Okiem ogrodnika
Rodzina i społeczeństwo, czyli - jak żyć?
98 obserwujących
1579 notek
561k odsłon
  55   0

Spór o miedzę z geodetą w tle

Jak wiadomo krwawa wojna między Kargulami a Pawlakami zaczęła się od podorania miedzy "na cztery palce". Bo miedza na wsi to świętość, a wszelkie zmiany granic uważane były i są nadal, za największe przestępstwo.

A ponieważ za chłopa robię - zajmuję się wszak ogrodnictwem, to i ta przypadłość stała się moim udziałem. Klasyczny spór o miedzę. A jak do tego doszło i czym skutkuje?

Akurat jest letni czas na takie opowiastki, wszak ku przestrodze i pouczeniu pisane.

Zmieniając profil zawodowy, z racji wymogów formalnych, musiałem mieć minimum 1 ha ziemi, aby być uznanym za chłopa nie tylko z nazwy, ale i stanu posiadania. Niezbyt wygodnie z uwagi na odległość, ale udało mi się nabyć nico ponad hektar ziemi pod Tarczynem. Na cele stricte rolnicze to mało, ale w ogrodnictwie, gdzie liczy się raczej praca niż areał, to dość. Ziemia kiepska, ale z ciekiem wodnym - uznałem, że to dobry teren, aby tam hodować rośliny mateczne dla moich upraw pojemnikowych.

Z czasem wybudowałem tam pomieszczenie gospodarcze z myślą o przetrzymywaniu narzędzi, a i schronienia przy deszczu - ot takie konieczne działania. Doszła do tego potrzeba ogrodzenia terenu.

Pojechałem do Urzędu Miasta i Gminy zapytać, czy są jakieś wymogi związane z ogrodzeniem. Żadnych ograniczeń. No to rozpocząłem prace. I w tym momencie nastąpiła interwencja sąsiadki, że nie jest wykluczone, iż wchodzę na jej teren.


Tu potrzebne wyjaśnienie. Tak jak napisałem na początku - wieś kieruje się obyczajem, czyli ustalonymi granicami. Bywa, że jest tam jakiś kamień, ale generalnie są to ustalenia między sąsiadami. Ustalenia geodezyjne to raczej sankcjonowanie granic zwyczajowych.

Granicę między moją działką, a sąsiadki "w stanie naturalnym" wyznaczała linia budynków jej gospodarstwa, a której przedłużeniem była linia określająca granice naszych działek. Tak określona była moja posiadłość kiedy to byłem przedstawiany sąsiadom jako nowy właściciel.

Można zatem powiedzieć, że żądanie sąsiadki wykraczało poza te pierwotne ustalenia - w końcu to nie ja je określałem, a jedynie przejmowałem w posiadanie. Niemniej na wsi lepiej 3 razy stracić niż wejść w konflikt - bo jak u Kargula i Pawlaka będzie on ciągnął się przez pokolenia. Zatem - znowu pojechałem do urzędu z zapytaniem o ustalenie granic. Tam stwierdzono, że oni mają tylko mało szczegółowe mapy, a granice powinien wyznaczyć geodeta po uzgodnieniu z PODGiK w Piasecznie.

Zleciłem zatem wykonanie rozgraniczenia nieruchomości w lokalnej firmie geodezyjnej "Andal", która to firma miała swoje biuro w Tarczynie. Prace nadzorował i wykonywał uprawniony geodeta  p. Pleskot.

Cóż, okazało się, że istniała rozbieżność między naturą, a zapisami geodezyjnymi.Granice zostały stosownie przesunięte i to w sposób dla mnie niekorzystny - linia budynków gospodarstwa sąsiadki została "przekoszona", co skutkowało przesunięciem narożnika o ok. 2 m z jednej strony na moją niekorzyść, a z drugiej, od strony centrum wsi, o ok. o, 5 m na moją korzyść. Działka ma długość ok. 200 m, co łatwo przeliczyć na powierzchnię.

Wartość ziemi w tamtym czasie nie była zbyt duża, ale musiałem rozebrać już zbudowany fundament ogrodzenia. Trudno - lepsze to niż sąsiedzka animozja. Sąsiadka z triumfem rozniosła wieść "po wsi", a ja machnąłem na sprawę ręką bo kwestia nie miała dla mnie aż tak istotnego znaczenia mimo, że sugerowano mi walkę o uznanie naturalnych granic jakie zastałem.


W zasadzie sprawa powinna na tym się zakończyć. Geodeta przygotował mapki terenu z oznaczeniem punktów węzłowych określając ich położenie z opisem na mapach geodezyjnych. Wkopał też słupki geodezyjne. Z wykonanych prac sporządzony został protokół przyjęcia granic nieruchomości. Zakończeniem procesu jest przekazanie protokołu do PODGiK w Piaseczne i do tego wspomniany geodeta p. Plaskot się zobowiązał - taki jest zresztą wymóg kończący pracę.

I tu problem, bo geodeta tego nie dokonał.

Kilka lat później występowałem o pozwolenie na dobudowę budynku gospodarczego, a do tego potrzebne są mapy geodezyjne. Okazało się, że nie zostały tam naniesione zmiany wynikające z protokołu przejęcia.

W tej sytuacji udałem się do wspomnianej firmy geodezyjnej z pretensjami, że umówiona praca nie została zakończona. Były tłumaczenia, że prawdopodobnie chodzi o przenoszenia stanu map na nośniki elektroniczne i stąd zamieszanie, ale sprawa zostanie wyjaśniona. W rozmowie z Kierowniczką działu map PODGiK w Piasecznie prosiliśmy o sprawdzenie , czy nastąpiło wywiązanie się z umowy tak, aby na mapy można było wnieść stosowne zmiany. Miałem dowiedzieć się po jakimś czasie.

No i wiadomo - to nie jest kwestia "pierwszej potrzeby".


Tymczasem kilka dni temu ( w tzw międzyczasie przekazałem tę posiadłość synowi, bo ja już emeryt), syn poprosił o obecność przy ustalaniu punktów granicznych działki - wykonywanych przez inne przedsiębiorstwo geodezyjne w związku z planami przebudowy wiejskiej ulicy.

Okazało się, że protokół przyjęcia granic nieruchomości dalej nie został przekazany; gdyby był - nie byłoby potrzeby obecności przy jego ustalaniu. Wystarczyłoby sprawdzenie zgodności.

I tu ciekawostka. Tenże punkt geodezyjny określający granice działek wypadł kilkadziesiąt centymetrów od miejsca wkopanego słupka geodezyjnego (tym razem na moją niekorzyść),  a do tego nie było też tego słupka - jakoś znikł. (miejsce było wyznaczone tuż przy  słupku ogrodzeniowym - stąd pewność miejsca jego zakopania).


W tej sytuacji ponownie odwiedziłem biuro firmy geodezyjnej - tym razem już z pretensjami. Tu wspomniany geodeta, p. Pleskot po prostu wyparł się tego, że jego obowiązkiem było zgłoszenie tej pracy w PODGiK, a jak mi się nie podoba, to mogę pisać skargi.

Pożegnaliśmy się mało przyjaźnie. Cóż, chyba byłem zbyt ufny i zbyt zawierzałem ludzkiej uczciwości.

Tego typu przypadki zdarzają się dosyć często. W znacznym stopniu mogą wynikać z różnic między granicami działek ustalanymi w naturze, zwyczajowo, a zapisami geodezyjnymi. Niekiedy wynika to też z niedoskonałości dawnych urządzeń pomiarowych. Ale bywa to też wynikiem niefrasobliwości, a niekiedy i nieuczciwości geodety. Znajomy opowiadał, że nie mógł być akurat przy wyznaczaniu granic działki (gdzieś pod Mszczonowem), a geodeta przesunął mu granicę o kilkanaście metrów - straciłby ok. 0,5 ha.

Dopiero po awanturze, po wykazaniu, że jest to ewidentne przesunięcie, łaskawie zmienił punkty geodezyjne.


Niniejszą powiastkę dedykuję wszystkim posiadaczom, a i zamiarującym posiadanie. Bo często nie chodzi nawet o same granice, ale o konflikty jakie mogą na tym tle się pojawić. Bo nie jest ważne czyje, co je, ale ważne co je moje. O!!!


Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale