyskanie przychylności Rosji.

To niby gdzie są te granice Zachodu? – zapytał Putin. I się uśmiechnął

A ta już się targuje. Kto da więcej? I co da? Targowaniu towarzyszy testowanie odporności Zachodu. Najpierw były operacje militarne na Kaukazie. Z krajów zachodnich padły okrzyki, że to niedopuszczalne, że przekraczanie granic i takie tam podobne hasła. Tak? No to weźmiemy kawałek Ukrainy – stwierdził Kreml. I znowu – skandal, agresja, Rosja doszła do granic wytrzymałości.

Dobrze, to teraz postawimy armię u wrót Ukrainy, z Białorusią przeprowadzimy wojnę hybrydową na granicy z Polską i Litwą, zastosujemy szantaż energetyczny. Tkniemy bardziej tę zachodnią cnotkę. Rezultat? – tak, tak, siadamy do rozmów, robimy telespotkanie prezydentów Putina i Bidena. Można przypuszczać, że Putin po spotkaniu się uśmiechał. Tak, jak to tylko on potrafi.

Kreml przedstawia swój punkt widzenia. Przez celownik optyczny

A teraz nowy etap targów. Rosja przedstawiła Stanom Zjednoczonym i NATO propozycje traktatów. Wśród nich są postulaty – mówiąc bardzo krótko - podważające obecność wojsk amerykańskich w różnych regionach, także w naszym. Propozycje może zostaną odrzucone w całości, może częściowo. Ważne, że ujawniają ambicje Kremla – odbudowy strefy wpływów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Zarazem Rosja i Chiny demonstrują chęć zacieśnienia współpracy.

No to wyjmijmy trzecią babę – polską politykę zagraniczną. Założenia są banalnie oczywiste. Szukamy sojuszników, także w naszym regionie, zmuszamy do uwzględniania naszego stanowiska, nie skazujemy z góry na pozycję sojusznika, który i tak pozostanie wierny. Jak wiemy, z taką polityką jest, mówiąc oględnie, duży problem, zaś pertraktacje z Rosją są prowadzone ponad naszymi głowami. Choć to my mamy za sąsiadów zagrożoną atakiem Ukrainę i satrapę Łukaszenkę, którego sądy skazały na łącznie 94 lata łagrów pięciu białoruskich opozycjonistów.

Jak to w ministerstwie ładnie, czyli czwarta ruska baba

Baba czwarta – polskie MZS. To ładnie, że minister Zbigniew Rau dyskutował w Brukseli o sprawach nie tylko Ukrainy i o sytuacji na granicy z Białorusią, ale też o relacjach UE z Afryką czy o kwestii Wenezueli. Gdybym był urzędnikiem to napisałbym, że „minister podejmuje też wiele innych, adekwatnych działań i ważnych inicjatyw”. No ale fakt pozostaje faktem – o naszych sprawach gadają nad naszymi głowami.

Wydaje się oczywiste, że w świecie targanym pandemią, kryzysami surowcowymi, inflacją, rywalizacją mocarstw, polskie MSZ powinno działać jak dobrze naoliwiona maszyna. No ale nawet tego nie widać. Tu skrzypi, tam się zacina, ówdzie wydaje skrzypiące dźwięki. Dowodzi tego prosty, wydawałoby się, przetarg na wyłonienie konsorcjum, które będzie zajmować się obsługą wniosków wizowych na Ukrainie. O sprawie już pisałem, więc teraz tylko kilka zdań.

Od ogółu do dziwacznie zakręconego diabelskiego szczegółu

Przetarg ma wyłonić firmę, która zajmie się sprawną obsługą wizową Ukraińców. Po wielu odwołaniach i dziwnych zakrętach, głównym zwycięzcą jawi się konsorcjum TLS, z udziałem m.in. firmy Personnel Service polskiego biznesmena i byłego polityka PO, Tomasza Misiaka. Niedawno Personnel Service zapowiedział wejście na warszawską giełdę. Jak wynika z medialnych doniesień, chce w drodze emisji pozyskać ok. 15-25 mln zł, które przeznaczy na realizację wizowego programu.

Wydawałoby się, że zwycięzcą przetargu powinien być podmiot mający już zabezpieczenie finansowe na realizację zobowiązań. A skoro nie, to rodzą się pytania, kiedy Personnel Service podpisze umowę? Kiedy zbuduje 18 centrów wizowych, zatrudni i wyszkoli 500 osób? Kto będzie do tego czasu obsługiwał obywateli Ukrainy? Jak to się stało, że przetarg, który miał się zakończyć przed wakacjami, dalej się kręci jak ten liść w przeręblu?

Zdaje się, że sami Ukraińcy już nie liczą na uzyskanie realnego wsparcia ze strony Polski, skoro nie wahali się zablokować tranzyt kolejowy na polskich przejściach granicznych m.in. z Chin i Rosji, żądając zwiększenie kontyngentu zezwoleń dla swoich przewoźników. Bo czego oczekiwać od państwa, które nie potrafi załatwić prostej sprawy?

Tak oto od ogółu przeszliśmy do szczegółu, bo w szczegółach tkwi diabeł. A gdzie sam nie może, tam ruską babę pośle. Kto chce widzieć całość, niech dostrzega szczegóły, one są najcenniejsze, o czym wiedzą wszystkie wywiady świata.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale