Przeczytałem „Mistrzów Kłamstwa” Marcina Tyca i zamknąłem tę książkę z ogromnym rozczarowaniem. Już po kilku rozdziałach miałem ochotę odłożyć ją na półkę, ale dotrwałem do końca – z czystego obowiązku. Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak bardzo autor powiela błędy na każdej kolejnej stronie.
Dlaczego ta lektura tak mnie uderzyła? Prawdopodobnie dlatego, że sam kiedyś pisałem pracę na podobny temat i doskonale znam pułapkę, w którą wpadł Tyc. Mój promotor regularnie powtarzał mi jedno zdanie: „Uważaj, bo język dawnych służb zaczyna ci przeciekać do tekstu”. To klasyczne zjawisko. Kiedy spędzasz setki godzin nad archiwalnymi dokumentami, specyficzna składnia i słownictwo tajnych raportów powoli „zakażają” twój własny styl.
U Tyca nie mamy jednak do czynienia z delikatnym przeciekiem. To prawdziwy potop. Autor całkowicie zatracił granicę między swoją narracją a żargonem operacyjnym PRL-owskiego wywiadu. Wpadł w amatorską pułapkę: cytuje obszerne fragmenty raportów bez podawania źródeł, sprawiając wrażenie, że to jego własne słowa i przemyślenia.
Efekt jest groteskowy. Zamiast rzetelnej analizy historycznej dostajemy tekst, który brzmi, jakby pisał go oficer SB przy swoim biurku w latach siedemdziesiątych. Bezrefleksyjne przejęcie ubeckiej nowomowy sprawiło, że autor stracił krytyczny dystans. Tam, gdzie powinna być chłodna ocena faktów, pojawia się niemal laurka dla „bohaterskiego” wywiadu PRL. Tyc najwyraźniej zapomniał, że przejmując język służb, mimowolnie przejmuje też ich optykę i sposób oceniania rzeczywistości.
Dla każdego, kto choć raz poważnie pracował z dokumentami IPN, ta książka staje się czytelną przestrogą. Tak właśnie kończy się pisanie o służbach specjalnych, gdy pozwoli się ich językowi przejąć kontrolę nad własnym piórem. Zamiast demaskować mechanizmy kłamstwa, autor sam stał się jego mimowolnym narzędziem. I to boli najbardziej.



Komentarze
Pokaż komentarze