Kontynuujemy naszą refleksję o błędach i wypaczeniach epoki posoborowej. Po rozmyślaniach o liturgii przechodzimy do dialogu międzyreligijnego. W odróżnieniu od „Konstytucji o Świętej Liturgii” „Deklaracja Nostra Aetate o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich” budzi we mnie niemałe wątpliwości. Choć krótka i prawnie o wiele mniej znacząca, bardzo mocne wpłynęła na rzeczywistość Kościoła posoborowego.
Zacznijmy od kontekstu historycznego. U zarania chrześcijaństwa, i później, Kościół odnosił się negatywnie do pogaństwa. Było ku temu kilka przyczyn. Po pierwsze spadek po judaizmie, który w odróżnieniu od innych religii swojego czasu, mających zazwyczaj charakter synkretyczny, był skrajnie nietolerancyjny. Pogaństwo było złe, było złem moralnym, sprzeciwiało się jedynemu Bogu, było przeciwne rozumowi i żydzi uznawali je za bluźnierstwo. Żydzi nie mogli ścierpieć nawet tak im bliskich samarytan, a sam Jezus nazywa syrofenicjankę psem. Stan religii pogańskich za czasów pierwotnego Kościoła również pozostawiał wiele do życzenia, co ułatwiało ich krytykę ze strony chrześcijańskich myślicieli. Nie zapominajmy, że chrześcijanie szli na pożarcie lwom właśnie dlatego, że chcieli się radykalnie oddzielić od innych kultów.
Co prawda Paweł próbował dialogu międzyreligijnego na Aeropagu, ale niezbyt mu to wyszło i później unikał tego rodzaju ewangelizacji. Potem bywało, że Kościół próbował coś przejąć z innych tradycji religijnych jak np. robili to jezuici w Chinach, Indiach i Japonii w XVI-XVII wieku, ale były to wyjątki od reguły. Co prawda papieże średniowiecza zachęcali misjonarzy, aby z innych religii przejmowali do chrześcijaństwa to, co nie sprzeciwiało się doktrynie, a także wykorzystywali i uświęcali elementy drugich religii, zasadniczo jednak misjonarze rąbali święte dęby (często płacąc za to głową) i wywalali posągi Odyna lub Swarożyca. Wraz z pojawieniem się islamu przed Kościołem stanął problem obrony chrześcijaństwa przed prymitywnym monoteizmem i między innymi św. Tomasz z Akwinu zajął się tą kwestią w Summa contra gentiles, gdzie poganie według niego to przede wszystkim muzułmanie. Oczywiście były próby dialogu z muzułmanami, ale chodziło tu raczej o wzbudzenie wzajemnej tolerancji i próby współżycia, niż o jakąś wymianę intelektualną, na którą zresztą do dzisiejszego dnia muzułmanie nie mają zbytniej ochoty.
Tymczasem w epoce nowożytnej (szczególnie od XIX wieku) posunęły się w zawrotnym tempie badania religioznawcze i w tym procesie uczestniczyli również ludzie Kościoła. Nie można już była uznawać religii niechrześcijańskich za zabobon i zacofanie. Było to między innymi przyczyną napisania tej krótkiej Deklaracji. Chciano odciąć się od dotychczasowej pogardy, lekceważenia i wrogości. Deklaracja jest więc wyliczanką wszystkiego dobrego, co można znaleźć w innych religiach, sugerując, że właściwie potraktowane mogą być one drogą prowadząca do chrześcijaństwa. Ojcowie soborowi napisali nawet, że Kościół ze szczerym szacunkiem odnosi się do dobra, które jest w innych religiach. Oczywiście to była niezupełnie prawda, ponieważ do tej pory Kościół zasadniczo do innych religii odnosił się negatywnie. Tak więc Deklaracja była w praktyce Kościoła zakrętem o 180 stopni. Tak jak wcześniej wszystko w czambuł ganiono, tak teraz z prozelicką naiwnością wszystko chwalono. Niestety w Deklaracji zabrakło zwrócenia uwagi na to, jak różne religie stoją w sprzeczności z Ewangelią, a także tylko mimochodem zaznaczono, że akceptacja ziaren dobra w innych religiach nie zmienia obowiązku głoszenia wszystkim Chrystusa. W ten sposób Deklaracja nieświadomie uderzyła nie tylko w działalność misyjną Kościoła, ale także utrudniła nową ewangelizację.
Rozpoczęły się czasy dialogu międzyreligijnego, który w odróżnieniu od dialogu ekumenicznego mającego przynajmniej teoretycznie za cel przywrócenie jedności Kościoła, postawił sobie za cel … sam dialog. Chrystus i Ewangelia w kontaktach z poganami, czy z niewierzącymi, zeszły na drugi plan, natomiast pasją specjalistów od dialogu stało się poznawanie innych religii, ich afirmacja i czasami wręcz synkretyzm. Na oddziaływanie Deklaracji w epoce posoborowej nałożyły się np. teologiczne koncepcje mojego niemieckiego współbrata Karla Rahnera, który stworzył ideę „anonimowego chrześcijaństwa” faktycznie prowadzącą do deprecjacji orędzie chrześcijańskiego, negacji wyjątkowej roli Kościoła w historii zbawienia i wielu innych negatywnych konsekwencji osłabiających wolę katolików do głoszenia Dobrej Nowiny.
Moda na dialog międzyreligijny była tak silna, że jakakolwiek opozycja wobec jego wynaturzeń była traktowana jako herezja. Nawet JPII uległ pewnym nieprzemyślanym trendom, na co zwrócił mu uwagę Ratzinger po pierwszym spotkaniu w Asyżu. „Deklaracja Dominus Iesus o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła” wydana w 2020 przez Kongregację Nauki Wiary była wobec szerzącego się w Kościele religijnego synkretyzmu i relatywizmu próbą zażegnania zamieszania wywołanego przez Nostra Aetate. I bynajmniej nie było to bezpodstawne zaniepokojenie. Dla przykładu jakiś czas temu jeden z moich indyjskich współbraci przekonywał mnie, że Jezus, Mahomet i Budda to takie same postacie prowadzące ludzi do Boga. Takiej propagandzie uległ też Franciszek nieopatrznie podpisując w Abu Zabi w 2019 r. dwuznaczną deklarację "Dokument o ludzkim braterstwie dla pokoju światowego i współistnienia". Podobnym brakiem rozsądku, a może bardziej wiedzy, wykazał się JPII całując Koran, w którym wielokrotnie napisane jest, że Jezus jest wyłącznie człowiekiem, wrogów islamu należy tępić z całą bezwzględnością, a kobiety bić „w ich łożach”. Ostatecznie doprowadziło to do żenujących scen z adoracją Pachamamy w ogrodach watykańskich w obecności papieża Franciszka i jego późniejszych nieporadnych próbach tłumaczenia tego skandalu. Tak więc negatywne skutki Deklaracji Nostra Aetate zapewne jeszcze od czasu do czasu dadzą o sobie znać.
Z dzisiejszego punktu widzenia możemy powiedzieć, że Deklaracja okazała się niekompletna podkreślając jedynie promienie dobra w innych religiach, a pomijając korzenie zła. Drugim problem to brak jasnego wskazania czemu ma to otwarcie na inne tradycje religijne służyć? Czy chodzi tylko wspólne o budowanie lepszego świata, czy też poprzez wzajemne poznanie chcemy innym pokazać blask Chrystusowej prawdy? Wiem to z własnego doświadczenia, że prowadzenie dialogu międzyreligijnego w duchu wzajemnego zrozumienia prowadzi do samokneblowania. A muzułmanie na przykład gotowi są miło z tobą porozmawiać, ale zawsze na koniec grzecznie oświadczą, że to oni posiadają jedyną prawdę. Ewangelikalni protestanci myśląc bardziej prostolinijnie nie zawracają sobie głowy dialogiem, tylko głoszą Ewangelię. W ten sposób ich kościoły w krajach misyjnych rosną, a Kościół katolicki karleje, kiedy za podstawowe zadanie misjonarzy nie uważa się już ewangelizacji tylko dialog międzyreligijny, działalność edukacyjną, socjalna i kulturalną. Wydaje mi się, że czeka nas jeszcze długa droga do przywrócenia zbalansowanego podejścia do innych religii i wpisania dialogu międzyreligijnego w szerszy kontekst głoszenia Dobrej Nowiny.



Komentarze
Pokaż komentarze (22)