Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych zbliżają się wielkimi krokami. Wczorajsza debata telewizyjna kandydatów pokazała, że trudno wskazać faworyta. Przynajmniej z pozycji obserwatora znajdującego się gdzieś daleko, bo być może sami Amerykanie czują już podświadomie czyj czas właśnie nadchodzi.
Nie będę oryginalny twierdząc, że w obliczu coraz śmielej poczynającej sobie Rosji, wysyłających się w kosmos Chińczyków i jak zawsze konsekwentnie dążących do zwiększania swych wpływów w Europie Niemców, Polska powinna kibicować tylko jednemu z kandydatów.
Tamtejszy Donald, opowiadający o potrzebie obserwowania Rosji i zwiększaniu nakładów na edukację przedszkolną na pewno nie jest człowiekiem, który w razie zagrożenia powie twardo, że nie ma zgody na Imperium Zła odrodzenie.
Oczywiście John McCain też niekoniecznie to zrobi, ale przynajmniej być może.
Dlatego też, wiedząc, że w tej sprawie nic nie mam do zrobienia, mogę mieć tylko nadzieję, że nie tylko amerykańska Polonia dobrze rozważy swój wybór i zanim zagłosuje odpowie sobie na jedno proste pytanie:
Baracka Obamę czy McCaina widziałaby chętniej zbrojąca się Rosja na amerykańskim tronie?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)