Z punktu widzenia analityka bezpieczeństwa wojny bardzo rzadko przegrywa się na polu bitwy. Przegrywa się je znacznie wcześniej – w fazie przygotowania operacyjnego.
Jeżeli ktoś zaczyna dziś poważnie rozważać scenariusz militarnego zdobywania Bagdadu, oznacza to jedno: coś poszło nie tak na długo przed pierwszym strzałem. W nowoczesnych operacjach geopolitycznych stolice nie są zdobywane przez desanty. Stolice pękają od środka. I to właśnie jest zadanie wywiadu.
Wywiad buduje sieci wpływu, rozpoznaje pęknięcia w elitach, przygotowuje scenariusze polityczne i doprowadza do momentu, w którym władza w danym państwie traci kontrolę nad własnym systemem.
W Iraku istniały przynajmniej dwa potencjalne scenariusze takiego przesilenia.
Pierwszy zakładał presję społeczną w samym Bagdadzie. Po serii uderzeń militarnych część aparatu władzy mogła dojść do wniosku, że dalsze utrzymywanie dotychczasowego układu politycznego nie ma sensu. Drugi scenariusz opierał się na czynniku kurdyjskim. Kurdowie od dekad są jednym z najważniejszych aktorów politycznych Iraku i w wielu analizach pojawiała się koncepcja, że to właśnie oni mogą uruchomić efekt domina prowadzący do zmiany władzy.
Oba scenariusze mają jednak jeden wspólny warunek: muszą zostać przygotowane przez wywiad. Jeżeli więc nie pojawia się ani pęknięcie wewnątrz Bagdadu, ani ruch ze strony Kurdów, oznacza to jedno – zawiódł etap przygotowania operacyjnego.
A kiedy zawodzi wywiad, politycy zaczynają myśleć kategoriami najprostszymi: siła. Wtedy pojawia się pomysł, który w Pentagonie zawsze wygląda efektownie – desant śmigłowcowy i szybkie uderzenie sił specjalnych.
Historia zna już jednak bardzo podobny scenariusz.
W 1980 roku administracja prezydenta Jimmy’ego Cartera próbowała przeprowadzić operację odbicia amerykańskich zakładników w Teheranie. Plan zakładał przerzut operatorów Delta Force przy pomocy śmigłowców. Operacja – znana dziś jako Eagle Claw – zakończyła się katastrofą na irańskiej pustyni. Burze piaskowe, awarie sprzętu i chaos logistyczny doprowadziły do przerwania misji. Podczas odwrotu śmigłowiec zderzył się z samolotem transportowym. Zginęło ośmiu amerykańskich żołnierzy.
Dlatego każda koncepcja spektakularnego desantu na stolicę państwa Bliskiego Wschodu powinna automatycznie przywoływać właśnie tę lekcję historii.
Bliski Wschód jest przestrzenią, w której operacje militarne niemal zawsze zależą od lokalnych sieci kontaktów, źródeł informacyjnych i wieloletniej pracy operacyjnej prowadzonej jeszcze na długo przed kryzysem.
I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek, który rzadko pojawia się w zachodnich analizach – doświadczenie polskiego wywiadu w regionie, a szczególnie w Iraku, który bezpośrednio sąsiaduje z Iranem i od dziesięcioleci stanowi element tej samej strategicznej przestrzeni geopolitycznej Bliskiego Wschodu.
Polski wywiad przez lata posiadał jedną z najlepiej rozwiniętych siatek operacyjnych w Iraku wśród państw europejskich. Wynikało to z bardzo prozaicznego powodu: przez dziesięciolecia w Iraku działały tysiące polskich inżynierów, specjalistów i firm budowlanych realizujących kontrakty infrastrukturalne.
Pod tym cywilnym parasolem powstało coś znacznie cenniejszego – sieć kontaktów i zaplecze operacyjne, które pozwalały prowadzić realną pracę wywiadowczą w terenie.
To właśnie dlatego w 1990 roku, kiedy grupa agentów amerykańskich służb specjalnych znalazła się w Iraku bez możliwości ewakuacji tuż przed wojną w Zatoce Perskiej, Amerykanie zwrócili się o pomoc do Polaków. CIA wiedziała, że polski wywiad dysponuje w Iraku czymś, czego zachodnie służby w dużej mierze już tam nie miały – działającą siecią operacyjną.
Tak rozpoczęła się operacja „Przyjazny Saddam”. Operacją kierował oficer polskiego wywiadu płk. Gromosław Czempiński, a działania w Iraku prowadził m.in. oficer operacyjny płk. Andrzej Maronde.
Zadanie było proste tylko na papierze: wyprowadzić z Iraku sześciu agentów CIA, DIA i NSA, którzy monitorowali ruchy wojsk Saddama Husajna. Polacy wykorzystali swoją sieć kontaktów i przykryć operacyjnych. Amerykanów ukryto w polskim obozie pracowniczym, wyposażono w polskie dokumenty i wywieziono autobusem razem z robotnikami przez granicę do Turcji.
Operacja zakończyła się pełnym sukcesem.
Dla CIA był to moment bardzo wymowny – okazało się, że w regionie, w którym zachodnie służby praktycznie utraciły zdolność operacyjną, polski wywiad wciąż posiadał działającą strukturę terenową.
Dlatego dzisiejsza sytuacja rodzi pytanie, które z punktu widzenia analityka wywiadu brzmi dość niewygodnie.
Czy w obecnych analizach i planach wykorzystano wszystkie dostępne doświadczenia operacyjne państw sojuszniczych – w tym potencjał polskich służb wywiadowczych?
Jeżeli nie, trudno się dziwić, że w Waszyngtonie poziom zaufania wobec polskich struktur wywiadowczych mógł ulec erozji.
W Polsce w ostatnich dwóch dekadach wydarzyło się bowiem kilka decyzji, które z punktu widzenia środowiska wywiadowczego na świecie musiały wyglądać co najmniej niepokojąco. Bohaterowie operacji „Przyjazny Saddam”, którzy przeprowadzili jedną z najważniejszych operacji wywiadowczych w relacjach polsko-amerykańskich, zostali objęci ustawą dezubekizacyjną i pozbawieni części swoich emerytur.
Wcześniej doszło do likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, której skutkiem było ujawnienie danych personalnych wielu oficerów wywiadu oraz – co znacznie poważniejsze – danych dotyczących źródeł informacyjnych.
W świecie wywiadu takie rzeczy mają długą pamięć. Bo kiedy ujawnia się oficerów, często ujawnia się również ich sieci kontaktów. A to oznacza, że zagrożeni mogą być także ludzie, którzy przez lata współpracowali z danym wywiadem w terenie.
Na tym tle pojawiają się dziś sytuacje, które dla partnerów zagranicznych mogą wyglądać wręcz symbolicznie – jak choćby fakt, że osoba pełniąca funkcję szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego nie posiada dostępu do informacji niejawnych.
Dla analityków w Waszyngtonie czy Londynie to nie są drobne szczegóły polityczne. To sygnały dotyczące wiarygodności systemu bezpieczeństwa państwa.
A w świecie wywiadu zaufanie jest walutą ważniejszą niż pieniądze.
Jeżeli więc ktoś dziś zastanawia się, dlaczego potencjalne operacje w regionach takich jak Irak czy Iran nie opierają się na doświadczeniu polskich służb, odpowiedź może być brutalnie prosta.
Zaufanie buduje się dekadami. A traci się je bardzo szybko.
I wtedy – jak pokazuje historia – na końcu pozostaje już tylko śmigłowiec.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)