3 obserwujących
554 notki
226k odsłon
  253   0

Leash Eye: Busy Nights Hazy Days (2022) - Recenzja

Zanim przejdziemy do właściwej części recenzji pozwolę sobie na mały wstęp. W dobrych przedwojennych czasach Leash Eye powrócił po sześcioletniej przerwie, niczym mityczny feniks z popiołów w odnowionym składzie. Nagrywając fenomenalny album Blues, Brawls & Beaverages (2019), który porwał niejednego miłośnika southernowych dźwięków (i to nie tylko w granicach naszego kraju). Potem nastał dziwny czas, niezrażony Leash Eye kół żelazo póki gorące szybko wydając nie albumowego singla nagranego latem 2020 roku.


Last Call (2020), utwór ten był nieco inaczej wyprodukowany, bardziej ciężki, stonerowy, okadzony w cygarowym dymie. Cudny groove ze (zbyt) schowanymi klawiszami Piotra. W porównaniu do wypasionej produkcji albumu, utwór ten brzmiał jak niepozorne demo. Jednak nie traktowałbym tego kawałka jako odrzut - wszak błyszczy tam solidne gitarowe solo, które nie mogło zostać zmarnowane. „Last Call” śmiało mógł wskoczyć zarówno na Blues, Brawls & Beaverages (2019) jak i najnowszy krążek (optymalizując jej długość). Stanowił on pomost i zapowiedź obrania nieco innej trasy niż poprzednio.
Po kronikarskim uporządkowaniu historii przejdźmy do sedna sprawy. Po czterech trudnych latach, podczas których nie jedna ekipa wyzionęła, ducha Leash Eye niczym desperado przeprowadzają kontratak celebrując XXV-lecie działalności artystycznej wydając Busy Nights Hazy Days (2022). 


Piąty album doczekał się godnej oprawy, nareszcie jewel z cudną okładką – z najlepszym jak dotąd obrazkiem zdobiącym wydawnictwo Leash Eye - duże brawa dla Martyny Sekulak za uchwycenie leashajowego ducha.  
Nie szata graficzna zdobi muzykę, ta musi bronić się sama, zwłaszcza że poprzeczka została zawieszona skrajnie wysoko. Długo zastanawiałem się, czy Leash Eye udźwignie swój sukces (niestety raczej artystyczny niż komercyjny). Dlatego szczęśliwie zespół postanowił nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki bourbona. Nie jest to tak „przebojowa” płyta i pod tym względem bliżej jej do starszych płyt.


Piąte dzieło jest spójne, pełne efektów wyśmienitej pracy każdego z instrumentalistów (zarówno Łukasz jak i Marcin na dobre wrósł w tkankę zespołu). W każdym utworze słychać i czuć wkładane serce, to jest muzyka szczera i pod każdym względem prawdziwa. Nie znajdziecie tu kalkulacji i wyrachowania. Taka artystyczna niezależność wiele kosztuje muzyków, ale za to niepomiernie na tym zyskuje sztuka przez nich tworzona.


Busy Nights Hazy Days (2022) to dziewięć premierowych równych utworów w których wiele się dzieję, ale żeby to wychwycić nierzadko trzeba się wsłuchiwać. Otwieraczem jest „Betting on One Horse”, typowa dla Leash Eye rozgrzewka, solidne łupanie, od razu słuchać kto wrócił i w jakiej formie. Z południa, powoli wyłania się ponury walec. W uszy rzuca się bardziej chropowata produkcja Mikołaja Kiciaka, gniewne riffy Opatha i mniej eksponowane ale jakże charakterystyczne klawisze Piotra Sikory. Również wokale Łukasza są przytłoczone muzyczną kawalkadą, choć broni się dzielnie przedstawiając przekrój swojego potencjału. Energetyczny dobry start, jak ciągnik Kenworth (a może Western Star?) nabierze tempa to nie ma na niego mocnych.
Ehh jaki beztroski rock and rollowy tytuł „Where the Grass is Green and the Girls are Pretty”.


Tłusty jak dopiero co rzucony na ruszt bekon basowy pasaż Mareckiego, podbity soczystą klawiaturą. Bujający idealnie skrojony szlagier na koncertowy rozruch. Rzewny, niepozbawiony zadziorności refren - jest co podśpiewywać, przy czym się pobawić pod sceną. Perkusista zgotował ciężki bigos… Już na samym początku wyraźnie słychać, że to demokratyczna płyta, nikt z nikim się nie ściga. W środku utworu chwila na wysmakowaną refleksję, która zwiastuje hammondowe solo, przyjemnie drażniące w leashayowym stylu. Jak już jesteśmy w temacie „girls are prettty” to warto - ba należy odnotować gościnny udział dwóch wokalistek w chórkach: Moniki Urlik i Margo Moyry, który w poprzednich dekadach zaprocentowałby na listach przebojów.     


Numer trzy na płycie to singiel promujący klipem album pt. „… of the Night”, gdzie również pojawiają się mozolne, ołowiane niczym listopadowe niebo riffy Opatha. Więcej tu przestrzeni i oddechu niż w poprzednich dwóch napakowanych dźwiękami do imentu kawałkach. Ciekawe kontrasty, momenty porywające mieszają się ze stonowanymi, wszystko jednak chwyta za krocza, zwłaszcza pulsujące solo i aromatyczna szczypta melancholii na dwa głosy: męski i żeński. Dużo detali w tle, a to pałker zapoda zdobny patent, Piotr z parapecika sypnie kilka delikatnych melodyjek. Jest w co się wsłuchiwać, jest to jak już wspomniałem kolejny dopieszczony długograj na koncie zespołu. Utwór wyróżnia również bardziej eksponowany żeński pierwiastek, który nie stanowi jeno ozdobnika a integralną część składową.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura