Pupilla Libertatis
Jestem sarmatolibertarianinem. Myślę, politykuję, rozważam, polemizuję, szukam, prowokuję, dyskutuję, dociekam, analizuję, filozofuję.
153 obserwujących
1894 notki
2404k odsłony
  1199   4

Jak przetrwać III wojnę światową? Poznajcie nieoczywistą odpowiedź...

Najlepiej przetrwać wojnę tak, by ją wygrać. To oczywiste. Jak tego dokonać piszą specjaliści w kwestiach militarnych i geopolitycznych - więc nie będę się tym zajmować. Interesuje mnie to jak przetrwać wojnę indywidualnie, gdy ona trwa. No i jak z rodziną przetrwać przegraną wojnę.

       Zacznę od oczywistości. Póki wojna trwa trzeba wszelkimi metodami wspierać walczących żołnierzy - w tym chronić ich rodziny. Wojnę już mamy - ona nas dotyczy i to w tej chwili robią Polacy. Ślemy do Ukrainy pieniądze, sprzęt wojskowy, pomoc humanitarną i chronimy uchodźców – głównie kobiety i dzieci.

       By bezpośrednie walki do Polski nie dotarły, Federacja Rosyjska musi zostać rozbita w pył. Nie tylko musi przegrać wojnę z Ukrainą, ale musi rozpaść się na wiele niepodległych państw - tak jak ZSRR. Jeśli to się nie dokona, to prędzej czy później działania zbrojne zaczną toczyć się na ziemiach polskich. Ponieważ jest na to duża szansa, to musimy się na to przygotować. W zależności od sytuacji na Ukrainie, będziemy mieć na to kilka miesięcy lub kilka lat.

       Jeśli nie jesteśmy politykami i dowódcami wojsk, którzy powinni myśleć globalnie i powinni działać dyplomatycznie, którzy powinni przygotowywać Polskę militarnie, to musimy zadbać o przetrwanie naszych rodzin. Przetrwać można na dwa sposoby: żyć pod okupacją albo uciec w bezpieczne miejsce. Problem w tym, że w czasie zbliżającej się III wojny światowej nie będzie wiadomo, gdzie jest bezpiecznie.

       Do okupacji należy się przygotować tak, by stać się albo partyzantem, albo wspierać partyzantów. O tym była niedawna notka: My, preppersi, działkowcy, survivalowcy, partyzanci, Polacy! To są też w miarę oczywiste rady, to wiedzą wszyscy survivalowcy. Ale oni mają swe ułomności - na przykład brzydzą się polityką i w ogóle nie chcą o niej rozmawiać. Próbowałem ich przekonywać, że nie mają racji. Jeśli chcemy być preppersami, to polityką powinniśmy się zainteresować w pierwszej kolejności. Taką im notkę kiedyś napisałem: Survival jest polityczny.

       No i teraz dochodzimy do sedna tej notki, które już oczywiste nie jest. Jak uciec i dokąd? Jak się do ucieczki przygotować? Otóż ja już od dawna to rozważam. Badając za i przeciw wychodzi mi cały czas, że lepiej uciekać wodą niż lądem. Tu kiedyś uzasadniłem, że lepiej przetrwa się trudne czasy na łódce, niż na działce: Survival działkowy czy łódkowy?

       Oczywiście trzeba teraz uwzględnić obecną sytuację polityczną. Jeśli Federacja Rosyjska napadnie na Polskę (co jest pewne gdy będzie jeszcze parę lat istnieć) to już nie będzie to tak łagodna wojna jak na Ukrainie - że są przejezdne drogi, że kolej kursuje. Wojna Rosji z NATO będzie wielokroć bardziej niszczycielska. W ruch pójdzie broń termojądrowa. Infrastruktura zostanie totalnie zniszczona - w tym drogi, mosty, stacje benzynowe. Na uciekanie samochodem nie ma co liczyć. Na piechotę też się za daleko nie ucieknie. Pozostaje droga wodna - albo mieć nadzieję na kolejną zimną wojnę. Niemniej lepiej przygotować się na najgorsze.

       W kwestii ucieczki łódką są dwie możliwości: albo jachtem morskim, albo łódką śródlądową potrafiącą pływać rzekami. A więc albo trzeba mieć kilowy jacht morski, stojący gdzieś na Bałtyku czy Adriatyku (ale trzeba tam wtedy dojechać), albo mieczowy jacht mazurski. To wszystko są świetne rozwiązania. Ale po pierwsze są drogie, po drugie nie każdy może mieć taką łódkę blisko domu, a po trzecie trzeba mieć wiedzę i umiejętności - nie da się tego w rok czy dwa nauczyć. Więc to jest dostępne dla bardzo małego odsetka ludzi.

       Ja mam jacht mazurski, który w zeszłym sezonie zwodowałem na Jezioraku. W tym roku też przy Jezioraku będę się trzymać. Więc w razie czego, dojadę do niego samochodem w cztery godziny z Warszawy, albo dojadę w cztery dni na rowerze, a potem przepłynę w trzy dni do Gdańska - biorąc ze sobą w sumie nawet sześć osób, więc cała moja najbliższa rodzina się zmieści. Cała infrastruktura do życia w łódce jest - z autonomią nawet do kilku miesięcy. A potem nawet do Szwecji dam radę pożeglować - kluczowa będzie aktualna trzydniowa prognoza pogody, bo nawigacja to łatwizna. Wiem, umiem, mam. Ale jestem pewnie w mniej niż promilowej mniejszości.

       Co pozostaje dla reszty? I tu dochodzimy do sedna sedna. Otóż uważam, że najlepiej jest mieć lekką łódkę do pływania przybrzeżnego po morzu. Najlepsza do tego jest Polinezyjska Proa. Tu o tym starodawnym wynalazku kiedyś pisałem: Polinezyjska Proa na Pucyfiku

       Taka łódka ma następujące zalety:

  1. Jest w miarę tania. Tańsza niż najgorszy samochód, niż działka, niż ziemianka na działce. Można ją nawet samodzielnie zbudować.
  2. Łatwo jest ją naprawiać. Nie trzeba mieć do tego żadnej specjalistycznej wiedzy i można używać do napraw materiałów znalezionych w terenie. Wystarczy mieć podstawowe narzędzia.
  3. Można nią przepłynąć każdą rzekę - nawet małą. No i oczywiście każde jezioro w Polsce. Ale też i po Bałtyku da radę!
  4. Gdy na rzece jest jakaś przeszkoda (typu tama, jaz czy nieczynna śluza), to można ją przenieść bokiem.
  5. Płynie się na darmowym wietrze i prądzie rzecznym, więc się nie jest zależnym od żadnych źródeł energii typu stacje benzynowe.
  6. Można na nią załadować wielokroć więcej rzeczy niż byśmy byli w stanie przenieść w plecaku. I nie będziemy się męczyć nosząc to. Ewentualnie trzeba będzie dźwigać na małe odległości przy obchodzeniu przeszkód, ale wtedy można przenosić partiami.
  7. Płynie się nią szybciej niż idzie na piechotę. Po rzece może tylko do dwóch razy szybciej, ale po większym akwenie, gdy wieje, to i pięć razy szybciej. A jeśli są choć dwie osoby, to można płynąc cały czas - i w dzień, i w nocy - w systemie wachtowym, zmieniając się, tak by jeden sterował, a drugi spał. Więc dobowe przeloty mogą być i dziesięć razy dłuższe niż na piechotę.
  8. Zapasy żywności można mieć mniejsze, bo da się łatwo jedzenie pozyskiwać w drodze: łowiąc ryby. Można włóczyć wędki za łódką, a nawet ciągnąć sieć.
  9. No i najważniejsze: można nią płynąć wzdłuż wybrzeży nawet po morzu czy ocenie, przy dużej fali, a w razie sztormu można sztandować na dowolnej plaży (oczywiście omijając skały). Daje radę też wypłynąć w przyboju na morze - oczywiście przy mniejszym wietrze - tak gdzieś do pięciu w skali Beauforta.
  10. W razie czego, to nawet da radę (przy odpowiedniej pogodzie) przepłynąć w jedną dobę z Kołobrzegu na Bornholm - a potem w drugą dobę dalej do Szwecji. Jak będą zainteresowani, to możemy w komentarzach to policzyć dokładniej.
  11. Jak już dopłyniemy do Bałtyku, to mamy bardzo duże szanse przetrwać wybuch jądrowy (byle nie walnęło bliższej niż kilkanaście kilometrów od nas), bo albo przedostaniemy się na północny Bałtyk, albo przepłyniemy cieśniny duńskie i na Morze Północne i wtedy albo na północ do Norwegii, na zachód do Wielkiej Brytanii, albo dalej na południe przez Atlantyk na Morze Śródziemne na wschód, albo na południe do Afryki, na Wyspy Kanaryjskie, albo Wyspy Zielonego Przylądka. Trzeba będzie ocenić to na podstawie tego, gdzie był wybuch i skąd wieje wiatr.
  12. Nawet do Australii da się dopłynąć wzdłuż brzegu nie będąc na wodzie dłużej niż dwie doby. Polinezyjską Proa da radę, bo ona jest wymyślona na dużą oceaniczną falę. Gorzej z przepłynięciem Atlantyku, bo tu już ze dwa tygodnie na oceanie trzeba liczyć. Ale da radę na Karaiby dopłynąć, bo w tę stronę sztormów nie ma i jest równy pasat - płynie się z wiatrem.
  13. To nawet nie musi być Proa. Można do tego użyć dmuchanego katamaranu - są takie. Zainteresowanym mogę dać przykłady. Ludzie potrafią Atlantyk kajakiem przepłynąć. Gdy to się wcześniej zaplanuje i przećwiczy, to myślę, że spokojnie więcej niż połowa świadomych uciekinierów by zdołała przepłynąć i nie utonąć i do Meksyku się tak dostać. W dobie atomowej zagłady Europy to duży odsetek, nie?

       Przekonałem Was, czy będziecie woleli siedzieć w Europie na działce albo w piwnicy? Myślę, że jądrową wojnę światową da radę przetrwać tylko gdzieś w Ameryce. Jak już to stanie się oczywiste, to samoloty nie będą dostępne.

       A jak się to nie przyda, jak Rosja jednak sczeźnie, to wcale nie zostaniemy z tymi umiejętnościami żeglowania na Proa jak Himilsbach z angielskim. Zawsze będąc nad morzem lepiej sobie popływać na żaglówce rekreacyjnie niż leżeć plackiem na plaży. Fajniej jest łowić ryby z łódki niż z brzegu. Dobrze jest zażywać tych samych emocji co surferzy, ale bez akrobatycznych umiejętności. Przyjemnie jest palić wieczorami ogniska na plaży.

Grzegorz GPS Świderski

PS. Notki powiązane:

------------------------------

Imperium Zła <- poprzednia notka

następna notka -> O co chodzi Putinowi? Analiza istoty rzeczy.

------------------------------

Tagi: gps65, wojna, przetrwanie, survival, ucieczka, łódka, jacht, rzeki, morza, oceany, zagłada, III wojna światowa

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale