Gdy Grzesiu zadzwonił do mnie na zastrzeżoną linię, tę co tak czerwoną lampką na aparacie błyska, najpierw zląkłem się troszkę. Czy aby słupki nie spadły, lub nie daj boże na ulicę wyszli ludziska? Na szczęście wiadomość była pomyślna. Chodziło o wycieczkę samolotem połączoną ze zwiedzaniem - all inclusive, słońce, góry, malownicze pastwiska.
Ucieszyłem się niezmiernie słysząc, że ma być gorąco jak w okolicach Maccu Pichu. Ostatnie anomalia pogodowe spowodowały bowiem, że już mniej przyjazna wydaje mi się ta cała Polska z bliska.
Trochę zmartwiło mnie, że mam ubrać się w kuloodporną kamizelkę. Oznaczało to bowiem, że tamtejsi Peruwiańczycy nie prowadzą polityki miłości, ale Grześ uspokoił mnie, że ma być bezpiecznie, a to tylko taka pijarowska zagrywka. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na globus i już za dziesięć minut wiedziałem gdzie ten cały Afganistan.
Odprężony odjechałem w kierunku lotniska. Tam okazało się, że nie będzie oficjalnych pożegnań i że to jakaś tajna misja. Gdybym wiedział wcześniej nie pakowałbym kąpielówek i ulubionych płetw do plecaczka.
Na pokładzie okazało się, że nikt nie ma ze sobą rozmówek polsko-afgańskich, a wiadomo przecież, że nic tak nie cieszy tubylca jak gość potrafiący przywitać się w rodzimym języku gospodarzy. To ewidentne niedopatrzenie rozzłościło mnie trochę i nawet powiedziałem głośno, co o tym myślę, ale okazało się że lecimy do żołnierzy i wystarczy po polsku.
Teraz wszystko zaczęło układać mi się w spójną całość. Słońce, piasek, pastwiska, kamizelka kuloodporna, żołnierze... Nagle zrozumiałem skąd to towarzyszące mi od samego początku nieprzyjemne wrażenie, że już gdzieś kiedyś słyszałem nazwę Afganistan... Chciałem zawrócić, ale na nic zdały się tłumaczenia, że nie wyłączyłem żelazka. Robiący wrrrrr samolot nieubłaganie niósł mnie w siną dal. Widząc mój niepokój Grześ obiecał zlecić Sławku Nowaku jakąś mrożącą krew w żyłach opowieść. Zasugerował talibów chcących ostrzelać konwój z moździerzy. Nie wiem co to za jedni, ale brzmi groźnie i może nawet łzy wyciska.
Gdy wreszcie wylądowaliśmy i zobaczyłem zaprzyjaźnionych kamerzystów radośnie machających w moją stronę wiedziałem, że niepotrzebne były me obawy. Nie zdradzałem nikomu, że ośmielony niedawnym sukcesem lingwistycznym ułożyłem sobie w głowie powitanie. Ostatnie spojrzenie na odręczną notatkę fonetyczną: „Dir soldżiers, łi ar prałd of ju. Jor serwis is wery important. Łi hołp...", gdy Grześ bez słowa wyrwał mi ją z ręki i wręczył gładko zapisany maszynopis:
„Jesteśmy z was dumni. Wasza służba ma sens. Polsce potrzeba waszej ofiarności. Przyjmijcie wyrazy współczucia. Zapewniam, że rząd zrobi wszystko, aby misja wojskowa w Afganistanie była zaopatrzona w sprzęt najlepiej, jak to możliwe..."
Nie czytałem nawet dalej. Zrezygnowany poczłapałem do żołnierzy. Niech ja tylko usłyszę, że pijarowsko na tej wizycie mój imydż nic nie zyska!


Komentarze
Pokaż komentarze (5)