Znowu nie wiem, co się dzieje w polityce. Oczywiście rozumiem, że kwestia reprezentacji Polski na szczycie w Brukseli może rozgrzewać do czerwoności publikę, ale trudno mi jednak przyjąć do wiadomości aż tak długie podniecanie się tym konfliktem.
Zastanawiałem się ostatnio, komu bardziej na rękę jest ta cała szopka z Donkiem, co nie chciał wziąć pod swoje skrzydła Kaczki i doszedłem do wniosku, że to znowu nic więcej jak tylko łaszenie się do swojego elektoratu, bo każdej ze stron tego „konfliktu" przysparza on tylko podobną do już posiadanej klakę.
Inteligencka młodzież wielkomiejska spod znaku Mędrca Wałęsy i Szkła Kontaktowego wie przecież wyśmienicie, że Donald forever i tylko on, ładny i elokwentny, powinien nas reprezentować w świecie.
Odwrotnie prostaczki z małych miasteczek, względnie wielkomiejscy robole, którzy też mają swoje mądrości i koniecznie chcą widzieć, oczywiście na złość premierowi, Kaczora na zagranicznym występie.
Per saldo wychodzi więc na remis i suma posiadania po każdej ze stron konfliktu mniej więcej się bilansuje. Pozostaje więc raczej pogodzić się z tym faktem i przyjąć do wiadomości, że pijarowcy każdego z obozów też na pewno wiedzą, że jest tak, a nie inaczej.
Otwartą kwestią pozostaje jednak sprawa konstytucji, której zapisy zdają się pozwalać przynajmniej na dywagacje w temacie prezydenta i premiera kompetencji. Jest to o tyle ciekawe, że od jej uchwalenia minęło już trochę lat i jak dotąd obyło się bez większego (a przynajmniej nie tak głośnego jak ten ostatni) zgrzytu w tym zakresie.
Przyczyn może być kilka.
Mnie najbardziej przekonuje teoria, że autorzy ustawy zasadniczej nie wzięli pod uwagę takiej możliwości, że prezydent i premier są w konflikcie.
W końcu podział władzy przy okrągłym stole powinien wykluczać takie scysje, a histeria po wygranej Kaczek zdaje się potwierdzać, że zostały zakłócone pewne pisane bądź niepisane nowe i świeckie tradycje.
Myślę sobie zatem, że to całkiem prawdopodobne i możliwe do przyjęcia wyjaśnienie, które podzielić mogą nawet młodzi i dynamiczni, jeżeli oczywiście odrzucą oszołomską interpretacje przyczyn braku precyzji twórców konstytucji.
Jestem również przekonany, że jest ono znacznie przyjemniejsze od smutnej i kompletnie spiskowej konstatacji, że prezydent i premier wiedzą doskonale, że ich głos i tak się nie liczy, więc całe to zamieszanie jest tylko jednym wielkim spektaklem mającym dostarczyć kojącej nerwy rozrywki tubylczej publice.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)