Oglądałem wczoraj pierwszy raz w życiu TV Silesia. Najpierw informacja o lokalnym mistrzu kierownicy, który wjechał w pamiętający „Turnieje Miast" dom handlowy „Zenit", a później rozmowa znanego z TVP Marka Czyża z niejakim Eugeniuszem Kłopotkiem.
„Szkoda, że się biorą za „wielką politykę" zamiast na lokalnych sprawach się skoncentrować". Tak właśnie sobie pomyślałem widząc w studio sympatyczną twarz posła ludowego, bo do głowy mi nie przyszło, że u nas na Śląsku magister inżynier zootechnik z Chojnic może o jakichś sprawach lokalnych debatować.
„No, chyba, że to program satyryczny." - przez ułamek sekundy w mózgu mi zaświtało i patrząc na montypajtonowskie w formie oblicze Eugeniusza aż (wstyd przyznać) głośno się roześmiałem.
Okazało się, że jednak nie. To była zwyczajna rozmowa. O sprawach śląskich jak najbardziej. A dokładnie o Marianie Ormańcu (lat 45) - ojcu pięciorga dzieci grających na instrumentach ludowych.
Lecz to nie muzyczne pasje pociech Ormańca samego Kłopotka na Śląsk sprowadziły. Jak dowiedziałem się z dalszej części rozmowy, powodem było odwołanie ze stanowiska wicemarszałka województwa śląskiego wyżej wymienionego wąsacza - mieszkańca Gilowic.
Jeżeli ktoś mniej bystry (a skądinąd wiem, że bywam czytany przez elektorat Platformy) w tym miejscu jeszcze się nie domyślił, co odwołania (człowieka z PSL...) mogło być przyczyną, śpieszę wyjaśnić, że ujawniony przez media nepotyzm oczywiście, bo cóż niby innego?
I właśnie to haniebne naruszenie dóbr ludowca na Śląsk Eugeniusza sprowadziło. Wyjaśniał w studio, że nie można tak łatwo ferować zarzutów o kumoterstwo, bo przecież co biedny rolnik poradzi, że w posły go wybrali? Ma tylko z tego powodu rodzinie licznej posad żałować, choć chłopy to kompetentne i robotne niebywale? No naprawdę, bez przesady.
Przyznaję, że Eugeniusz przekonująco, nie mniej niż Wałęsa zapewniający, że nie współpracował, wypadł wczoraj w śląskiej telewizji. W każdym razie prawie się wzruszyłem. Niestety zaraz przyszli znajomi i nie dane mi już było głębiej nad dramatem wyrwanych ze swych środowisk, miażdżonych ciężkim gumofilcem miastowej kariery ziomka, szeregowych członkach rodzin ludowców głębiej się zastanowić.
Chociaż nie do końca. Jedna, prymitywna jak zawsze, myśl przyszła mi po tym wywiadzie do głowy. A dokładniej, przypomniał mi się pewien stary kawał, chyba w „Berach i bojkach Śląskich" Stanisława Ligonia wyczytany. Szedł on mniej więcej tak:
Stracił się jeden mamlas kajś na Załężu. Wreszcie widzi, że ktoś idzie, więc uradowany, że z kłopotu go wybawi pyta:
-Pan wybaczy, jestem z Sosnowca, którędy do kopalni „Kleofas"?
-Wybaczom... - pedzioł mu ten inkszy i polaz dalej.
Pomyślałem sobie więc wczoraj po tym fascynującym wywiadzie, że w nowej wersji kawału można by kopalnię „Kleofas" na przykład na Plac Sejmu Śląskiego zamienić, a Sosnowiec na PSL i pasowałoby idealnie.
Chociaż po zastanowieniu i tak z drugiej strony...
Przecież głowy sobie uciąć nie dam, że jak dłużej będą się u nas tacy szwendać, to tak lekko im pozapominamy.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)