Dlaczego pojawiła się policja?
Oficjalne wyjaśnienia obecności policji przed Trybunałem dotyczyły informacji o możliwym zagrożeniu dla sędziów. Ja widzę w tej interwencji również dwa inne powody. Podkreślam: to moja interpretacja wydarzeń.
Pierwszym była chęć zakończenia przeciągającego się zgromadzenia przed budynkiem, organizowanego przez środowiska „Gazety Polskiej” i Telewizji Republika. Wielokrotnie przejeżdżałem tamtędy i widziałem, co się działo. W mojej ocenie przybrało to formę faktycznej okupacji otoczenia instytucji publicznej, której nie można było utrzymywać bez końca.
Drugi powód wiążę z impasem dotyczącym dopuszczenia wybranych sędziów do wykonywania obowiązków. Uznano, że trzeba go przełamać z udziałem policji. Trudno uznać taki obraz za budujący. Żeby jednak zrozumieć, dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu, trzeba przypomnieć wcześniejsze etapy kryzysu.
Nie przemilczajmy własnych błędów
Powiedzmy uczciwie: nasz obóz również ponosi odpowiedzialność za początek tego sporu. W 2015 roku wybrano dwóch sędziów ponad tych, których wybór był uzasadniony kończącymi się kadencjami. To był błąd — wstydliwy i niepotrzebny. Ówczesny Trybunał zakwestionował ten wybór, a my przyjęliśmy jego rozstrzygnięcie.
PiS wykorzystało jednak tę sytuację jako pretekst do znacznie głębszej ingerencji. Andrzej Duda odegrał w niej kluczową rolę, pomijając trzech prawidłowo wybranych sędziów. Później następowało dalsze upartyjnianie Trybunału, do którego trafiali politycy obozu rządzącego. W mojej ocenie instytucja stopniowo traciła niezależność i autorytet.
Po zmianie władzy popełniliśmy kolejny błąd: opóźnialiśmy obsadzanie wakatów i skumulowaliśmy wybór sędziów. Nie chcę przesądzać intencji, ale oceniam ten sposób działania krytycznie.
Z kolei Karol Nawrocki przyjął ślubowanie od dwóch spośród sześciu wybranych osób, nie przedstawiając przekonujących kryteriów takiego rozróżnienia. Odczytuję to jako próbę utrzymania przewagi PiS w Trybunale.
W tym kontekście przypominam sprawę Lidii Bagińskiej z 2007 roku. Lech Kaczyński miał wobec niej poważne zastrzeżenia, ale ostatecznie przyjął ślubowanie, uznając, że obowiązujące przepisy nie pozostawiają mu wyboru. Własna ocena wybranej osoby nie oznacza przecież dowolności w wykonywaniu obowiązków prezydenta.
Dwa obrazy i nowe układy na prawicy
Pierwszym politycznym symbolem tych wydarzeń jest dla mnie zdjęcie uśmiechniętego Jarosława Kaczyńskiego z Grzegorzem Braunem. Odczytuję je jako sygnał otwarcia na współpracę, niezależnie od późniejszych zapewnień i zastrzeżeń.
Kaczyński zyskuje szansę na ponowne skupienie wokół siebie prawicy. Braun powinien jednak pamiętać, jak prezes PiS traktował wcześniejszych koalicjantów. Współpraca z nim może oznaczać stopniowe odbieranie politycznej samodzielności i wyborców. Zresztą jego uśmiech mówi wszystko. Mówi do Brauna: już cię mam! Już się nie wyrwiesz z moich rąk!
Na tym tle szczególnie bezradnie wygląda inicjatywa Mateusza Morawieckiego, który zaproponował Marka Jurka na premiera technicznego. Marka Jurka bardzo cenię i wierzę, że próbowałby szukać porozumienia. Sam pomysł nie zyskał jednak politycznego ciągu dalszego. Odczytuję to jako przejaw zagubienia byłego premiera.
Drugim obrazem jest Karol Nawrocki przepychający się przy wejściu do Trybunału. Rozumiem jego powrót z podróży zagranicznej w chwili napięcia. Rozumiem zwoływanie konsultacji i rozmowy z przedstawicielami partii. To naturalne działania głowy państwa.
Nie rozumiem natomiast udziału w przepychankach i słownych utarczkach. Takie zachowanie nie służy godności urzędu prezydenckiego. Źle świadczy również o tych, którzy doradzali taką formę działania.
Polityczne zwycięstwo nie kończy kryzysu
W mojej ocenie politycznymi beneficjentami konfrontacji są Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Każdy z nich może umacniać własny obóz wokół ostrego konfliktu. Tyle że w ten sposób nie odbudujemy Trybunału.
Dlatego nie zgadzam się z konfrontacyjnym przesłaniem premiera, że ze złem nie należy paktować, lecz trzeba walczyć. W 1989 roku strony Okrągłego Stołu również dzieliła fundamentalna nieufność i bardzo surowa wzajemna ocena. Mimo to podjęły rozmowę. Polska skorzystała na zdolności do politycznego porozumienia.
Dziś także potrzebujemy rozmowy ponad podziałami. Uporządkowanie sytuacji wewnątrz budynku Trybunału nie wystarczy, jeśli jego autorytet pozostanie zakwestionowany poza nim.
Potrzebny jest reset konstytucyjny
Autorytet sądu opiera się na uznawaniu jego orzeczeń. Jeżeli kolejne obozy polityczne i ich wyborcy będą traktować Trybunał jako instytucję przeciwnika, kryzys będzie trwał niezależnie od tego, kto akurat uzyska w nim większość.
Potrzebujemy ponadpartyjnego porozumienia w sprawie nowej treści konstytucyjnych przepisów o Trybunale. Jednym z rozwiązań do rozważenia jest wybór sędziów większością dwóch trzecich głosów. Podaję to jako przykład mechanizmu, który wymuszałby szukanie kandydatów akceptowalnych dla szerszego grona.
Wśród najważniejszych polityków osobą zdolną podjąć taką inicjatywę wydaje mi się Władysław Kosiniak-Kamysz. Ma dobre relacje z Donaldem Tuskiem, a jednocześnie zachowuje możliwość rozmowy z drugą stroną, w tym z prezydentem Nawrockim.
Czy wierzę, że taki reset nastąpi? Szczerze mówiąc, jestem pesymistą. W obecnej atmosferze porozumienie graniczyłoby z cudem. To jednak nie zwalnia nas z obowiązku wskazywania wyjścia. Kolejne zwycięstwo jednej strony w bitwie o Trybunał nie przywróci mu autorytetu. Do tego potrzebna jest zgoda co do reguł, które będą obowiązywać wszystkich.
Emisja na youtubie nastąpiła 3 listopada 2026.
https://youtu.be/xfJBnpGBWAs?is=_RTu-BSJczuspKpy



Komentarze
Pokaż komentarze (13)