Krzysztof J. Wojtas Krzysztof J. Wojtas
32
BLOG

Chiny (12)

Krzysztof J. Wojtas Krzysztof J. Wojtas Kultura Obserwuj notkę 2

       Z Jiaunguan przez Urumczi do Ałmaty

 

        Zabrałem rzeczy z hotelu i pojechałem na dworzec. Tu standardowy debilizm antyterrorystyczny – przy wejściu  maszyneria do prześwietlania bagażu. Jakoś przechodzę. Pakuję plecak do przechowalni i wybieram się na spacer po okolicznych osiedlach. Nic ciekawego, a wrażenia mało estetyczne. Targówek z końca lat 50-tych wyglądał  bardziej przyzwoicie. Tam dodatkowy smutek blokowiska.

 

            Wracam na dworzec. Siadam w poczekalni i obserwuję otoczenie. Porównuję ze stereotypami jakie mam w odniesieniu do Chińczyków. (To prowincja Gansu, więc chyba Chińczycy, ale która grupa narodowościowa?).

            Pierwsze skojarzenie. Nie jest prawdą, że są „schowani” za maską twarzy pozbawionej mimiki; powiedziałbym, że ta mimika jest niesamowicie żywa. Wręcz nadmierna.

            Drugie, że ich zachowanie przesycone jest egoistyczną emocjonalnością. Już wcześniej to odnotowałem; głośna rozmowa w hotelu o 3 w nocy, poranne hałasy osób wcześnie rozpoczynających pracę itp. Być może pewien wpływ na powyższe obserwacje ma język tonowy; bardzo często zauważałem przechodzenie „na wysokie obroty” w rozmowie. Ja odbierałem to jako „wzbudzenie” ,  ale może to swoista specyfika.

            I po trzecie,  że ich reakcje emocjonalne są znacznie silniejsze niż w naszym społeczeństwie. Wśród oczekujących były grupy młodzieży (szkolnej?) zachowującej się bardziej hałaśliwie niż nasza młodzież w podobnej sytuacji. To można zaakceptować. Ale bardzo podobnie zachowywały się małżeństwa w wieku ok. 40 lat.

            Scenka z  takimi małżeństwami z dziećmi w wieku ok. 10 – 14 lat. Po wstępnych usadowieniach mężczyźni rozpoczynają grę w karty – chyba rodzaj „durnia”. Kobiety obserwują z nieprzeniknionymi minami. Dochodzi do jakiejś drobnej sprzeczki. Jedna z kobiet włącza się i to od razu z niezwykle silnie zaznaczonymi emocjami – mimika twarzy, gestykulacja, głośne wypowiedzi.  Takie typy zachowań można spotkać u nas między najwyżej dwudziestolatkami. W każdym bądź razie były na tyle inne, że zwróciły moją uwagę.

            Odprawy pasażerów jak w starych dobrych czasach. Na perony wpuszczani są tylko pasażerowie określonego pociągu. Informacja na tyle czytelna, że daje się zrozumieć, po okresie dostosowania, wszystkie niezbędne dane. Dla mnie o tyle przykre, że jedynie „mój” pociąg spóźnił się 1,5 godziny, co do znudzenia przedłużyło czas obserwacji.

            W czasie jazdy nadrobiliśmy opóźnienie, ale niemiłym zaskoczeniem było zamknięcie toalet blisko godzinę przed końcem podróży; czas toalety i później nie pałętać się po pociągu.

             W Urumczi  chciałem wejść jeszcze do hali kasowej na dworcu. Procedury antyterrorystyczne wykazały u mnie pojemnik z gazem. Chcieli mi zabrać. Obroniłem, ale na dworzec nie wszedłem. Świat na starość idiocieje.


 

            Miasto zaskakuje. Po raz pierwszy w Chinach widzę ruch samochodowy, gdzie kierowcy w miarę przestrzegają przepisy. I już na wstępie dająca się zauważyć nowoczesność przetkana slamsami. Duża ilość nowopowstających wieżowców. (Kolega, który był tam tuż po mnie, a poprzednio rok wcześniej, stwierdził, że miasto zupełnie zmieniło swój wygląd).

 

            Początkowo zmierzam iść na dworzec autobusowy pieszo, ale wobec wagi plecaka zmieniam zdanie i wsiadam do autobusu. Po męczących rozmowach znajduje mieszczący się w pobliżu dworzec autobusów jeżdżących do Ałmaty w Kazachstanie. Autobusów (wyjeżdżających prawie o tej samej porze) jest pięć i udaje mi się kupić przedostatni bilet. Uff. Chyba mam szczęście, bo stojąca za mną Rosjanka musi czekać do następnego dnia.

Targ "międzynarodowy"

            Autobus odchodzi o 20.00, a jest 10.00. Mam więc 10 godzin na zwiedzanie miasta. To dużo czasu. Kieruje się spokojnym marszem w stronę targowiska po drugiej stronie miasta. Przeglądam oferty. Kupuje jakieś drobiazgi. Bardzo podobają mi się misternie wykonane z drewna pojemniki na owoce. Kupuję jeden. I po powrocie do domu żałuję, że nie nabyłem więcej. Jeszcze zaczepia mnie dziewczyna proponując usługi towarzysko-przewodnickie. Niestety zawód i dla niej i dla towarzyszącego w pobliżu chłopaka.

 

Koszyk owocowy złożony i stojący

Jeszcze drobiazgi kupione wczesniej

            Ponownie „krosuję” miasto. Spotykam dwójkę  europejsko wyglądających chłopaków. Kanadyjczycy. Matką jednego z nich jest Polka. Trochę rozmawiamy. On jest już w podróży 5 miesięcy. Kolega prawie rok. Zamierzają powłóczyć się po Chinach do zimy, a następnie udać się do Tajlandii. A tam pomyślą co dalej. Chyba niegłupio.

 

            Mam dość. Egzotyka mnie już zaczyna bardzo męczyć. Zwłaszcza „poziom” piwa, które jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu.

            Na dworcu niesamowity rwetes. Parking zastawiony autobusami i tobołami bagażu. Czegóż to Kazachowie nie potrafią przewieźć. Wszystko się przyda. Chyba „nasze” wycieczki do Turcji na początku lat dziewięćdziesiątych były mniej barwne.

            W końcu wsiadam i „zalegam” na swoim miejscu. Autobus znacznie wygodniejszy; miejsca tylko po obu stronach – chyba 28, a nie 38 jak w centralnych Chinach. Jeszcze zatrzymujemy się przy jakimś targowisku w miejscu dawnego rosyjskiego przedstawicielstwa. W pobliżu granicy (Yening) jesteśmy rano. Wymiana resztek pieniędzy, jeszcze uzupełnienie zakupów (jeśli w autobusach w czasie jazdy bagaże udało się trochę „ubić”).

            Na granicy niesamowity ścisk. Dla Chińskich obywateli prawie bez kolejek. Reszta dziczy tłamsi się i przepycha potykając  o sterty bagażu przemieszczanego w najbardziej przemyślny sposób.

            Znanymi, narciarskimi umiejętnościami szybko pokonuję tę przeszkodę, co jedynie wymusza oczekiwanie na resztę współtowarzyszy podróży już po drugiej stronie.

            Granica  w tym przypadku jest też granicą kulturową. Zupełnie inny typ budownictwa. Brak ludzi na ulicach. Tak jakby się cofnąć do czasu komunizmu. Choć nie wiadomo, gdzie ten komunizm jest – w Chinach, czy w Kazachstanie.

 

 

 


 

             Koniec asfaltu (pojawia się tylko miejscami), teraz króluje szutr. Krajobrazy typowe dla regionu.

 

Do Ałmaty dojeżdżamy ok. 20.00.

 

O Ałmacie i początkach mojej podrózy w następnym wpisie. 

członek SKPB, instruktor PZN, sternik jachtowy. 3 dzieci - dorośli. "Zaliczyłem" samotnie wycieczkę przez Kazachstan, Kirgizję, Chiny (prowincje Sinkiang, Tybet _ Kailash Kora, Quinghai, Gansu). Ostatnio, czyli od kilkudziesięciu już lat, zajmuję się porównaniami systemów filozoficznych kształtujących cywilizacje. Bazą jest myśl Konecznego, ale znacznie odbiegam od tamtych zasad. Tej tematyce, ale z naciskiem na podstawy rzeczypospolitej tworzę portal www.poczetRP.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura