Jarosław Banaś dziennikarz
Jarosław Banaś dziennikarz
report report
72
BLOG

Nowa kołobrzeska starówka - Jarosław Banaś

report report Kultura Obserwuj notkę 0
Bunt przeciw szarości. Jak piwnica Adebar, partyjne anegdoty i siła zaufania stworzyły Nową Starówkę w Kołobrzegu. Przez dziesięciolecia po zakończeniu II wojny światowej serce Kołobrzegu stanowiło bolesną, pustą przestrzeń . Świadectwem dawnej świetności średniowiecznego miasta lokowanego w 1255 roku były jedynie niszczejące ruiny gotyckiej katedry oraz ratusza. Gdy w latach 80. XX wieku komunistyczna władza podjęła próbę zagospodarowania tego cennego terenu, nad miastem zawisło widmo urbanistycznej katastrofy . Reportaż Polskiego Radia Koszalin pt. „Nowa Kołobrzeska Starówka” to niezwykły dokumentalny zapis oporu przeciwko tej narzuconej, betonowej rzeczywistości. Przedstawia on historię narodzin unikalnej koncepcji architektonicznej, która zrodziła się na styku politycznego przełomu roku 1990, artystycznej odwagi, lokalnych potyczek z aparatem partyjnym oraz narodzin polskiej prywatnej przedsiębiorczości. Niniejszy esej rekonstruuje te burzliwe kulisy, łącząc wątki historyczne, polityczne i biznesowe, które ukształtowały dzisiejsze centrum Kołobrzegu.

Nowa kołobrzeska starówka


________________________________________

Nina Albińska: Poczekamy, zobaczymy, czy wszyscy państwo doszli. Proszę tam zerknąć, bo państwo się lepiej znacie, a ja nie wiem, czy wszyscy są. A pan na końcu będzie szedł. Dobrze. Drodzy państwo, my teraz znajdujemy się w sercu Kołobrzegu. Dopiero kiedy Kołobrzeg otrzymał prawa miejskie, w 1255 roku, mieszkańcy zaczęli tworzyć lokacyjne miasto w miejscu, w którym teraz stoimy. Kołobrzeg był zniszczony w czasie II wojny światowej. Przez wiele lat po wojnie centrum miasta to tak naprawdę była wolna przestrzeń: stała ruina katedry, stał ratusz. Na początku lat 80. – ja to zawsze mówię – jakiś geniusz zbrodni wpadł na pomysł, by dawny stary Kołobrzeg otoczyć 11-piętrowymi blokami z wielkiej płyty. Więc jak państwo do dzisiaj popatrzycie, z jednej strony mamy te bloczyska, z drugiej też są bloki, za ratuszem również. Na szczęście w tym przypadku zabrakło pieniędzy i projekt został zrealizowany tylko połowicznie. Minęło troszeczkę lat, zmieniły się pomysły, zmieniły się też władze miasta. Wtedy przystąpiono do zabudowy centrum Kołobrzegu tymi kamieniczkami, które nas tutaj do dzisiaj otaczają. W Kołobrzegu bardzo często określamy centrum miasta nową starówką. Dla państwa to określenie brzmi trochę dziwnie, ale po starym mieście została nam lokalizacja, a architektura jest współczesna, z lat 90. Gdybyśmy weszli w podziemia gdzieniegdzie udostępnionych kamienic, zobaczylibyście państwo jeszcze oryginalną czerwoną gotycką cegłę. Taka jest nasza namiastka starówki. Turystom tłumaczę to w ten sposób, że w Kołobrzegu mamy nową starówkę. Oni często patrzą na mnie trochę dziwnie, bo „nowa starówka” to dla nich oksymoron, określenie niespotykane. Natomiast dla nas, kołobrzeżan, jest to oczywiste: na terenie dawnego, zniszczonego starego miasta powstała współczesna architektura. Była to prywatna inicjatywa i radość wielu mieszkańców, którzy mogli w końcu zamieszkać w centrum – nie w 11-piętrowych blokach, bo wtedy niewiele było do wyboru. Nagle wokół ratusza, w samym sercu miasta, zaczęły powstawać kamieniczki. Był zachwyt.

________________________________________

Grzegorz Majewski: Było trzech autorów: Andrzej Lepczyński, Stefan Drobnik, architekt miejski, i trzeci, młody architekt, siostrzeniec Andrzeja Lepczyńskiego. Oni w trójkę realizowali tę koncepcję, robili makietę. Ja dołączyłem do zespołu już na sam koniec. Tylko pomagałem wykańczać makietę i robiłem zdjęcia. Potem koło terenowe SARP-u za własne pieniądze i z własnej inicjatywy zaczęło walkę o realizację. Ściągnęliśmy do Kołobrzegu zespół do spraw rewaloryzacji małych zespołów staromiejskich. Zorganizowaliśmy w Aadabarze spotkanie z władzami miasta i przedstawicielami różnych środowisk. Znowu odbyła się walka o przekonanie do tej koncepcji. Udało się. Dostaliśmy zgodę na uszczegółowienie projektu kwartału za katedrą. Przy tym projekcie pracowali już wszyscy architekci, a potem wszystkie branże. Szefem zespołu był wtedy Andrzej Lepczyński. Była też M. Ogińska, która projektowała jedną z pierzei. Projektowałem i ja, i Krystyna Majewska, i oczywiście wszystkie branże. Zostaliśmy uhonorowani nagrodą prezydenta. Odbieraliśmy ją w Warszawie, w Belwederze. Było bardzo hucznie. Była nawet nagroda pieniężna. Każdy dostał jakąś kopertę. Pamiętam, że kwota, którą otrzymałem, nie wystarczała mi na parę dżinsów, które widziałem na wystawie w Warszawie, idąc po odbiór tej nagrody. Formalnie zostaliśmy bardzo uhonorowani. Opowiadałem historię pierwszych lat odbudowy starówki, w formie żartu, że na początku mieliśmy praktycznie samych przeciwników. Wywodzili się z każdej strony sceny politycznej i z każdego środowiska. Pierwszy sekretarz komitetu powiatowego partii… Patrzę, a z otworu schodów wyłania się zupełnie siwiutki łepek pana sekretarza. Wchodzi po schodach, sapie i mówi, zwracając się do mnie: „Panie inżynierze, co pan za bzdury opowiada? Przecież ja byłem pierwszym, który był za odbudową tej starówki”. No nie było tak na pewno, ale trochę się można z tego pośmiać. To anegdota. Nie wszyscy miło ją przyjmą, ale jest prawdziwa. To nie jest żaden wymysł. Jak mam wytłumaczyć, na czym polegało tworzenie tej urokliwości? Albo ktoś to czuje, albo nie. Większość z nas czuła. Każdy miał jakieś doświadczenia – choćby z oglądania na żywo i w literaturze – takiej zabudowy, i to nam się podobało. Znowu anegdota. Ileś razy odbijałem się od muru, przekonując do tego typu zabudowy. Zarzucali mi, że nie jestem architektem idącym z duchem czasu, że teraz wszyscy robią architekturę współczesną, a ja proponuję coś z fragmentami licowanej cegły, pruskim murem, stromymi dachami – że to jest „fe”. Starałem się wtedy przejść na rozmowę o wrażeniach z wycieczek zagranicznych. Pytałem: „A co takiego fajnego ostatnio widzieliście państwo na wczasach?”. Jak się dowiedziałem, że byli we Florencji – „ładnie, pięknie, cudownie, klimatycznie” – pytałem: „Czyli co się wam podobało?”. „Że są łuki, cegła, wąskie uliczki, pasaże, stara zabudowa średniowieczna”. Mówiłem: „Czyli wam się to podoba, a tu próbujecie to zablokować”. Albo gdy ktoś był w Bawarii: „Co wam się najbardziej podobało?”. „Przeurokliwe miejscowości z stromymi daszkami, jednolitym kolorem dachówki, niską zabudową, bez wielkiej płyty”. Mówiłem: „Proszę bardzo. Wam się to podoba, a w Kołobrzegu chcielibyście całą starówkę zabudować wielką płytą, z płaskimi dachami i dalszymi »bryzami«?”. Często następował wtedy moment zastanowienia. Ludzie się reflektowali, że może jednak coś w tym jest. Trzeba było każdego przekonywać do akurat takiej zabudowy. Idziemy teraz podcieniem naprzeciwko ratusza. Dzisiaj byłoby to chyba już niemożliwe, żeby stworzyć takie podcienia. Pieniądz tak zdeterminował inwestycje, że zabranie inwestorowi takiej ilości metrów kwadratowych w parterze doprowadziłoby do totalnej wojny. A architekt, który by coś takiego zaprojektował, skończyłby na bruku. Wiem, że niejednokrotnie pojawiały się propozycje zabudowy tego podcienia. A ono, oprócz uroku, jest praktyczne: ludzie potrafią się tu schować przed deszczem, daje nastrój. Szkoda, że jest takie wąskie. Chciałbym je widzieć szersze, jak w wielu starych miastach. Przypomnę, że w dawnych miastach inwestorzy też liczyli pieniądze i uznali, że im się to opłaca. Jeździmy teraz po miastach południowej Polski – Jelenia Góra, Krosno – i podziwiamy wspaniałe podcienia. U nas mamy tylko namiastkę. Ale na tamte czasy, lata 80. i 90., uważam, że to był duży sukces, że udało się zrealizować choć tyle. Na pewno warto było. Niczego nie żałuję. Stoimy przy katedrze i mamy widok na perspektywę ulicy Mariackiej w kierunku wschodnim. Widzimy fragment tej wielkiej ściany. To olbrzymia zasługa tej zabudowy, bo już prawie nikt nie pamięta, jak wtedy wyglądała ta okolica. Mieliśmy całkowicie widoczne potężne ściany okropnych budynków z wielkiej płyty. To był koszmar. Jednym z celów zabudowy było tak zwane skrócenie perspektywy i zasłonięcie tych ścian. Udało się znakomicie. Cudownie to widać od strony ulicy Łopuskiego i Armii Krajowej. Kiedyś, stojąc na tym skrzyżowaniu, miało się przed oczyma całą ścianę ulicy Wąskiej. Wyglądało to obrzydliwie. Dzisiaj stojąc tam, w ogóle jej nie widać. Zniknęła i przestała szpecić – przynajmniej z większości kierunków. Sylwety miasta nie zmienimy. To też olbrzymia tragedia po wybudowaniu tych potężnych ścian z wielkiej płyty. Nagle w sylwecie pojawiły się takie dechy. Żeby to zniknęło, trzeba by rozebrać kilka kondygnacji. To w tej chwili niemożliwe finansowo. Natomiast skróciliśmy te perspektywy. Dalej żałuję – i tu na pewno wielu się narażę – że nie zabudowaliśmy kwartału przy urzędzie miasta po linii dawnej zabudowy, tak jak było kiedyś, według koncepcji realizowanej przez Kirszaka w latach 60., a potem pod koniec lat 70. Szkoda, że „Bryza”, która zmieniła swój charakter, dalej jest obiektem, który ma się nijak do tej zabudowy. Mogłaby być co najmniej o jedną kondygnację wyższa, a nawet o dwie, bardziej nawiązująca do podziałów kamienicznych. Byłoby lepiej dla miasta. Nie ze wszystkiego jestem do końca zadowolony, ale summa summarum, po kilkudziesięciu latach mogę powiedzieć, że to był dobry kierunek, w którym miasto poszło. To jest ulica Dubois. Ten fragment idący po łuku. Po wojnie zostało nam tu tylko kilka budynków – trzy czy cztery, już nie pamiętam. Reszta to zupełnie nowa zabudowa. Autorem większości był dawno nieżyjący, kultowy architekt z Kołobrzegu Janusz Kirszak. To były lata 60. Ja byłem wtedy jeszcze 10-letnim chłopakiem, więc niewiele pamiętam. Kirszak był zaprzyjaźniony z moją rodziną, bywał u nas w domu. Potem ja bywałem już jako dorosły w jego słynnym hangarze, gdzie był jacht. Kiedyś to była najbardziej ciekawa ulica, z której kołobrzeżanie byli dumni – dopóki nie powstała druga część starówki. Trochę straciła na znaczeniu, choć cały czas ma swój niepowtarzalny urok.

________________________________________

Marian Jagiełka: Po odgruzowaniu miasta zakładaliśmy chodniki bez płytek, takie trakty piesze. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę miał duży udział w zabudowaniu tego wszystkiego. Trudno było sobie wyobrazić, że powstanie coś nowego. Powiem coś może obrazoburczego: Kołobrzeg wygrał, przynajmniej jeśli chodzi o centrum miasta, właśnie dlatego, że został mocno zburzony i powstała możliwość zbudowania czegoś nowego. Konkurs na zabudowę wygrali architekci koszalińscy. Przewidywali wysokie, 11-kondygnacyjne budynki po linii starej, średniowiecznej zabudowy. Zabrali się za tę wewnętrzną przestrzeń między budynkami. Architekci kołobrzescy uparli się, żeby jednak nie robić tego zgodnie z ich szkicem, tylko wprowadzić urozmaicenie właściwe zabudowie śródmiejskiej. Według konkursu koszalińskiego miała to być zabudowa jedno- i dwukondygnacyjna, pawilonowa – mniej więcej jak dawna „Bryza”. Natomiast nasi architekci, Andrzej Lepczyński i świętej pamięci Kirszak, postawili na to, że w parterze muszą być usługi, bo szkoda tak cennego terenu na czystą mieszkaniówkę, a wyższe kondygnacje – mieszkania. Powstała myśl, żeby to porzeźbić, poukładać. Początek był toporny. Pierwsze budynki przy małym rynku, w okolicach kościoła, to zabudowa wymuszona. Projektanci chcieli zrobić ją w miarę ciekawą, ale wykonawcy – a byłem wśród nich jako kierownik i główny technolog w firmie budowlanej – chcieli zapełnić to prostymi bryłami i wykonać zadanie. W którymś momencie pojawiła się fabryka domów. Potencjał budowlany musiał się skupić na zagospodarowaniu jej wyrobów i powstała przestrzeń dla indywidualnej przedsiębiorczości. Pierwszy budynek był trochę nieudany, ale to był pierwszy taki deweloper. Pojawiła się myśl: my to potrafimy lepiej. Spółdzielnia „Porozumienie”, prezes Wojtek Bartosik, pociągnęła dalszą zabudowę – znowu w uproszczonej architekturze, jaką dopuścili wykonawcy, bo bali się skomplikowanych brył i elewacji. W 1989 roku poszedłem na swoje. Ze świętej pamięci Janem Binkowskim – on sprawy zaopatrzeniowe, ja wykonawcze – stworzyliśmy duet inwestycyjny. Podjąłem się roli generalnego wykonawcy dla spółdzielni „Porozumienie” przy budynkach przy ulicy Giełdowej. Podrosła moja ambicja. Wydawało mi się, że skoro to takie miejsce, trzeba się trochę bardziej wysilić i nie robić byle jak, tylko posłuchać architektów. Kiedy stworzyłem swoją firmę, poszedłem do inżyniera Lepczyńskiego i mówię: „Andrzej, od dzisiaj koniec z tą nomenklaturą, że »róbcie starówkę, jak tylko potraficie«, a ja będę ją realizował pokornie, tak jak sobie życzycie”. I zaczęło się od tego. Pozwoliłem im, nawet dopingowałem. Sprawa była dyskusyjna: czy sobie z tym poradzę. Był przetarg, na którym kupiłem teren naprzeciw dawnej Elwy, przy ulicy Giełdowej – dwie działki. Wystartowały dwie spółdzielnie mieszkaniowe, pewne swego, że jedna weźmie jedno, druga drugie. Pojawiłem się ja i przebijałem, ile wlezie, nawet bez opamiętania, bo miałem przeczucie, że muszę ten teren wygrać. Poszli do domu z hasłem: „gówniarz niech się utopi i zmądrzeje”. Miałem jakieś własne środki wcześniej wypracowane, ale to było mało. Ogromne znaczenie miało to, że w mojej działalności budowlanej nie zrobiłem plam ani przekrętów. Uwierzył we mnie świętej pamięci pan Aleksandrowicz. Przyszedł i powiedział: „Panie Marianie, ja wierzę, że pan to zrobi. Tylko ten narożnik pod przejściem biorę: parter i mieszkanie na piętrze”. Przyszedł mi z pomocą. Kredytów nie brałem, bałem się tego, ale oni zapłacili dość dużo na wstępie. Krok po kroku ruszałem, wszystko się rozbujało. Na początku myślałem, że w końcu złamię kark. Ale udało się. Tu była duża pomoc pani Aider. Stworzyła pierwszą umowę deweloperską. Ta umowa miała nie więcej niż dwie strony. Ja dzisiaj podpisuję umowy na czterdzieści. Było ogromne, obustronne zaufanie: inwestorów do mnie i moje do nich. Kiedy to ruszyło, zrobiło się bardzo głośno. Kończąc pierwszy segment, miałem go już sprzedany i obłożony następny. Wtedy ruszyli inni budowlańcy. Ludzie zaufali mnie, ja zaufałem ludziom. Była naprawdę fajna radość budowania. Potem zaczęli się budzić inni deweloperzy. Ruszyła działalność deweloperska, innowacyjna w tamtym czasie. Nikt tego wcześniej tak nie prowadził. W głównej mierze polegało to na wzajemnym zaufaniu. Starałem się robić to solidnie. Pozwoliłem ludziom aranżować mieszkania wewnątrz, jak chcieli, bo skoro dają tyle pieniędzy, to i ja muszę się postarać. To mi przysporzyło dużo plusów i zadowolenia. Takie były moje początki działalności deweloperskiej. Nie jestem wizjonerem. Wyznaję zasadę, że jak coś robię, to krok po kroku, dobrze, z sensem i z jakąś perspektywą. Projekt, który zaprezentowali kołobrzescy projektanci na niższą zabudowę starówki, był frapujący i mobilizujący. Wchodziliśmy w zabudowę historyczną, bardzo odpowiedzialną, ale ze świadomością, że jeśli się uda, to frajda na całe życie. Nie zależało mi, żeby to wiązano z moim nazwiskiem, ale tak się stało. Po prostu byłem pierwszy i goniła mnie chęć zrobienia czegoś sensownego. Przyjechałem z jedną walizką, a udało się tyle zrobić. Krok po kroku, logicznie, bez przekrętów. Nie byłem wizjonerem, ale coś mnie pędziło, żeby nie poprzestawać. Wiedziałem, że inni zaczynają mnie doganiać.

________________________________________

Henryk Bieńkowski: Jeśli chodzi o samo centrum Kołobrzegu, wyglądało częściowo chaotycznie, nieuporządkowanie. Było częściowo zabudowane wysokimi obiektami mieszkalnymi. Częściowo próbowano już odtworzyć fragment starówki od strony zachodniej. Później, kiedy nastąpiła wielka zmiana społeczno-polityczna, w 1990 roku – mówię o roku 90., bo wtedy samorządy już istniały na mapie politycznej państwa – podjęliśmy decyzję, że cała starówka kołobrzeska będzie realizowana w systemie prywatnym, półprywatnym. Chodziło o to, żeby była zabudowywana kompleksowo. Nieruchomości w centrum przekazywano w przetargach podmiotom deweloperskim. Tak je nazwijmy; może wtedy ta nazwa jeszcze nie funkcjonowała, ale były to firmy budowlane, które pod nadzorem architektów miejskich i architektów zrzeszonych w Stowarzyszeniu Architektów Kołobrzeskich realizowały całą starówkę etapami. Do dzisiaj mamy taki obraz, jaki widzimy: centrum i część wschodnia są zabudowane. Zostały tereny zielone i według mnie powinny zostać na stałe, bo tego domagają się mieszkańcy. Kołobrzeżanie powinni mieć prawo żyć na starówce, która jest częściowo zielona. Pamiętam firmę Pro-Bud, z którą wiąże się nazwisko Mariana Jagiełki. Była firmą wiodącą w tym sensie, że oni się pasjonowali zabudową starówki w stylu zaprojektowanym przez kołobrzeskich architektów. To byli ludzie, którzy nadali pierwotny kształt i pomysł, żeby starówka w nawiązaniu do średniowiecznej zabudowy została odtworzona. To była zupełnie inna tkanka gospodarcza miasta. Obiekty były w przeważającej części mieszkalne, z usługami na dole. Prawda jest taka, że Kołobrzeg, jak każde miasto w Polsce, był zdominowany przez spółdzielnie typu Społem, Miejski Handel Detaliczny i inne instytucje półprywatne utworzone jeszcze przez system postkomunistyczny. To wszystko uległo przemianie, a często likwidacji. Jako prezydent wspierałem inicjatywy pracowników tych instytucji, żeby przejmowali majątek – można było wtedy tworzyć spółki pracownicze – i żeby miasto lokale ze swoich zasobów przekazywało podmiotom prywatnym, oczywiście odpłatnie. Po to, żeby wszystko się usamodzielniło, sprywatyzowało i żeby mieszkańcy mieli asumpt do własnej działalności gospodarczej. Dzięki temu bardzo dużo lokali w Kołobrzegu zmieniło wygląd, branżę i jakość usług. Na początku lat 90. wszyscy byliśmy, jak pamiętam, zintegrowani. Myśl przewodnia była taka, żeby jak najszybciej uciec od systemu postkomunistycznego, od szarego PRL-u, i nadać miastu przyspieszony rozwój nawiązujący do stylu zachodniego. Dzisiaj wygląda to inaczej. Przedsiębiorcy lokalni okopali się na swoich terytoriach. Rywalizacja i pogoń za zyskiem zaszły tak daleko, że trudno to środowisko zintegrować. Każdy chce mieć u siebie jak najwięcej klientów, najlepiej turystów z Niemiec. To bariera, która tłumi integrację. Poza tym obecne władze Kołobrzegu – według mnie – nie potrafią wyznaczyć dobrego kierunku rozwoju miasta. Dyskutuje się o tym, wraca do tych samych pomysłów, tworzy strategie, które zalegają na półce. Pamiętam strategię rozwoju turystycznego, którą za mojej kadencji przygotował profesor Schwichtenberg z Politechniki Koszalińskiej. Tę strategię mnie i mojemu następcy udało się niemal w całości zrealizować. Dzisiaj szukamy ciągle czegoś nowego, robimy ekspertyzy, z których tak naprawdę nic nie wynika i które nie są wdrażane. Przynajmniej ja tego nie dostrzegam. Trudno będzie zjednać siłę, która poprowadzi miasto w zupełnie innym kierunku.

________________________________________

Nina Albińska: Drodzy państwo, my teraz znajdujemy się w sercu Kołobrzegu. To tak naprawdę była wolna przestrzeń. Stała ruina katedry, stał ratusz. Przez wiele lat olbrzymia pusta przestrzeń. Później przystąpiono do zabudowy centrum tymi kamieniczkami, które nas tutaj otaczają. W Kołobrzegu bardzo często określamy centrum miasta nową starówką.



report
O mnie report

Na Salonie24 od 2008. Reaktor Jarosław Banaś. Dziennikarz radiowy, autor słuchowisk, reportaży. Autor porywającej prozy o Julianie Arnoldzie Szaraczkiewiczu "Tak diała państwo". Publikacja w przygotowaniu. Poniżej song Szaraczkiewicza.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura