Staropanieństwo przez stulecia było jednym z najbardziej brutalnych społecznych wyroków wydawanych na kobiety. Sama nazwa brzmi jak etykieta przypinana do życia, które „nie wydarzyło się na czas”. „Panna” oznaczała przecież młodą, niezamężną kobietę, ale gdy dodawano do niej przymiotnik „stara”, słowo zamieniało się w oskarżenie. Kobieta po dwudziestce, a już na pewno po trzydziestce, stawała się kimś podejrzanym: niepotrzebnym elementem społecznej układanki, niespełnionym projektem natury i obyczaju. W XIX wieku małżeństwo nie było romantyczną opcją, lecz ekonomicznym obowiązkiem i społecznym paszportem do godności. Kobieta bez męża i dzieci uchodziła za niepełną, a czasem wręcz wadliwą. Nie zrealizowała „powołania”, nie przedłużyła rodu, nie stworzyła domu. Co gorsza, mogła być niezależna – posiadać majątek, pracować, myśleć samodzielnie. To budziło niepokój świata zbudowanego na patriarchalnym porządku.
Dlatego stara panna w kulturze bardzo rzadko była po prostu samotną kobietą. Znacznie częściej przedstawiano ją jako postać karykaturalną: zgorzkniałą, przewrażliwioną, dewocyjną, wścibską albo śmieszną. Społeczna wyobraźnia obudowała ją zestawem niemal obowiązkowych cech. Miała być plotkarką żyjącą cudzym życiem, kobietą sfrustrowaną, bo nie zaznała miłości ani macierzyństwa, osobą zbyt religijną albo przeciwnie – ekscentryczną i dziwaczną. Co znamienne, „stary kawaler” nigdy nie budził podobnej pogardy. Samotny mężczyzna bywał uznawany za wolnego ducha, estetę, indywidualistę albo po prostu wybrednego. Samotna kobieta stawała się natomiast społecznym przypomnieniem, że czas płynie, uroda przemija, a rynek matrymonialny jest bezlitosny.
Literatura XIX wieku chłonęła ten lęk i jednocześnie go utrwalała. U Bolesława Prusa stare panny funkcjonują na obrzeżach świata wielkich emocji i interesów. W „Lalce” szczególnie wyrazista jest pani Meliton – kobieta energiczna, sprytna, świetnie orientująca się w towarzyskich układach, ale jednocześnie tragicznie uwikłana w cudze uczucia. Zajmuje się swataniem, organizowaniem relacji, pośredniczeniem między ludźmi, jakby całe własne życie emocjonalne zostało przekierowane na obserwowanie życia innych. Prus opisuje ją z lekką ironią: jest trochę komiczna, trochę męcząca, gadatliwa i praktyczna zarazem. Nie ma w niej jednak wyłącznie śmieszności. To kobieta, która przetrwała w świecie, gdzie brak małżeństwa oznaczał niemal społeczną niewidzialność. Wokół niej krążą też inne panny z dobrych domów – kobiety żyjące pod presją czasu, desperacko podtrzymujące pozory atrakcyjności i pozycji społecznej. Prus pokazuje mechanizm brutalny, ale prawdziwy: kobieta bez męża stopniowo wypada z obiegu życia.
Jeszcze mocniej dramat tych kobiet widziała Eliza Orzeszkowa. U niej staropanieństwo nie jest śmieszną cechą charakteru, lecz społeczną katastrofą. Orzeszkowa patrzyła na samotne kobiety z empatią, bo rozumiała, że ich los wynika często nie z wyboru, lecz z biedy, nierówności i braku realnych możliwości. W jej utworach stare panny bywają wykształcone, inteligentne, wrażliwe, ale jednocześnie ekonomicznie bezradne. Żyją na łasce rodziny, poświęcają się innym, tłumią własne potrzeby. Autorka nadaje im cichą godność, ale też smutek ludzi, którym życie przeciekło przez palce. Samotność u Orzeszkowej ma ciężar egzystencjalny – nie jest tylko brakiem partnera, lecz wyrokiem społecznym. Kobieta pozostająca sama często traciła pozycję, bezpieczeństwo i sens istnienia definiowany przez epokę.
Henryk Sienkiewicz z kolei częściej korzystał ze stereotypu starej panny jako figury komicznej. W jego nowelach i powieściach takie bohaterki bywają dewotkami, strażniczkami konwenansu, osobami nadmiernie skupionymi na drobiazgach i cudzych sprawach. Są trochę śmieszne, trochę żałosne, często przedstawiane z pobłażliwym dystansem. To właśnie literatura współtworzyła obraz starej panny jako kobiety sfrustrowanej i emocjonalnie niespełnionej. Czytelnicy mieli widzieć w niej ostrzeżenie: tak kończy kobieta, która nie znalazła swojego miejsca przy mężczyźnie.
Najbardziej przejmujący literacki obraz stworzył jednak Charles Dickens w „Wielkich nadziejach”. Miss Havisham stała się symbolem staropanieństwa doprowadzonego do obłędu. Porzucona w dniu ślubu zatrzymuje czas – dosłownie i psychicznie. Żyje w ciemnym domu, w zbutwiałej sukni ślubnej, pośród zatrzymanych zegarów i gnijących resztek wesela. Dickens opisuje ją niemal jak widmo: blada, wysuszona, nieruchoma, przypomina bardziej upiora niż człowieka. Cała jej osobowość została zamrożona w chwili odrzucenia. Nie potrafi już kochać ani żyć normalnie, więc wychowuje Estellę na kobietę mającą mścić się na mężczyznach. Miss Havisham nie jest zwykłą samotną kobietą – to uosobienie traumy zamienionej w truciznę. Dickens pokazuje, jak społeczna i emocjonalna klęska może przeobrazić człowieka w ruinę.
Jane Austen patrzyła na ten temat subtelniej i z większą ironią. Sama nigdy nie wyszła za mąż, więc doskonale rozumiała pozycję kobiet zależnych od rynku matrymonialnego. Miss Bates z „Emmy” to jedna z najbardziej realistycznych literackich starych panien. Gadatliwa, chaotyczna, trochę męcząca, biedna i pozbawiona urody, żyje dzięki uprzejmości innych ludzi. Otoczenie traktuje ją pobłażliwie, czasem okrutnie. Austen nie robi z niej jednak potwora ani karykatury. Pokazuje raczej mechanizm społeczny: kobieta bez majątku i męża staje się niewygodnym dodatkiem do świata. Z kolei Charlotte Lucas z „Dumy i uprzedzenia” wychodzi za mąż nie z miłości, lecz ze strachu przed losem starej panny. Austen bezlitośnie obnaża prawdę swojej epoki – dla wielu kobiet małżeństwo było bardziej strategią przetrwania niż romantycznym spełnieniem.
Wspólny mianownik tych wszystkich postaci jest uderzający. Samotna kobieta staje się albo niewidzialna, albo przesadnie widoczna w swojej „dziwności”. Literatura przez dekady kodowała przekonanie, że kobieta niespełniona w małżeństwie nie może być naprawdę szczęśliwa. Nawet gdy autorzy współczuli swoim bohaterkom, rzadko potrafili wyobrazić sobie dla nich pełne, satysfakcjonujące życie poza tradycyjnym modelem rodziny.
Dziś sytuacja wygląda inaczej – przynajmniej pozornie. Współczesna singielka nie musi być już obiektem litości. Często jest wykształcona, niezależna, aktywna zawodowo, atrakcyjna i świadoma własnych wyborów. Kobiety coraz częściej otwarcie mówią, że nie chcą małżeństwa albo odkładają je na później. Niektóre nie chcą też dzieci. Powody bywają bardzo racjonalne: kariera, potrzeba autonomii, złe doświadczenia relacyjne, wysokie wymagania wobec partnerów, zmęczenie tradycyjnymi rolami społecznymi. Emancypacja otworzyła możliwości, o których bohaterki Orzeszkowej mogły jedynie marzyć.
A jednak po drodze wydarzyło się coś ciekawego. Choć zniknęło społeczne piętno starej panny, nie zniknęła potrzeba bliskości, troski i emocjonalnego przywiązania. I właśnie tutaj pojawia się fenomen „psiecka” czy „kociecka”. Psy i koty zaczęły pełnić rolę znacznie większą niż dawniej. Nie są już wyłącznie zwierzętami domowymi. Stają się członkami rodziny, „futrzastymi dziećmi”, centralnymi bohaterami życia i mediów społecznościowych. Ludzie organizują im urodziny, kupują ubranka, wysyłają do hoteli i psich przedszkoli, tworzą konta na Instagramie, mówią o sobie „psia mama” albo „kocia mama”. Dla jednych to ciepły przejaw czułości wobec zwierząt, dla innych – znak cywilizacyjnej pustki.
Trudno jednak sprowadzać to zjawisko do prostego szyderstwa. Zwierzę rzeczywiście daje coś, czego współczesnym ludziom dramatycznie brakuje: stałą obecność, lojalność, prostą emocjonalność, brak oceniania. W świecie relacji płynnych, krótkich i często rozczarowujących pies lub kot staje się bezpiecznym źródłem więzi. Psychologicznie ma to sens. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zwierzę staje się całkowitym substytutem ludzi. Gdy relacje społeczne zamierają, a całe życie emocjonalne zostaje przeniesione na pupila. W skrajnych przypadkach pojawia się izolacja, unikanie intymności, a czasem wręcz obsesja. Nieprzypadkowo funkcjonuje stereotyp „crazy cat lady” – kobiety samotnej, skoncentrowanej wyłącznie na kotach, odciętej od świata. Oczywiście większość właścicielek zwierząt nie ma nic wspólnego z takim obrazem, ale sam stereotyp nie wziął się znikąd. Każda epoka tworzy swoje symbole samotności. Dawniej była to dewotka przy oknie. Dziś bywa nią perfekcyjnie ubrana singielka z psem za kilka tysięcy euro i profilem pupila obserwowanym przez sto tysięcy ludzi.
Co ciekawe, kultura popularna już dawno oswoiła ten model życia. Celebrytki chętnie pokazują zwierzęta jako centrum swojej codzienności. Taylor Swift uczyniła z kotów niemal część własnej marki. Paris Hilton woziła psy w designerskich torbach niczym dzieci celebryckiej rodziny. Jennifer Aniston przez lata była przedstawiana przez tabloidy jako „samotna kobieta z psami”, mimo ogromnej kariery i popularności. Media społecznościowe tylko wzmacniają ten trend, bo zwierzęta świetnie sprzedają emocje: są urocze, bezpieczne i nie wywołują ideologicznych konfliktów.
Być może właśnie tutaj kryje się największa zmiana. Dawne staropanieństwo było społecznym wykluczeniem, współczesne singielstwo bywa stylem życia. Ale pod powierzchnią nowoczesności nadal pulsują te same ludzkie potrzeby: bliskości, opieki, czułości, poczucia bycia komuś potrzebnym. Pytanie brzmi więc nie tyle, czy „psiecko” jest śmieszne, ile co mówi o świecie, w którym coraz łatwiej zbudować głęboką więź ze zwierzęciem niż z drugim człowiekiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)