9 obserwujących
143 notki
130k odsłon
108 odsłon

Narzekanie (części) przedsiębiorców na niejasne (?) warunki pomocy Państwa.

Wykop Skomentuj2

Nieprzypadkowo użyłem nazwy "Państwo", bowiem wszelka pomoc dla przedsiębiorców, pracowników czy innych podmiotów w okresie pandemii oznacza pomoc Państwa jako zbioru obywateli Polski na zdefiniowanym obszarze. Część Obywateli płaci podatki i/lub ponosi inne koszty narzucane przez Państwo jako określone prawem zobowiązania. Środki te wpływają na konta bądź władz centralnych wybieranych w wyborach krajowych, bądź lokalnych, wybieranych w wyborach samorządowych. Tak na szczeblu centralnym, jak i lokalnym władze mogą też czasowo pozyskiwać środki poprzez emisję różnego rodzaju papierów dłużnych. 

W sytuacji kryzysu Państwu zagraża zmniejszenie się wpływów budżetowych oraz, jeszcze groźniejsze zjawisko, zmniejszenia się liczby podmiotów zapewniających wpływy budżetowe i w dalszej perspektywie trwały spadek kwoty dochodów. Zwłaszcza, jeśli kryzys przerodzi się w depresję. Tu mała uwaga: wielu komentatorów myli pojęcie kryzysu czyli krótkotrwałego załamania się gospodarki od depresji, czyli długookresowego, trwałego wyhamowania. I dlatego skutki kryzysu można "załatać" doraźną emisją papierów dłużnych, które następnie stopniowo się wykupi, co przychodzi tym łatwiej, im szybciej gospodarka powróci do normy. Nawet jeśli część podmiotów gospodarczych wypadnie z gry, to na ich miejsce pojawiają się inne, często bardziej efektywne. Przykładem takiego procesu był tzw. kryzys naftowy z początku lat siedemdziesiątych, kiedy to producenci ropy naftowej uderzyli w kraje rozwinięte podwyżkami cen tego surowca. Ta wojna gospodarcza skończyła się ich klęską, bo już po dekadzie ceny ropy nominalnie wróciły do poprzednich poziomów, ale realnie (czyli z uwzględnieniem inflacji) stały się niższe, niż przed kryzysem.

W obliczu zagrożenia depresją Państwo może czasowo wesprzeć podmioty zagrożone upadłością redukcją obciążeń fiskalnych i/lub różnymi formami dotacji podmiotowych i/lub przedmiotowych. Z natury rzeczy środki finansowe mogą być tu pozyskiwane w zasadzie tylko na drodze emisji różnych papierów dłużnych. Powinny one być długoterminowe, tak aby okres ich zapadalności kończył się już w przewidywanym okresie koniunktury. Należy unikać rolowania długów (jak ja nie lubię tego terminu w jego spolszczonej wersji, ale innego odpowiedniego brak!), bo z reguły nabywcy kolejnych emisji z góry przeznaczonych na spłatę starych domagają się wyższych rentowności i kraj popada w chroniczne zadłużenie. Przykłady mamy w Europie.

Cała sztuka zarządzania, a dokładniej strategii wyjścia z kryzysu, opiera się na zbilansowaniu jak najmniejszych kosztów (wzrostu zadłużenia) danego Państwa celem maksymalnego złagodzenia skutków kryzysu dla podatników, a w końcowym efekcie uniknięcia kryzysu i trwałego zmniejszenia wpływów podatkowych dla Państwa.Zadanie to jest bardzo trudne, bowiem w chwili podejmowania decyzji o skali interwencji Państwa nikt tak naprawdę nie wie, jaka ta skala ma być. W dodatku w krajach demokratycznych zbyt mała skala pomocy Państwa zostanie przedstawiona przez opozycję jako wepchnięcie kraju w biedę, zbyt duża - jako marnotrawstwo środków publicznych. W przypadku idealnego doboru środków przez Rząd opozycja będzie miała do wyboru albo oskarżanie o marnotrawstwo, albo o niedostateczną pomoc. W skrajnych przypadkach oskarżenia mogą mieć charakter równoległy: pomoc była za mała, i w dodatku zbyt hojna dla pewnych grup (szczególnie kiedy akurat szwagier danego działacza opozycji na żadną formę pomocy się nie załapał).

W przypadku naszego kraju opozycja nie zwleka i od razu krytykuje, nawet nie czekając na szczegóły i rezultaty akcji. Pewna kandydatka to jest szczera do bólu i przyznaje, że to wszystko jest do niczego. Zresztą wszystko dla niej jest do niczego. Jak ona sama. Problem (dla rządzących) zaczyna się wtedy, gdy do gry włączają się tzw. komentatorzy i ekonomiści oraz przedsiębiorcy i ich reprezentujące (bardziej lub mniej, niekiedy wcale) organizacje.

Przykładowo w programie poświęconym sprawom gospodarczym w pewnej telewizji dziennikarz podpiera się sondażem, z którego wynika, iż 37% ankietowanych przedsiębiorców "nie rozumie warunków przyznawania pomocy". Co dla dziennikarza jest dowodem, iż Rząd wszystko źle robi. Dziennikarz ekonomiczny powinien umieć liczyć do stu i widzieć, iż dla 63% ankietowanych kryteria przyznawania pomocy i sposób występowania o taką pomoc są jak najbardziej jasne. I spróbować jakoś połączyć te 63% rozumiejących z tymi "nie rozumiejącymi", aby tym drugim pomóc wreszcie zrozumieć. Nie mam zamiaru nikogo deprecjonować, ale wniosek o pomoc jako dokument formalny o przyznanie pomocy ze środków publicznych z natury rzeczy musi zawierać pewne formalne sformułowania i unikać dowolności i/lub uznaniowości. Dokument prosty i zrozumiały dla każdego, ale formalnie niezgodny z obowiązującym prawem może być podstawą do kwestionowania przyznanej pomocy, jeśli nie przez inne podmioty krajowe, to choćby na gruncie prawa unijnego, które bardzo, bardzo rygorystycznie podchodzi do formalnej strony przyznawania jakiejkolwiek pomocy publicznej, nawet podmiotom państwowym! Vide casus polskich stoczni. Środki rozdawane w trybie "kryzysowym" mogą (a nawet powinny!) za jakiś czas zostać ponownie zweryfikowane w trybie "normalnym". Inaczej mogą trafić do wyłudzaczy, którzy i tak zawsze się znajdą, ale niech przynajmniej nie będą zawsze bezkarni z powodu braku formalnych podstaw do postawienia im zarzutów. Aby nie mogli się wykręcić prostym stwierdzeniem: dawali, o nic nie pytali, więc brałem...

Darujmy już sobie omawianie uwag w stylu "pomoc jest zbyt wolna", "wnioski są zbyt wolno realizowane", zwłaszcza jeśli krytykant nie podaje kryteriów czasowych. Co dla jednych jest wolne, dla innych mniej. Jak w klasycznej definicji odczuwania czasu trwania jednej minuty: zależy od tego, po której stronie zamkniętych drzwi do ubikacji odczuwający się znajduje.

Wśród krytyków instytucjonalnych też są różne podejścia. Przytoczę dwa: Konfederacja Lewiatan znana z braku sympatii do obecnego Rządu krytykuje, jak może, skalę i zakres pomocy publicznej, ale przynajmniej na swoim portalu podaje opracowane przez swoich specjalistów poradniki jak uzyskać pomoc z linkami do stron rządowych. Czyli służy tym, których chce reprezentować. Na drugim biegunie jest kandydat na prezydenta w białych okularach, który publicznie lamentuje nad biednymi przedsiębiorcami, podając jakieś jednostkowe, anonimowe przykłady, a na swojej stronie publikuje jedynie swoją niechęć do rządzących. Urządzanie zadym w Warszawie w żaden sposób nie pomoże przedsiębiorcom. Zresztą obiektywnie patrzący ludzie podobnie komentują demonstracje tzw. żółtych kamizelek we Francji. Dążenie do destabilizacji danego kraju zawsze budzi podejrzenia o działania w interesie innego, konkurencyjnego kraju. Jeśli nie o zwykłą bezmyślność i zwyczajną, złą wolę.

Bo trzeba sobie umieć powiedzieć: w sytuacjach nadzwyczajnych zawsze będzie ktoś pokrzywdzony przez los. Jak po wygranej wojnie obronnej: kraj ocalony, obywatele wolni, ale ... pozostaną rodziny poległych oraz inwalidzi wojenni, którym nikt i nic nie pomoże powrócić do poprzedniego stanu. A opozycja zawsze ma wiele różnych dróg do zmiany swego stanu na stan "rządzący", nie tylko na drodze generowania zamętu. No, chyba że nic innego nie potrafi... 


Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka