Gdybym był starszym wiekiem młodym intelektualistą świadomym, zapewne znałbym tytuł „Nieznośna lekkość bytu" nie tylko dzięki felietonom kogoś tam w tygodniku „Polityka", ale również dzięki lekturze książki, która jest teraz znana z tego, że jest ważna, znana i kształtowała pewne pokolenie.
Tak się jednak w moim życiu poukładało, że chociaż powieść Kundery posiadam w wersji elektronicznej i w każdej chwili mógłbym zacząć ją czytać chociażby na telefonie, to zawsze gdy za nią się zabierałem, coś ciekawszego do czytania wpada mi w dłonie.
Teraz, gdy Milan Kundera okazał się być kapusiem, którego donos mógł pozbawić życia przyjaciela koleżanki, ale szczęśliwie podarował mu „tylko" 14 lat w więzieniu, mój stosunek do tego autora i słynnej tytułem powieści nie uległ zmianie.
Nadal idealnie wręcz zwisa mi i powiewa kojarząc się niezmiennie z głęboko intelektualnymi mądrościami ludzi, których umownie i na własny użytek nazywam Żakowskimi.
Może tylko bardziej się w duchu z nich śmieje i żałuje, że tegoroczny Nobel literacki już znalazł właściciela, bo nie chce mnie opuścić niezmiernie lekkie przekonanie, że gdyby sprawa z kapowaniem parę dni wcześniej się rypnęła, w Polsce kandydatem do niej Kundera byłby murowanym.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)