Sytuacja Kościoła wśród białych ludzi wydaje się być tragiczna. Jest jak nigdy dotąd atakowany, porzucany przez wiernych, wpadający w syndrom oblężonej twierdzy. Dlaczego tak się dzieje? Parę przyczyn galopującej laicyzacji można poznać w lekturze tego oto artykułu:
Wpływ największej korporacji świata na młodych ludzi jest obecnie chyba najgorszy w historii swojego istnienia. Czy to dobrze czy źle? Dobrze, jeśli uznamy, że Kościół jest źródłem fałszu i zakłamania, że nie ma patentu na Boga, że przez wieki sprzymierzał się z władzą w prześladowaniu „niewiernych”. Źle, jeśli dostrzeżemy, że młodzi w ogóle tracą duchowość. A może jednak nie tracą? Może ich duchowość jest po prostu inna niż ta u starszych pokoleń?
Ale nie tylko młodzi porzucają tę organizację. Wszystkie generacje wydają się być statystycznie dalej od religii, coraz bardziej na nią obojętne i „letnie” wobec zaleceń duszpasterzy. Dla tych, którzy jeszcze uczęszczają na msze, taka sytuacja wydaje się mieć plusy: nareszcie zostaną ci, którym naprawdę zależy na wierze chrześcijańskiej, a odejdą tzw. katolicy kulturowi. Czy jednak utrata hegemonii nie jest równoznaczna z utratą wpływu na politykę, sprawy społeczne, sumienie narodu? Wydaje mi się, że Kościół przegrał najważniejsze bitwy o dusze populacji, że za chwilę świątynie zaczną być przerabiane na dyskoteki. Polska dogania Zachód w kwestii laicyzacji i nic tego nie zatrzyma.
Jeśli ktoś jednak uważa, że ten proces da się odwrócić, proszę go/ją o podanie sensownych argumentów. Teksty w stylu „Nie takie kryzysy przetrwaliśmy” nie są zbytnio, hmm, racjonalne, gdyż wszystko się kiedyś kończy.


Komentarze
Pokaż komentarze (78)