A wpis nawiązuje do „uśmiechniętego psa” Sosenki.
Kotka, psy, dzieci i żona należą do wspólnoty rodzinnej. Na zasadzie hierarchii. Wszyscy znają swe miejsce w „szyku”, a wątpliwości są tłumaczone stosownymi metodami. Wiadomo kto daje jeść i kogo trzeba słuchać, ale też Sonia – najważniejsza wśród „braci i sióstr młodszych” jest moim psem, a Krecia psem żony. Kotka jest córki.
Po jakimś kolejnym wyczynie zacząłem łajać swą podopieczną grożąc jej wyrzuceniem legowiska i miski z domu, a nawet użyciem środków przymusu bezpośredniego.
Jeśli łobuzerstwo dałoby się zobaczyć, to było ono widoczne wtedy u Soni zaczynając na nosie, a kończąc na czubku ogona, ślepiów nie pomijając.
Więcej. Ona była skłonna ponieść (ograniczoną) karę za swój czyn. Ale swoje zrobiła. A co.
Ale też i inna historia.
Właśnie o takiej porze roku jak teraz wykonywałem prace gospodarskie z użyciem niebezpiecznego narzędzia, czyli ręcznej pilarki elektrycznej. No i zdarzyło się. Już puściłem przycisk zasilania, ale źle skoordynowałem ruchy i obracające ostrze zaczepiło o mój kciuk. Tarcza „widiowa” wjechała w głąb zatrzymując się na kości, ale jej nie przecinając. Miałem rękawiczkę, więc części materiałowe przemieszały się z masą mięsno kostną. Mało sympatyczne.
Żona nakazała natychmiastową wizytę u lekarza. Ja, że wolę umrzeć. Awantura.
Podeszła Sonia. Obwąchała i zaczęła czyszczenie rany.
Mina żony na ten widok była nieszczególna. Do lekarza nie poszedłem. A Sonia z instynktem zawodowej pielęgniarki, co kilka godzin przychodziła i regularnie czyściła ranę. Przyznam, że robiła to niezwykle delikatnie, zwłaszcza przy usuwaniu resztek materiałowych.
Ponieważ początkowo rana nieco „paprała się”, wzrosła temperatura ciała, a ja niekiedy przysypiałem, to Sonia sama dbała o regularność zabiegów. Mój podziw wzbudzało zwłaszcza usuwanie kawałków zmartwiałej tkanki – potrafiła zębami odcinać kawałeczki ok. ½ mm długości.
Nie muszę chyba dodawać, że proces rekonwalescencji był znacznie szybszy niż w przypadku konwencjonalnego leczenia.
A sprawa przypomniała mi się w czasie wizyty w szpitalu, gdzie odwiedzaliśmy syna, który „nadciął” sobie palec przy rąbaniu drzewa, co wymagało interwencji chirurga.
Sugestia dotycząca zwierząt w rekonwalescencji wydawała się na miejscu, zwłaszcza, że syn jest studentem medycyny, a ma kotkę (mieszka już osobno), która potrafiła stanąć do walki w jego obronie. A kotki to przecież „kocie baby”.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)