Afera po imprezie Circoloco w Wilanowie, zorganizowanej 9 maja 2026 roku tuż obok Pałacu Króla Jana III Sobieskiego, stała się pokazowym przykładem tego, jak daleko można przesunąć granice komercjalizacji przestrzeni historycznej, zanim opinia publiczna powie dość. Wydarzenie reklamowane jako polska Ibiza miało być połączeniem prestiżu, kultury klubowej i rzekomego wsparcia dla zabytków. W praktyce okazało się głośnym, chaotycznym i kosztownym eksperymentem, którego skutki odczuli przede wszystkim mieszkańcy i otoczenie pałacu, a nie uczestnicy imprezy.
W mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia zniszczonych trawników, kolein po ciężkim sprzęcie, zaśmieconych terenów zielonych i zmęczonych mieszkańców Miasteczka Wilanów, którzy przez całą noc zgłaszali hałas policji. Impreza odbyła się w bezpośrednim sąsiedztwie rezerwatu Morysin, w okresie lęgowym ptaków, co dla wielu było symbolicznym dowodem na to, że granice zdrowego rozsądku zostały przekroczone. Komentatorzy pisali, że Miasteczko Wilanów nie spało, a aktywiści alarmowali o możliwym płoszeniu chronionych gatunków.
Oburzenie narastało z godziny na godzinę. Karolina Korwin‑Piotrowska pytała, kto na to pozwolił, wskazując na brak szacunku dla dziedzictwa i przyrody. Mieszkańcy i aktywiści mówili o nieodpowiedzialnej komercjalizacji przestrzeni historycznej, a zdjęcia ciężarówek wjeżdżających na zabytkowe tereny zielone stały się symbolem całej afery. Kontrola konserwatora wykazała użycie sprzętu i elementy organizacji niezgodne z zatwierdzonym programem, w tym wjazd ciężkich pojazdów i zastosowanie rozwiązań technicznych, które nie powinny pojawić się na terenie zabytkowym.
Wątek celebrycki dolał oliwy do ognia. Influencerzy i gwiazdy, którzy bawili się na imprezie, w internecie bronili wydarzenia jako świetnej zabawy albo przepraszali, próbując ratować wizerunek. Dla wielu obserwatorów była to pokazowa lekcja hipokryzji: najpierw pozować na tle pałacu, potem udawać, że zniszczenia i hałas to problem kogoś innego. W mediach plotkarskich i społecznościowych trwała dyskusja o odpowiedzialności osób publicznych i o tym, czy promowanie takich wydarzeń nie jest po prostu współudziałem w dewastacji.
Organizator, spółka Awake Events, bronił się konsekwentnie. W oświadczeniach podkreślano, że impreza odbyła się na podstawie wszystkich wymaganych zgód i że wdrożono środki minimalizujące wpływ na otoczenie, takie jak głośniki kierunkowe czy monitoring akustyczny. Firma zapewniała, że rekultywacja terenu rozpoczęła się natychmiast po wydarzeniu, a dochód z najmu wspiera konserwację zabytków. Argumenty te nie przekonały jednak ani mieszkańców, ani opinii publicznej, ani służb ochrony środowiska.
Najpoważniejsze konsekwencje mogą wynikać z działań Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, która skierowała do policji oficjalne pismo wskazujące na możliwe naruszenie ustawy o ochronie przyrody, w tym brak wymaganego zezwolenia na odstępstwo od zakazów obowiązujących w rezerwacie i wobec gatunków chronionych. RDOŚ zapowiedziała gotowość wystąpienia jako oskarżyciel posiłkowy. Do sprawy włączył się również Rzecznik Praw Obywatelskich. Możliwe są postępowania wykroczeniowe dotyczące zakłócania spokoju oraz roszczenia cywilne mieszkańców, a najbardziej prawdopodobne wydają się kary administracyjne i obowiązek pełnej rekultywacji terenu.
Afera Circoloco stała się symbolem szerszego sporu o to, jak pogodzić masową rozrywkę, turystykę eventową i komercyjne wykorzystanie prestiżowych lokalizacji z obowiązkiem ochrony dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Podobne konflikty pojawiały się wcześniej w Łazienkach Królewskich czy podczas innych imprez plenerowych, ale Wilanów wyróżnia się połączeniem zabytku klasy zerowej z bezpośrednim sąsiedztwem rezerwatu oraz wyjątkowo szybką reakcją służb ochrony środowiska. Dla wielu komentatorów granica między rozrywką a ochroną dziedzictwa została tu przekroczona w sposób szczególnie wyraźny.
I właśnie dlatego ta sprawa powinna stać się punktem zwrotnym. Circoloco w Wilanowie nie było niewinną zabawą, tylko demonstracją, jak łatwo można zamienić przestrzeń historyczną w komercyjny plac zabaw, jeśli nikt nie postawi twardych granic. Zniszczone trawniki można naprawić, ale utraconego szacunku dla miejsca już nie odzyskamy. Jeśli Wilanów – symbol polskiej historii – można było na jedną noc zamienić w hałaśliwy lunapark, to znaczy, że system ochrony dziedzictwa działa tylko wtedy, gdy nie przeszkadza w biznesie. A to jest wniosek znacznie poważniejszy niż wszystkie koleiny po ciężarówkach.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)