2 obserwujących
39 notek
66k odsłon
3877 odsłon

Rosyjski historyk flekuje Powstanie Warszawskie

Wykop Skomentuj35

Aleksiej Isajew uchodzi w Rosji za dobrego historyka. Znajomość faktów, jaką demonstruje podczas wykładów dostępnych w internecie, jest rzeczywiście imponująca. Ale co z tymi faktami robi, to już zupełnie inna sprawa. Można się o tym przekonać oglądając wykład Isajewa o Powstaniu Warszawskim, który ukazał się 30 lipca na youtubie.

Wykład ten jest doskonałą ilustracją żelaznej zasady dobrych kłamców: Tam, gdzie się da, trzeba mówić prawdę. Nie znaczy to, że Isajew jest kłamcą. Po prostu stosuje konsekwentnie tę zasadę. Kwestia, czy robi to świadomie czy nieświadomie, nie należy do rzeczy – jest ni pri cziom, jak mawiają bracia Moskale. 

Isajew zaczyna od „prawdy” o Tadeuszu Borze-Komorowskim. Na ekranie ukazuje się zdjęcie, na którym Komorowski widnieje jako uczestnik jakiegoś spotkania z Hitlerem. Nie ulega wątpliwości, że słuchacze wykładu na widok tego zdjęcia zatrzęśli się ze zgrozy. Generał Komorowski, wódz Powstania Warszawskiego, z Hitlerem! Przy czymś takim pakt Ribbentrop-Mołotow i niemiecko-sowiecka defilada zwycięstwa w Brześciu Litewskim znikają jak kamfora, momentalnie przestają istnieć. Tak samo zresztą jak to, że zdjęcie pochodzi z czasów, gdy Hitler fotografował się z Chamberlainem. Prawda Isajewa jest bezsporna – osoba widniejąca na zdjęciu to Komorowski – ale równie bezsporne jest jego kłamstwo, polegające na manipulowaniu prawdą, sterowaniu emocjami rosyjskich słuchaczy.  

Wrobiwszy Bora-Komorowskiego w kolaborację z Hitlerem, Isajew natychmiast przechodzi do deprecjonowania rządu londyńskiego i dowództwa AK. Czyni to metodą przytaczania bezspornych faktów wielokrotnie prezentowanych w polskich opracowaniach i nadawania im złowrogiego znaczenia. Żaden polski historyk nigdy nie zaprzeczał, że zarówno w rządzie londyńskim, jak w dowództwie AK, a także między tymi dwoma podmiotami, trwały nieustanne tarcie i spory. Abstrahując od skali i zasięgu politycznych zjawisk, warto pamiętać, że wśród podobnych tarć i sporów upływały czasy wojny Rooseveltowi, Churchillowi i Stalinowi. Wokół każdej z tych postaci krążyły myślami i w sensie dosłownym setki, jeśli nie tysiące, wpływowych ludzi. Ale tylko wokół Bora-Komorowskiego toczyły się intrygi. Isajew świadomie używa tego słowa, by jego słuchaczom rząd londyński i dowództwo AK kojarzyły się już do końca wykładu wyłącznie z intrygami i krecią robotą. 

Armia Krajowa była podziemną armią, siłą rzeczy niepodobną do regularnego wojska. Nikt w Polsce nigdy nie twierdził, że sprawy miały się inaczej. Pod względem struktury i sposobów funkcjonowania AK było wojskiem nietypowym. Plany i koncepcje dotyczące przyszłego powstania na terenie okupowanej Polski były wielokrotnie korygowane w miarę zmieniającej się sytuacji na froncie wschodnim. Żadne poważne polskie opracowanie temu nie zaprzecza. Niemniej wszystko to dało asumpt rozgrzanemu już Isajewowi do urągliwego stwierdzenia, że Armia Krajowa „była jakimś takim obłokiem z niewyraźnymi planami, z antysowieckimi oczywiście, lecz niezrozumiałymi celami i z niejasnymi nadziejami”. W zbiorowej podświadomości rosyjskich słuchaczy ta nieprzychylna definicja została zgodnie z intencją wykładowcy skrupulatnie odnotowana. Tak jak postać Bora-Komorowskiego na zdjęciu z Hitlerem. Przyszłego wodza Powstania Warszawskiego nikt z tego zdjęcia nie wyretuszował jak Jeżowa ze zdjęcia ze Stalinem, a gdyby nawet ktoś dopuścił się fałszerstwa, sowieccy historycy na pewno dotarliby do oryginału. W końcu z Jeżowem się wydało. Co prawda nie dzięki sowieckim historykom. 

Urodzony w 1975 roku Aleksiej Isajew rzecz jasna nie jest sowieckim historykiem. Toteż nikt mu takiego zarzutu nie stawia. Można mu jedynie zarzucić genetyczną niemal skłonność do sowieckiego stylu uprawiania nauk historycznych, ze szczególnym uwzględnieniem stosowania wstecz zasady dziel i rządź. Isajew wygłasza wykład tak, jakby chciał skłócić ze sobą rząd londyński i dowództwo AK. Siedemdziesiąt pięć lat po wybuchu Powstania! Rząd londyński, jego zdaniem, „od końca 1943 roku jawił się jako wysepka roztropności na oceanie rozszalałych pasji”: Londyn nie parł do powstania. Do powstania parły gorące głowy z warszawskiego dowództwa. To one skłoniły wahającego się Bora-Komorowskiego do wydania fatalnego rozkazu. Gdyby Bór-Komorowski posłuchał Sosnkowskiego, naczelnego bądź co bądź dowódcy polskich sił zbrojnych, powstanie mogło wybuchnąć w znacznie dogodniejszym terminie, jakim na pewno byłby styczeń 1945 roku. Dowództwo Armii Krajowej nie musiało się tak śpieszyć, miało mnóstwo czasu, który mogło wykorzystać na pełniejsze rozpoznanie sytuacji i przyzwoite dozbrojenie oddziałów. 

Czemu miało służyć to retroaktywne skłócenie polskich dowódców? Poróżnieniu dzisiejszych Polaków? Nie. Dzisiejsi Polacy doskonale wiedzą z nieprzeliczonych opracowań, że polskie dowództwo nie było monolitem. Isajew jest tego w pełni świadomy. „Skłócenie” miało podkreślić czerwoną krechą, że dziejowa słuszność była po stronie tych, którzy nie wykluczali współpracy z sowietami (czytaj: poddania się dyktatowi sowietów). O współpracy napomykał Sosnkowski. Całkowicie wykluczał ją Bór-Komorowski. Dlatego powstańcy przegrali. Jeszcze jedna nauka dla rosyjskiego słuchacza, że tylko w Rosji prawda. 

Wykop Skomentuj35
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka