„Dzień Świstaka" jest jednym z moich ulubionych filmów. Gdy dodam, że bardzo cenię sobie również niezapomnianą kreację Leslie Nielsena w serii „Naga Broń" oraz wysublimowany humor komedii „Głupi i Głupszy" widać, że nie warto zapraszać mnie na filmy Almodóvara. Niewiele z nich zrozumiem, więc tylko bardzo sympatycznej w sensie wyglądu kobiecie nie sprzedałbym odmownego słowa.
O „Dniu Świstaka" wspominam z tego powodu, że wczorajszy dzień był jednym wielkim derza wi. Zaczęło się od wizyty w szpitalu, gdzie rozparty w fotelu pan kierownik szatni uprzedził mnie koleżeńsko, że nie radzi zostawić kurtki, bo kradną, a poza tym on za 15 minut idzie do domu. W sumie spoko koleś, pomocny. Tak wdzięczny sobie pomyślałem i przegrzany oddaliłem się bez słowa.
Później jeszcze tylko odrapane schody i pan doktór ordynatór odpychający mnie jak jakiegoś ciurę, bo zasłaniałem mu guzik od winny, którą ktoś zainstalował w 1967 roku, bo nienowoczesna była klatka schodowa.
Gdy wspomniałem owemu obutemu w obowiązkowe chodaki przedstawicielowi zawodu zaufania publicznego o kulturze, widziałem w jego oczach pustkę świadczącą, że nie dotarły do niego moje trudne słowa.
Dalej było już z górki. Foliowe kapcie, sala szpitalna wielkości hangaru powiatowego lotniska, obowiązkowa dla wszystkich projekcja Polsatu z telewizora na monety, siostry urody posłanki Senyszyn i łuszczące się ściany. Brakowało chyba tylko jęków konających i pana Czesława hydraulika, który stanąwszy nad chorym naprawiałby w waciaku jakieś wystające przewody. Jednym słowem było tak, jak kiedyś zarejestrowała to Barei taśma filmowa.
Gdy wróciłem do domu i wykonałem czynność standardową numer dwa, czyli poprzedzone naturalnym zbluzganiem nieodłożonego na miejsce pilota włączenie telewizora, dzień świstaka się rozhulał.
Najpierw Leszek Miler, później Włodzimierz Cimoszewicz, dalej Jaruga Nowacka i Jaruzelski. Jeszcze tylko Suzin zapowiadający wtorkową konferencję prasową Urbana, a poszedłbym chyba na miasto sprawdzić, gdzie można napić się wody z sokiem z saturatora. Zrezygnowany chciałem poczatkowo włączyć Internet, ale zdecydowałem, że lepiej nie ryzykować. Szansa, że trafię akurat na reklamującą coś Rodowicz była tego dnia zbyt spora.
Pogodzony z losem postanowiłem dostosować się i ukoić nerwy w narzuconym mi stylu. Odpaliłem więc emulator automatów z lat osiemdziesiątych i zagrałem w Space Invaders, a później Donkey Konga. Lecące w tle radio nadawało, jekżeby inaczej, Eltona Johna.
Zrezygnowany poszedłem spać i śniłem, że zlizuję z dłoni oranżadkę w proszku cytrynową i ktoś mnie goni, a ja nie mogę biec, bo mam na nogach ciężkie buty Relaksy i jest sroga zima. Dalej nie wiem, bo poderwał mnie dzwonek budzika-potwora.
Następny dzień. Dzisiaj. Jest nadzieja. Kawa, papieros, Internet i wiadomość: Poparcie dla Platformy sięga sześćdziesięciu procent, a Minister Kudrycka zapowiada skok cywilizacyjny.
Czyżby naprawdę wszystko od nowa?
Jeżeli tak, to może na wszelki wypadek wstrzymajmy się jednak z tą rozbiórką Stadionu Dziesięciolecia?
Może się przydać w tych czasach, gdy tak śmiało powraca tradycja świecka, niespecjalnie nowa.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)