Chińska narracja o rzekomej dominacji innowacyjnej opiera się przede wszystkim na grze liczbami, które dla odbiorcy z Zachodu wyglądają imponująco, ale po bliższym przyjrzeniu się okazują się w dużej mierze artefaktem systemowym, a nie realnym dowodem technologicznego przełomu. W zachodnim modelu gospodarczym patent jest narzędziem ochrony komercyjnej innowacji – jego zgłoszenie i utrzymanie kosztuje realne pieniądze, wymaga decyzji biznesowej i sensu ekonomicznego. Patent zgłasza się wtedy, gdy istnieje przekonanie, że dana technologia ma potencjał rynkowy lub strategiczny. W Chinach logika ta została odwrócona. Państwo nie tylko nie obciąża wynalazcy kosztami, ale wręcz dopłaca do zgłoszeń patentowych, zwłaszcza lokalnych i regionalnych. Liczba patentów staje się w ten sposób wskaźnikiem realizacji planów centralnych, podstawą do przyznawania grantów, awansów akademickich i oceny instytucji. Skutek jest oczywisty: masowa nadprodukcja patentów, z których ogromna większość nigdy nie trafia do realnej komercjalizacji ani nie jest zgłaszana w rygorystycznych systemach międzynarodowych, takich jak PCT, EPO czy USPTO. Z punktu widzenia Zachodu milion patentów oznacza potencjalny rynek i realną technologię; w chińskim systemie bardzo często oznacza jedynie spełnienie normy statystycznej.
Analogiczny mechanizm funkcjonuje w obszarze publikacji naukowych. Chiński system badań w przeważającej mierze opiera się na subsydiowaniu liczby publikacji, a nie ich realnego wpływu naukowego. Publikowanie staje się celem samym w sobie, oderwanym od przełomowości czy replikowalności wyników. W ostatnich latach dodatkowym elementem jest szerokie wykorzystanie narzędzi automatyzujących i generujących treści, w tym sztucznej inteligencji, co pozwala produkować ogromne wolumeny artykułów przy minimalnym koszcie intelektualnym. Istotną rolę w tym ekosystemie odgrywają czasopisma Open Access o bardzo dużej przepustowości, formalnie zarejestrowane w Szwajcarii, lecz w praktyce silnie zasilane przez chińskich autorów, recenzentów i redakcje. Setki tysięcy publikacji rocznie tworzą wrażenie naukowej potęgi, ale jednocześnie prowadzą do inflacji treści i rozmycia klasycznych mechanizmów kontroli jakości. Ilość zastępuje jakość, a statystyka wypiera znaczenie.
Jeżeli jednak odejdziemy od narracji ilościowej i spojrzymy na to, gdzie powstają technologie bazowe – te, które faktycznie definiują kierunek rozwoju cywilizacyjnego – obraz zmienia się zasadniczo. Fundamenty sztucznej inteligencji, architektury modeli, algorytmy uczenia, systemy operacyjne, litografia półprzewodników, narzędzia projektowe czy standardy technologiczne wciąż rodzą się głównie w Stanach Zjednoczonych, Unii Europejskiej, Japonii i Korei Południowej. Chiny są niezwykle skuteczne w skalowaniu, adaptacji i optymalizacji cudzych rozwiązań, często wprowadzając ulepszenia inkrementalne, ale znacznie rzadziej dostarczają pierwotne przełomy paradygmatyczne. Nie jest to kwestia braku zdolności intelektualnych, lecz konsekwencja modelu, w którym innowacja jest zarządzana administracyjnie i rozliczana liczbowo, zamiast wynikać z ryzyka, konkurencji idei i presji rynkowej.
Dlatego chińska propaganda sukcesu w obszarze innowacyjności polega na mieszaniu wskaźników, które systemowo nie są porównywalne z zachodnimi. Liczba patentów i publikacji ma robić wrażenie i budować narrację o dogonieniu, a nawet prześcignięciu Zachodu, podczas gdy w rzeczywistości mamy do czynienia przede wszystkim z nadprodukcją formalnych artefaktów prawnych i naukowych. Innowacyjność nie polega na tym, ile zgłoszeń i artykułów powstaje, lecz na tym, kto kontroluje technologie bazowe, standardy i całe ekosystemy rozwoju. W tej perspektywie, mimo imponujących statystyk, ciężar realnej innowacji nadal pozostaje po stronie państw Zachodu.
Jeżeli jednak odejdziemy od wygodnej, ilościowej narracji o „innowacyjności mierzonej patentami i publikacjami”, a spróbujemy uczciwie spojrzeć na obszary, w których Chiny rzeczywiście osiągnęły realną i trudną do zakwestionowania przewagę, obraz staje się znacznie mniej komfortowy – i zarazem znacznie bardziej znaczący. Prawdziwa innowacyjność Chin nie polega bowiem na masowym zalewaniu świata statystykami, lecz na stworzeniu bezprecedensowego w skali historii systemu technologicznej kontroli społeczeństwa. To właśnie w tej dziedzinie Chiny są pionierem, laboratorium i globalnym eksporterem rozwiązań, o których zachodnia opinia publiczna mówi niewiele, a chińska propaganda – milczy.
System masowej inwigilacji w Chinach nie jest dodatkiem do państwa, lecz jego kręgosłupem. Setki milionów, a w praktyce miliardy kamer, czujników i punktów zbierania danych tworzą ciągłą, gęstą sieć obserwacyjną, sprzężoną z algorytmami analizy obrazu, rozpoznawania twarzy, zachowań i relacji społecznych. Nie jest to system pasywny, lecz aktywnie zarządzający społeczeństwem: identyfikujący, klasyfikujący, przewidujący i korygujący zachowania obywateli. Każdy, kto był w Chinach, doświadczył tego bezpośrednio – fotografowania w przestrzeni publicznej, automatycznej identyfikacji twarzy, natychmiastowej reakcji aparatu administracyjnego. Co kluczowe, dostęp do tych danych nie jest ograniczony w sposób znany z państw demokratycznych. Urzędnik, funkcjonariusz czy lokalny aparat władzy ma realny, operacyjny dostęp do informacji o tym, kto, gdzie, kiedy i w jaki sposób się porusza, komunikuje i funkcjonuje.
Drugi obszar realnej przewagi to systemowe „zaszywanie sterowania” w produktach konsumenckich. Chińskie telefony, tablety, komputery, telewizory, urządzenia IoT, a coraz częściej także samochody, nie są neutralnymi narzędziami użytkownika. Są one projektowane jako elementy szerszego ekosystemu, w którym urządzenie pozostaje w stałej relacji z producentem i – pośrednio – z państwem. Dane są aktywnie przesyłane do serwerów zlokalizowanych w Chinach, aktualizacje oprogramowania są zdalne, a architektura systemów operacyjnych i firmware’u pozostaje nieprzejrzysta dla użytkownika końcowego. To samo dotyczy aplikacji mobilnych, platform społecznościowych i gier komputerowych, które zbierają nie tylko dane deklaratywne, ale również metadane, wzorce zachowań, kontakty, lokalizację i treści komunikacji.
Szczególnie niepokojącym, a jednocześnie niemal zupełnie pomijanym aspektem, są nowoczesne samochody. Wyposażone w zestawy kamer, radarów i czujników, nieustannie rejestrują otoczenie: infrastrukturę, budynki, ruch uliczny, przestrzeń miejską. Dane te są geolokalizowane, synchronizowane czasowo i przesyłane do centralnych systemów producenta. W praktyce oznacza to, że pojazdy stają się mobilnymi platformami rozpoznawczymi, pozostającymi poza realną kontrolą nabywcy. Użytkownik kupuje sprzęt, ale nie kupuje suwerenności nad danymi ani nad oprogramowaniem. To właśnie w tym sensie chińskie produkty są innowacyjne: nie jako pojedyncze urządzenia, lecz jako elementy scentralizowanego systemu zbierania informacji.
To wszystko było możliwe dlatego, że Chiny rozwijały te technologie bez jakichkolwiek rygorystycznych ram prawnych, etycznych i społecznych, które w państwach demokratycznych natychmiast wywołałyby sprzeciw, protesty i kontrolę sądową. Brak niezależnych mediów, brak realnej kontroli obywatelskiej i pełna symbioza państwa z sektorem technologicznym pozwoliły na wdrożenie rozwiązań, które na Zachodzie pozostałyby co najwyżej eksperymentem akademickim. W Chinach stały się one codziennością, znormalizowaną i w pełni operacyjną.
Najbardziej fundamentalnym aspektem tej przewagi jest jednak coś jeszcze: zdolność do centralnego wyłączania i sterowania infrastrukturą cyfrową. Telefony, telewizory, samochody, systemy komunikacji – wszystko to funkcjonuje w architekturze, która technicznie umożliwia dezaktywację, ograniczenie lub modyfikację działania na masową skalę. To jest logiczna konsekwencja modelu, w którym sprzęt i oprogramowanie pozostają pod kontrolą jednego ośrodka decyzyjnego. W tym sensie Chiny stworzyły nie tylko system nadzoru, lecz również system potencjalnej cyfrowej blokady – narzędzie władzy o skali i sile, jakiej wcześniej nie znała żadna cywilizacja.
I właśnie o tym chińska propaganda nie mówi. Mówi o liczbie patentów, o liczbie publikacji, o statystykach, które robią wrażenie na zachodnich odbiorcach. Milczy natomiast o tym, że prawdziwa chińska innowacyjność dotyczy technologii kontroli, nadzoru i zarządzania społeczeństwem. To w tej dziedzinie Chiny są rzeczywiście pionierem. I to jest przewaga, która nie jest ani neutralna, ani obojętna dla reszty świata. Dlatego największym błędem Zachodu nie jest niedoszacowanie liczby chińskich patentów, lecz niezrozumienie charakteru chińskiej innowacyjności. Chiny nie budują przewagi tam, gdzie liczy się kreatywność jednostki, ryzyko i swobodna konkurencja idei, lecz tam, gdzie technologia staje się narzędziem władzy. System masowej inwigilacji, zaszyte sterowanie w urządzeniach, pełna zależność sprzętu od centralnego ośrodka decyzyjnego i możliwość cyfrowego „wyłącznika” to nie produkt uboczny rozwoju – to jego cel. W tym sensie chińska technologia nie jest neutralna ani uniwersalna. Jest zaprojektowana do kontroli, a nie do wolności. I to właśnie ta niewygodna prawda, a nie statystyki patentowe, powinna być punktem wyjścia do poważnej rozmowy o realnej przewadze Chin i o tym, jaką cenę świat może za nią zapłacić.
Ten system inwigilacji nie powstał po to, by „zapewniać bezpieczeństwo obywatelom”, jak głosi oficjalna narracja, lecz po to, by masowo zbierać informacje – o ludziach, o zachowaniach, o infrastrukturze, o technologiach i o świecie zewnętrznym. Jest to system poznawczy państwa, jego oczy i uszy, odpowiednik globalnej maszyny wywiadowczej działającej w czasie rzeczywistym. Dane zbierane przez kamery, telefony, routery, aplikacje, urządzenia IoT, a dziś także przez samochody, nie są celem samym w sobie. One są paliwem. Tak jak w przemyśle półprzewodnikowym Chiny nie tworzą od podstaw przełomowych technologii litograficznych, lecz próbują je odtwarzać na drodze imitacji, tak samo w sferze cyfrowej nie budują innowacji w rozumieniu zachodnim, lecz systematycznie kopiują, rekonstruują i adaptują cudze rozwiązania. Najnowocześniejsze maszyny litograficzne, jak te produkowane przez ASML, pozostają poza ich zasięgiem właśnie dlatego, że nie da się ich łatwo skopiować ani kupić. Tam, gdzie zakup jest niemożliwy, uruchamiany jest inny mechanizm: podkupywanie pracowników, wyciąganie inżynierów, transfer know-how na drodze szpiegostwa przemysłowego, często na gigantyczną skalę. To nie są incydenty, lecz model działania. Masowe zbieranie danych z urządzeń elektronicznych pełni dokładnie tę samą funkcję – umożliwia obserwację, analizę i rekonstrukcję cudzych rozwiązań, bez konieczności ponoszenia kosztów badań podstawowych, ochrony praw autorskich czy długotrwałego procesu innowacyjnego. Chińska kultura technologiczna jest w tym sensie kulturą imitacyjną: dane są zbierane po to, by kopiować, upraszczać, tanio produkować i zalewać rynek, wykorzystując tanią energię i tanią siłę roboczą, a nie po to, by tworzyć coś nowego w sensie cywilizacyjnym. Samochody, routery, telefony, sieci bezprzewodowe i całe ekosystemy cyfrowe nie są więc neutralnymi produktami, lecz elementami globalnego mechanizmu ekstrakcji informacji. I właśnie to jest prawdziwa, choć rzadko nazywana po imieniu, chińska „innowacja”: technologia podporządkowana masowemu pozyskiwaniu danych, kopiowaniu cudzych rozwiązań i budowie przewagi nie przez twórczość, lecz przez kontrolę i imitację.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)