Współczesne dziennikarstwo polityczne stanęło przed cywilizacyjnym wyzwaniem. Jak opisać skomplikowany, wielowektorowy konflikt interesów podczas szczytu Unii Europejskiej? Jak wytłumaczyć czytelnikowi zawiłości dyplomatyczne formatu E3 i podstępne ruchy Antonio Costy? To proste: napisać, że Donald Tusk się wściekł.
Od dłuższego czasu śledzenie polskich mediów przypomina czytanie sprawozdania z życia grupy „Biedronki” w państwowym przedszkolu. „Ooo, pani się zdenerwowała, teraz to już na pewno będzie źle” – szeptali dawniej uczniowie pod drzwiami pokoju nauczycielskiego. Dzisiaj dokładnie na tym samym poziomie emocjonalnym operują czołowi publicyści w kraju. Zamiast rzetelnej analizy gry interesów dostajemy podwórkową telenowelę, w której główny bohater nieustannie wpada w furię, tupa nóżką i „uderza pięścią w stół”.
Naturalnie, ta medialna eksplozja emocji nie jest dziełem przypadku. To sprawdzony od wieków, klasyczny mechanizm marketingu politycznego, znany jako doktryna „dobry car i źli bojarzy”.
Gdyby pisać o polityce zagranicznej wprost, narracja mogłaby wyglądać mało atrakcyjnie: partnerzy z UE kolejny raz rozegrali nas bez pytania o zdanie, a polska dyplomacja przespała kluczowe momenty. Na szczęście z pomocą spieszą infantylni dziennikarze z gotowym zestawem ratunkowym. Po co pisać o systemowej bezradności czy błędach w sztuce, skoro można napisać, że premier się WŚCIEKŁ?
W ten magiczny sposób porażka zostaje natychmiast przekuta w sukces, a wizerunek szefa rządu zostaje lśniącym białym nietknięty. Przekaz dla mas jest prosty: Tusk chciał dobrze, walczył jak lew, myślał o Polsce dzień i noc, ale „oni” znowu zawiedli. On jest czysty – on przecież wyraził święte oburzenie! Winni są zawsze jacyś anonimowi urzędnicy, niesubordynowani koalicjanci albo podstępni zagraniczni partnerzy, którzy śmieli nie posłuchać gniewnego pomruku z Warszawy.
W ten sposób skomplikowany teatr geopolityczny zostaje sprowadzony do poziomu emocji trzylatka. Premier nie negocjuje, nie kalkuluje ryzyka, nie ponosi odpowiedzialności za brak skuteczności. Premier po prostu przeżywa stany emocjonalne, a media z wypiekami na twarzach relacjonują je niczym plotki z życia celebrytów.
Najwyższy czas, aby polskie dziennikarstwo dorosło i przestało traktować dorosłych obywateli jak dzieci na dywanie w świetlicy. Jeśli jedynym merytorycznym argumentem na obronę polskiej pozycji w Europie ma być to, że szef rządu znowu dostał ataku złości, to znaczy, że prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. I żaden, nawet najbardziej podkręcony nagłówek, tego nie przypudruje.


Komentarze
Pokaż komentarze