Przez tysiące lat ten model się opłacał. Dlatego zwyciężył. Nie dlatego, że był moralny. Nie dlatego, że wynikał z jakiejś metafizycznej konieczności dziejowej. Zwyciężył, bo dawał zysk. Można było napaść, zabić, zgwałcić, zniewolić, obrabować, opodatkować, wcielić do armii, przejąć ziemię, zboże, bydło, kopalnię, port, szlak handlowy, miasto i ludzi. Można było zbudować aparat przemocy, a potem z tego aparatu żyć. To jest ekonomia przemocy.
Jeśli uczciwa praca trwa osiem godzin, a grabież tego samego cztery, to grabież się opłaca. Jeśli podbój miasta dawał złoto, niewolników i ziemię, których w tym samym czasie nie dało się zdobyć po dobroci, to podbój się opłacał. Jeśli okupacja prowincji przynosiła więcej podatków niż koszt utrzymania garnizonu, to okupacja się opłacała. Jeśli imperium mogło ściągać haracz większy niż koszt pilnowania poddanych, to imperium było przedsiębiorstwem z dodatnią rentownością.
Dlatego państwo nie powstało jako emanacja dobra wspólnego. Państwo powstało jako technologia zysku z przemocy. Jednak technologia się zmienia.
I to jest najważniejsza rzecz, której większość ludzi nie rozumie. Oni nadal myślą kategoriami epoki, w której bogactwo leżało w ziemi, w stadzie, w spichlerzu, w kopalni, w fabryce, w porcie, w magazynie i w skrzyni ze złotem. Takie bogactwo można było zająć. Można było przysłać wojsko, postawić wartownika, wbić chorągiew i powiedzieć: od dziś to moje.
Dziś coraz większa część bogactwa nie leży w ziemi. Nie leży w stodole. Nie leży w magazynie. Nie leży nawet w fabryce. Siedzi w głowach, w kodzie, w relacjach, w procedurach, w wiedzy, w sieciach, w reputacji, w algorytmach, w projektach, w organizacji, w kulturze pracy, w zdolności współpracy. Bank Światowy w swoich analizach majątku państw wprost zalicza do bogactwa nie tylko kapitał produkcyjny i naturalny, ale także kapitał ludzki, własność intelektualną, infrastrukturę i aktywa, które nie dają się zredukować do worka z pszenicą albo sztabki metalu.
A tych dóbr niematerialnych nie da się już normalnie zagrabić. Można zająć budynek firmy informatycznej. Jednak nie da się w ten sposób przejąć jej marki, dokumentacji i ludzi. Można ukraść serwery. Niemniej nie da się ukraść lojalności programistów. Można przejąć terytorium. Jednak nie da się przejąć zaufania mieszkańców. Można zagrozić inżynierowi pistoletem. Niemniej wtedy on nie stworzy przełomowej technologii. On będzie markował pracę, sabotował, uciekał albo czekał na okazję, by zdradzić okupanta.
Człowiek zmuszony batem nie daje maksimum wydajności. Człowiek zmotywowany zyskiem, wolnością, ambicją i dobrowolną wymianą daje wielokrotnie więcej. To jest koniec starej ekonomii przemocy.
Nie koniec przemocy w ogóle. Przemoc nie znika. Złodzieje nie znikają. Bandziory nie znikają. Mordercy nie znikają. Wojny nie znikają. Przemoc nadal jest potrzebna do obrony przed przemocą. Człowiek, rodzina, firma, wspólnota i cywilizacja muszą umieć się bronić. Pacyfizm nie działa.
Jednak czym innym jest przemoc obronna, a czym innym terytorialny monopol na przemoc wobec własnych sprzymierzeńców, własnych obywateli, rodaków, współplemieńców, wobec własnej wspólnoty cywilizacyjnej.
Czym innym jest ochrona własności, a czym innym państwo żyjące z haraczu. Czym innym jest odstraszanie agresora, a czym innym imperium utrzymujące ludzi w posłuszeństwie tylko dlatego, że ma większy aparat przemocy.
Dziś ten aparat staje się coraz droższy, coraz bardziej ociężały i coraz mniej rentowny. Państwo przypomina starą hutę z czasów, gdy stal była symbolem potęgi. Kominy dymią. Dyrektorzy chodzą w garniturach. Związki zawodowe krzyczą. Politycy przecinają wstęgi. Tylko księgowy widzi, że zakład produkuje stratę.
vTo samo dzieje się z mocarstwami. Stany Zjednoczone prowadzą wciąż wojny i płacą za to biliony dolarów. Projekt Costs of War przy Brown University szacuje koszt wojen po 2001 roku na około osiem bilionów dolarów, nie licząc przyszłych kosztów odsetek, a do tego dochodzą jeszcze ogromne koszty opieki nad weteranami. To nie jest łup. To jest rachunek. To nie jest imperialny zysk. To jest faktura wystawiona imperium przez rzeczywistość.
Rosja jest jeszcze lepszym przykładem, bo jest bardziej prymitywna, a więc czytelniejsza. Rosja zaatakowała Ukrainę tak, jak dawniej atakowały państwa: wejdziemy, zajmiemy, zastraszymy, wymienimy władzę, wbijemy flagę, przejmiemy zasoby, podporządkujemy ludność. Stara technologia przemocy. Mongolski algorytm w epoce dronów. I co się stało?
Zamiast szybkiego zysku mamy wieloletnią wojnę wyniszczającą. Według Banku Światowego koszt odbudowy Ukrainy po zniszczeniach do końca 2025 roku jest szacowany na prawie 588 miliardów dolarów, czyli około trzykrotność nominalnego PKB Ukrainy za 2025 rok. To pokazuje skalę destrukcji. Jak Rosja wygra i zagrabi całą Ukrainę, to będzie w nią tylko wtapiać dalsze środki. Rosja nie kupiła sobie tą wojną bogactwa. Kupiła sobie demografię cmentarza, gospodarkę wojenną, sankcje, odpływ ludzi, uzależnienie od Chin, militaryzację budżetu i wroga na pokolenia.
SIPRI podaje, że rosyjskie wydatki wojskowe w 2025 roku wzrosły do około 190 miliardów dolarów, czyli 7,5 procent PKB, a Ukraina wydała na wojsko około 84,1 miliarda dolarów, co stanowiło aż 40 procent jej PKB. To są liczby epoki, w której państwo próbuje udowodnić, że monopol przemocy ma sens. Niemniej im dłużej trwa wojna, tym bardziej widać, że to nie jest inwestycja. To jest palenie kapitału.
Rosja może zająć ruiny. Może zdobyć wieś. Może przesunąć linię frontu o kilka kilometrów. Może zniszczyć elektrownię, most, blok mieszkalny, szkołę, port i magazyn. Tylko co z tego? Zniszczony kraj nie jest łupem. Zniszczony kraj jest kosztem. Spalony dom nie płaci podatków. Zabity specjalista nie pracuje. Uchodźca nie buduje dobrobytu okupanta. Sterroryzowana ludność nie staje się produktywnym kapitałem, tylko permanentnym problemem bezpieczeństwa.
Dawniej podbój dawał niewolników. Dziś daje sabotażystów, emigrantów, partyzantów, hakerów, sankcje, koszty administracji, koszty okupacji i koszty reputacyjne.
Do tego doszła jeszcze jedna rzecz: miniaturyzacja siły. Dawniej wielkie państwo miało przewagę, bo tylko ono mogło utrzymać wielką armię, flotę, artylerię, lotnictwo, wywiad i przemysł zbrojeniowy. Dziś ta przewaga nadal istnieje, ale jest podgryzana od dołu. Małe, tanie, sieciowe technologie zaczęły niszczyć wielkie, drogie, hierarchiczne struktury. Wojna na Ukrainie stała się laboratorium tej zmiany. RUSI opisywał, że ukraińska produkcja dronów wzrosła z kilku tysięcy sztuk w 2022 roku do ponad dwóch milionów w 2024 roku, z projekcjami sięgającymi kilku milionów w 2025 roku. To jest fakt cywilizacyjny, a nie tylko wojskowy.
Dron jest ważny nie dlatego, że lata. Dron jest ważny dlatego, że zmienia księgowość przemocy. Tani obiekt zaczyna niszczyć drogi obiekt. Mały warsztat zaczyna zagrażać wielkiej fabryce. Operator z tabletem zaczyna polować na czołg. Sieć ochotników, startupów, informatyków, mechaników i żołnierzy zaczyna konkurować z betonową piramidą ministerstwa obrony.
Rosja też się tego uczy. CSIS pisał o rosyjskiej kampanii tanich dronów Shahed, które saturują ukraińską obronę powietrzną i wymuszają kosztowną reakcję. Jednak to tylko wzmacnia tezę o nieopłacalności wojny. Nawet państwa, aby dalej prowadzić wojny, muszą schodzić w dół: do tanich, rozproszonych, półprywatnych, półchaotycznych, szybko produkowanych technologii. Mocarstwo musi nauczyć się zachowywać jak sieć, bo samo czuje, że jako piramida staje się za drogie.
To samo dotyczy gospodarki!
Monopol był kiedyś efektywny, bo organizował wielką skalę. Dziś wielka skala coraz częściej przegrywa z inteligentną siecią. Dawniej trzeba było mieć stolicę, ministerstwo, urząd, licencję, koncesję, biuro, sekretariat i pieczątkę. Dziś wystarczy protokół, platforma, reputacja, płatność, szyfrowanie, automatyzacja, sztuczna inteligencja i dobrowolna koordynacja. Państwo nadal może przeszkadzać. Może karać. Może regulować. Może inwigilować. Może zabraniać. Niemniej coraz częściej robi to, jak pijany strażnik pilnujący dworca, z którego pociągi już dawno odjechały.
Państwo nie znika dlatego, że libertarianie napisali mądre książki. Państwo znika dlatego, że jego model biznesowy staje się nierentowny.
To jest ważne rozróżnienie. Nie trzeba będzie państwa obalać. Państwa będą się zapadać pod własnym kosztem. Tak jak feudalizm nie został zniesiony jednym aktem dobrej woli, tylko przestał pasować do gospodarki pieniężnej, miejskiej, przemysłowej i handlowej. Tak jak niewolnictwo przestało być centralną technologią produkcji nie dlatego, że nagle wszyscy właściciele niewolników stali się świętymi, ale dlatego, że wolny, zmotywowany, wykwalifikowany pracownik w rozwijającej się gospodarce dawał większą wydajność niż człowiek trzymany batem.
Moralność przychodzi często po księgowości. Najpierw coś przestaje się opłacać. Potem ludzie odkrywają, że to było niemoralne.
Tak samo będzie z państwem. Najpierw okaże się, że terytorialny monopol na przemoc jest zbyt drogi. Potem profesorowie prawa, filozofowie polityki i etycy napiszą mądre książki, że od początku był podejrzany moralnie. Jak zwykle będą spóźnieni. Historia najpierw zmienia rachunek ekonomiczny, a dopiero potem język moralny.
Oczywiście wyznawcy statolatrii tego nie zrozumieją. Będą krzyczeć, że bez państwa nastąpi chaos. To jest ich ostatni argument. Zawsze ten sam. Bez pana niewolnik nie przeżyje. Bez króla chłopi się pozabijają. Bez cenzora ludzie zgłupieją. Bez urzędnika rynek się zawali. Bez ministerstwa dzieci przestaną się uczyć. Bez monopolu sądowego nie będzie sprawiedliwości. Bez państwowej armii nie będzie obrony.
To są argumenty właściciela plantacji niewolników przeciwko wolności dającej większe zyski
W rzeczywistości pytanie nie brzmi, czy potrzebujemy ochrony, prawa, arbitrażu, wojska, kontrwywiadu, policji, procedur, standardów i infrastruktury. Oczywiście, że potrzebujemy. Pytanie brzmi, czy te usługi muszą być świadczone przez jednego terytorialnego monopolistę, który finansuje się przymusem, nie odpowiada normalnie za błędy, nie bankrutuje po złych decyzjach i każe swoim ofiarom nazywać haracz składką na dobro wspólne.
To jest zupełnie inne pytanie. I odpowiedź staje się coraz bardziej oczywista: nie muszą.
Nie od razu. Nie wszędzie. Nie bez konfliktów. Nie bez okresów przejściowych. Nie bez błędów. Jednak kierunek jest jasny. Usługi, które państwo trzymało w monopolu, będą rozszczelniane, obchodzone, prywatyzowane, automatyzowane, decentralizowane i zastępowane przez sieci konkurencyjne. Najpierw nieformalnie. Potem półformalnie. Potem oficjalnie. Tak działa ewolucja instytucji.
Najpierw pojawia się obejście. Potem alternatywa. Potem standard. Potem stary monopol wygląda jak zabytek.
Najbardziej paradoksalne jest to, że państwa same przyspieszają ten proces. Im bardziej podnoszą podatki, tym bardziej opłaca się optymalizacja. Im bardziej cenzurują, tym bardziej opłaca się szyfrowanie. Im bardziej regulują, tym bardziej opłaca się arbitraż jurysdykcyjny. Im bardziej militaryzują gospodarkę, tym bardziej uciekają ludzie, kapitał i pomysły. Im bardziej chcą kontrolować informację, tym szybciej informacja uczy się omijać kontrolę.
Monopol scentralizowanej przemocy walczy z rozproszoną siecią dobrowolnych umów. Niemniej sieć nie musi wygrać jednej decydującej bitwy. Sieć wygrywa inaczej. Rozlewa się. Omija. Kopiuje się. Uczy. Adaptuje. Tworzy obejścia. Robi backup. Przenosi się. Znika w jednym miejscu i pojawia się w drugim. Monopol musi pilnować wszystkiego. Sieć musi znaleźć tylko jedną szczelinę.
Dlatego mocarstwa są skazane na porażkę. Nie dlatego, że jutro przegrają wojnę. Nie dlatego, że mają za mało czołgów, rakiet, bomb atomowych i służb. Mają. I jeszcze długo będą groźne. Ranny mamut też może zadeptać człowieka. Niemniej mamut nie ma przyszłości.
Przyszłość należy do struktur mniejszych, szybszych, rozproszonych, dobrowolnych, konkurencyjnych, kontraktowych i technologicznie adaptacyjnych. Do tych, które nie muszą podbijać terytorium, aby czerpać z niego zysk. Do tych, które nie muszą więzić ludzi, aby korzystać z ich pracy. Do tych, które nie muszą utrzymywać monopolu, bo potrafią wygrać jakością.
Rosja, jeśli kiedykolwiek naprawdę się zmodernizuje, nie stanie się dzięki temu silniejszym imperium. Stanie się mniej imperialna. Bo bogata, wykształcona, technologiczna Rosja nie będzie potrzebowała Moskwy jako bata na siebie. Lepiej obroni się jako sieć regionów, miast, firm, wspólnot, prywatnych struktur bezpieczeństwa i dobrowolnych powiązań niż jako jednolity obóz wojskowy udający cywilizację.
Tak samo Europa. Tak samo Ameryka. Tak samo Chiny. Im wyższa technologia, tym mniej sensu ma prymitywny monopol terytorialny. Im większa wartość informacji, tym głupsza staje się grabież materii. Im większa wydajność wolnego człowieka, tym mniej opłaca się zniewolenie go. Im więcej można zarobić na dobrowolnej współpracy, tym bardziej barbarzyński i nierentowny staje się haracz.
Państwo nie upadnie dlatego, że przegra wojnę. Państwo upadnie dlatego, że przegra rachunek zysków i strat.
A gdy księgowy historii zamknie bilans, okaże się, że terytorialny monopol na przemoc był tylko długim etapem przejściowym. Skutecznym w epoce ziemi, bydła, zboża, kopalń, niewolników i armii masowych. Coraz mniej skutecznym w epoce kodu, dronów, kryptografii, sztucznej inteligencji, sieci, kapitału ludzkiego i wiedzy.
Przemoc zostanie. Obrona zostanie. Prawo zostanie. Sprawiedliwość zostanie. Organizacja zostanie. Zniknie tylko monopol. Czyli zniknie państwo w swoim właściwym, nagim, technicznym sensie. Nie jako wspólnota. Nie jako kultura. Nie jako naród. Nie jako cywilizacja. Tylko jako biznes przemocy.
__________________
O kryminalizacji kryptoaktywów - a w tle KSeF... <- poprzednia notka
następna notka -> Wojna plemion
__________________
Tagi: GPS65



Komentarze
Pokaż komentarze (6)