6 obserwujących
80 notek
81k odsłon
  972   0

Uniwersytet Stulecia - marzenia o elitarnym uniwersytecie w Polsce

W programie I Polskiego Radia dzisiaj (16.30-17.00)  odbyła się dyskusja o nowej ustawie o szkolnictwie wyższym i uczelniach zwanej Ustawą 2.0 lub pewnie nieco na wyrost i lekko pompatycznie - Konstytucją dla Nauki.

Potwierdzono poprzednie pomysły zniesienia wymogu habilitacji dla “profesorów uczelnianych” (czyli nietytularnych) i postraszono wszystkie uczelnie, że będa traciły uprawnienia do doktoryzowania i habilitowania, jeżeli sprawdzane przez Ministerstwo co cztery lata nie uzyskają odpowiedniej kategorii. Jeden z dyskutantów bronił przed porównywaniem Polski z bardzo wielkimi terytorialnie USA, bo nie wiedział, że o połowę mniejsza [populacją] od Polski Australia jest już od wielu lat na 5-6 pozycji na świecie, chociaż ma tylko 41 uniwersytety (a w tym tylko 2 prywatne !). W Polsce jest, o ile pamietam, ponad 120 państwowych szkół wyższych i – nie wiadomo po co - niemal 300 “uczelni” prywatnych (w tym tylko 10-15 “na poziomie”, a reszta to “spółdzielnie” do dorabiania, do czego wrócę). O sytuacji w dalekiej Australii nie raz pisałem. Ale do rzeczy.

Nie czas na kolejne przypominanie tutaj list rankingowych, ale warto przywołać statystyki samego ministra Gowina, że w ostatnich dekadach wyemigrowało z Polski 35 tysięcy naukowców. Prawdopodobnie chodzi o pracowników akademickich ze stopniem przynajmniej doktora. Ta ilość wykształconych ludzi to, mniej wiecej, 35 średnich wielkoscią uniwersytetów! - Co za strata potencjału intelektualnego. Wyrażana w czasie dyskusji nadzieja, ze choć część tych osób wróci do Polski zachęcona stanowiskiem “profesora uczelnianego” (bo nie bedzie musiała się “na siłę” habilitować, jako że na Zachodzie  generalnie habilitacji nie ma) jest oczywistą – przykro to pisać - mrzonką. Ludzie ci nauczyli się już “Zachodu” i przeniosą się tylko w takie miejsce, które da im lepsze możliwości pracy naukowej, a więc popchnięcia kariery życiowej do przodu a nie do tyłu. Nie bez znaczenia będzie ich sytuacja rodzinna, a więc szkoły dla dzieci i t.p.

Żenujacym zaś było dla mnie słyszeć (chyba to składnia/fraza angielska J, że założenia Konstytucji dla Nauki nie przewidują konkurencyjnych warunków pracy, a w szczególności “godziwych”  (to popularny eufemizm) uposażeń i emerytur. Nikt (watch my lips: n i k t) na poziomie międzynarodowym do Polski nie przyjedzie (za losowymi wyjątkami), jeżeli wiązałoby się to ze spowolnieniem czy zatrzymaniem kariery, zabiedzeniem jego rodziny i straceniem godziwej emerytury.

Jaka płaca taka praca

Toż tutaj właśnie tkwi cały problem. Lub parafrazując: “Jaka płaca taka praca”. W Polsce nikomu nie jest dzisiaj dziwne, że byle-jaka miesięczna pensja poniżej 10 tysięcy jest zupełnie śmieszna dla niektórych sedziów, albo że w 2014 PO zaproponowała, aby podstawowe pensje dla wójtów zostały podniesione do 20 tysięcy złotych. 

To właśnie z powodu “niegodnie” niskich uposażeń (i emerytur !) uniwersyteckich powstały w Polsce te setki prywatnych “szkółek”, które służyły – i cóż się dziwić – dorabianiu do jakiegoś tam poziomu. A przynajmniej drugi “etacik” w PAN dla zasłużonych profesorów. Ale mieszkanie, a nawet dom, trzeba kupić, a i samochód wypada mieć nieco nowszy a nawet i nowy. Tego nie dano profesorom, ale dano sędziom, generałom, nie mówiąc już o samorządowcach. Pełny raj finansowy to natomiast jest w radach nadzorczych wszelakiego rodzaju.

Zwyczajowy wzór do bicia (w gazetach), krakowski prezydent prof. Majchrowski, zarabia (w przybliżeniu)  miesięcznie ponad 10 tysięcy z conajmniej trzech miejsc w każdym - za pracę w urzędzie miasta, za pracę w prywatnej uczelni swojej żony i (o tempora o mores !) jeszcze w Uniwersytecie Jagiellońskim. A po co ? – Bo uważa, ze tyle potrzebuje. I pewnie potrzebuje. Ale nikt nie widzi demoralizującej społeczeństwo zasady, że można być na pełnym etatcie w dwóch, trzech miejscach. Przeciez na UJ zjawiać się może tylko na kilka godzin tygodniowo !  I w ten sposób blokuje miejsce ambitniejszym i zdolniejszym młodym, którzy widząc co się dzieje, zwijają co niektórzy manatki i dołączają  (jeżeli mogą) do tych 35 000+ emigrantów.

Ile razy trzeba przypominać, że w krajach anglosaskich profesor rano nieco wykłada, w czasie lunchu ma zebranie lub seminarium, a całe popołudnie, nawet do wieczora, przyjmuje studentów, doktorantów i współpracowników. Jeżeli takich profesorów nie będzie dużo, bardzo dużo w Polsce, to Polska nigdy nie wygrzebie się z obecnej zapaści systemowej, która jest bardziej zapaścią kulturową.

Konstytucja dla Nauki ma zmienić sposób wybierania rektorów i dziekanów. To dobrze. Ale rektorami nie mogą być osoby, których jedyne poważne doświadczenie sprowadza się do długoletniego dojrzewania w jednej uczelni. Tak samo, kilkumiesieczne pobyty na różnych stypendiach nawet na dobrych uniwersytetach zagranicznych powinny być uzupelnione kilkoma latami normalnej, konkurencyjnej pracy w jakimś “dobrym” miejscu. Bycie nawet kilkumiesięcznym gościem z daleka przecież nie wiele daje. Tymczasem mamy w Polsce chroniczną sytuacje “od studenta do rektora”. Na jednej, zamęczanej zbyt długim pobytem uczelni. Jest niewyobrażalne gdzie indziej, aby doktorant mógł od razu zacząc pracować w tej samej uczelni. Staże podoktorskie w możliwie najlepszym miejscu na świecie są w uniwersytetach anglosaskich jednym z najważniejszych elementów każdego curriculum vitae.

Lubię to! Skomentuj25 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo