Pod notką o rosnącej liczbie konkubinatów pojawiło się sporo głosów w obronie małżeństwa. Jednym z argumentów broniących zasadności brania ślubu był ten, iż w razie rozstania żadna ze stron nie może zostawić na lodzie drugiej i musi zapewnić byt byłemu małżonkowi (częściej jest to małżonka) tudzież dzieciom. W konkubinacie po rozstaniu żadnej ze stron nie przysługują jakiekolwiek prawa. Jest to słuszna uwaga, jeśli jedno ze stadła zarabia sporo więcej od drugiego. Czy jednak w przypadku wspólnego biedowania lub obopólnego bogacenia się zawieranie związku małżeńskiego w celu zabezpieczenia się na przyszłość ma sens? I czy w ogóle należy brać ślub z myślą o potencjalnych pieniądzach? Nie wykluczam, że i mnie dopadnie taka mentalność, jednak na razie o tym nie myślę (nie dorobiliśmy się niczego sensownego).
Zastanawiające jest dla mnie to, jak krótki termin przydatności ma rzecz „służąca” rzekomo przez całe życie. Przysięgamy wierność aż do grobowej deski, także w Urzędzie Stanu Cywilnego, a tymczasem...
Wynika z tego, że rosnąca liczba konkubinatów idzie ręka w rękę z rosnącą liczbą rozwodów. Celebryci pokroju pana Jacka Kurskiego czy pani Marty Kaczyńskiej, biorący kolejne śluby, nie poprawiają wizerunku tej instytucji. Czy warto zatem się hajtać, jeśli ma się świadomość, że tak naprawdę w każdej chwili można zakończyć związek, tyle, że zazwyczaj w sądzie? Postanowiłam dla zabawy wpisać w wyszukiwarkę zapytanie o zalety małżeństwa (w opozycji do życia na kocią łapę). Oto, co wyskoczyło:
...i tutaj wyliczenie, jakie benefity idą w parze z obrączką. Ciekawe. Argument o wolniejszym starzeniu się mógłby chyba pasować także do wieloletnich konkubin. Ale faktycznie, według prawa i obyczaju mężatka stoi nieco wyżej. Czy jest to powód, by wypowiadać słowa przysięgi i składać podpis? Każdy musi na to pytanie odpowiedzieć sobie sam.
Dla niektórych (a może nawet dla znaczącej większości) najważniejsze w tym sporze jest dobro dziecka. Optują więc za małżeństwem jako formą związku najlepiej chroniącą prawa najmłodszych. Trzeba by się pochylić nad tym i zastanowić, czy nie ma w tym trochę racji. Może i faktycznie dziecku lepiej się wiedzie, kiedy ma dwoje zaślubionych sobie rodziców? Kiedy jednak pomyślę, jak ewentualna szarpanina w sądzie wpływa na potomstwo, zaczynam mieć wątpliwości. Czy naprawdę najważniejsze są pieniądze? Poza tym ex-mąż również może się migać od zapewniania progeniturze takiego samego poziomu życia, jaki jest jego udziałem.
A tak poza tym, panie i panowie, to wszystko są wynurzenia, refleksje i bajania osoby, która patrzy na życie przez pryzmat własnych doświadczeń. Tymczasem każdy ma inne. Nie traktujcie tej notki jak naukowego traktatu, to luźne dywagacje, które nie każdemu muszą przypaść do gustu.




Komentarze
Pokaż komentarze (229)