Lead: AfD wygrała w Saksonii-Anhalt z wynikiem 43,8%, zostawiając CDU daleko w tyle. To nie jest jeszcze przejęcie władzy w Berlinie, ale jest to polityczny sygnał ostrzegawczy — także dla Polski.
Niedawno napisałem tekst:
„Niemcy patrzą z niepokojem: człowiek, Ulrich Siegmund, o którym jeszcze usłyszymy”
Pisałem tam:
„Saksonia-Anhalt może być pierwszym landem, w którym AfD realnie sięgnie po władzę. A Siegmund nie jest politykiem krzykliwym, odpychającym ani łatwym do zlekceważenia. Przeciwnie: niemiecka prasa opisuje go jako człowieka uprzejmego, uśmiechniętego, przystępnego. Takiego, który pamięta nazwiska sympatyków, potrafi rozmawiać z ludźmi i sprawia wrażenie »normalnego chłopaka z sąsiedztwa«”.
I stało się.
Według wstępnego wyniku wyborów do landtagu Saksonii Anhalt z 6 września 2026 roku AfD uzyskała 43,8% głosów, a CDU 17,2%. Różnica wyniosła więc aż 26,6 punktu procentowego.
To już nie jest sondażowy straszak. To nie jest chwilowy kaprys wyborców. To jest polityczne trzęsienie ziemi.
AfD nie zdobyła samodzielnej większości, ale osiągnęła coś równie ważnego: pokazała, że może być pierwszą siłą polityczną w niemieckim landzie. A to oznacza normalizację partii, którą jeszcze niedawno niemiecki establishment próbował trzymać za szybą z napisem „nie dotykać”.
Czy znacie Ulricha Siegmunda?
W Polsce to nazwisko wciąż brzmi dość obco. W Niemczech już dziś wywołuje narastający niepokój. Siegmund, lider AfD w Saksonii-Anhalt, rocznik 1990, od 2016 roku poseł do tamtejszego landtagu, nie pasuje do prostego obrazka politycznego ekstremisty z wiecu. Nie krzyczy tak, jak niektórzy oczekiwaliby od polityka AfD. Nie odstrasza formą. Przeciwnie — sprawia wrażenie spokojnego, przystępnego, „normalnego” człowieka”.
I właśnie dlatego jest politycznie groźniejszy.
Bo najskuteczniejsze przesunięcia polityczne nie zawsze przychodzą z wrzaskiem. Czasem przychodzą z uśmiechem, z dobrze dobranym garniturem, z hasłem o normalności i z obietnicą, że ktoś wreszcie „odda ludziom ich kraj”.
Dla Polski ten wynik powinien być poważnym ostrzeżeniem.
Nie dlatego, że jutro ktoś w Magdeburgu czy Berlinie zakwestionuje granicę na Odrze i Nysie. To byłoby zbyt proste. Oficjalnie największym problemem nie jest dziś bezpośrednie zagrożenie militarne ze strony AfD.
Problem jest strategiczny.
AfD opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych wobec Rosji, poprawą relacji z Moskwą i ponownym uruchomieniem Nord Streamu. W swoim programie wskazuje też, że Ukraina powinna być państwem neutralnym, poza NATO i Unią Europejską.
A to uderza dokładnie w podstawowy interes Polski.
Polski interes polega na tym, by Rosja była trzymana jak najdalej od naszych granic, by Zachód nie wracał do polityki interesów robionych z Kremlem ponad głowami Europy Środkowej i by Ukraina nie została wypchnięta do szarej strefy między Zachodem a Moskwą.
AfD nie musi więc machać mapą z dawnymi granicami, żeby być dla Polski problemem. Wystarczy, że będzie przesuwać Niemcy w stronę polityki: dogadajmy się z Rosją, odbudujmy tani gaz, zakończmy sankcje, Ukraina niech zostanie neutralna, a Europa Środkowa niech się nie wtrąca.
Brzmi znajomo?
Dlatego najbardziej osobliwe jest dziś zachowanie części polskiej prawicy. Ci sami ludzie, którzy na co dzień krzyczą o niemieckim zagrożeniu, potrafią jednocześnie cieszyć się z sukcesu partii, która chce normalizacji relacji z Kremlem, zniesienia sankcji wobec Rosji i odbudowy Nord Streamu.
To już nie jest realizm polityczny.
To jest odruchowe kibicowanie każdemu, kto wali w migrantów, Brukselę i „liberalne elity”. A że przy okazji pachnie to interesem Putina?
Szczegół, prawda?
Witam więc znawców tematu.
Przecież Niemcy to najpopularniejszy kraj polskiej emigracji. Miliony Polaków żyją, pracują albo mają rodziny za Odrą. Dlatego warto pytać nie tylko o to, co AfD oznacza dla Niemców, ale także o to, co oznacza dla Polaków w Niemczech, dla Polski i dla całej Europy Środkowej.
Obserwuję zachodnie media, głównie niemieckie, i jedno rzuca się w oczy: wokół AfD narasta nie tylko protest, lecz także emocjonalna mobilizacja.
Pod niemieckimi materiałami wyborczymi komentarze są pełne entuzjazmu:
„Wielkie, serdeczne podziękowania dla zespołu AfD.
„To są dokładnie ci Niemcy, których znałem i których chcę odzyskać”.
„Jesteście zbawieniem wspaniałego kraju”.
„Teraz wiem, że uratujemy naszą ojczyznę”.
„Wspaniały promyk nadziei na końcu tunelu”.
I takich komentarzy jest setki, jeśli nie tysiące.
Nie chcę robić prostego porównania z dojściem Hitlera do władzy, bo historia nigdy nie powtarza się jeden do jednego. Takie porównania często więcej zaciemniają, niż wyjaśniają.
Ale warto pamiętać o jednym: tamto też nie zaczynało się od razu od obozów i wojny. Zaczynało się od entuzjazmu. Od poczucia krzywdy. Od tęsknoty za „prawdziwymi Niemcami”. Od wiary w silnych ludzi. Od przekonania, że ktoś wreszcie zrobi porządek i „uratuje ojczyznę”.
Dziś nikt rozsądny nie powinien udawać, że dzieje się dokładnie to samo.
Ale nikt rozsądny nie powinien też udawać, że nic się nie dzieje.
AfD w Saksonii-Anhalt nie jest lokalną ciekawostką. To test. Jeśli ta partia może tam wygrać tak wysoko, to jutro może jeszcze bardziej przesunąć całą niemiecką debatę. Nawet bez samodzielnego rządzenia może zmuszać CDU i inne partie do przejmowania części jej języka, tematów i lęków.
A wtedy pytanie nie brzmi już tylko: czy AfD będzie rządzić?
Pytanie brzmi: jak bardzo zmienią się Niemcy, zanim jeszcze formalnie przejmie władzę?
I drugie pytanie, dla nas ważniejsze:
Czy Polska naprawdę może sobie pozwolić na luksus kibicowania niemieckiej partii, która w sprawach Rosji, Ukrainy i Nord Streamu stoi po stronie dokładnie przeciwnej polskiemu interesowi strategicznemu?
Bo można nie lubić Berlina. Można nie lubić Brukseli. Można mieć alergię na niemieckie pouczanie. Sam ją rozumiem.
Ale mylenie niechęci do niemieckiego establishmentu z zachwytem nad partią, która chce otworzyć Niemcy na układ z Moskwą, to już nie polityka.
To krótkowzroczność.
A w naszej części Europy za krótkowzroczność wobec Rosji zwykle płaci się bardzo drogo.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)