49 obserwujących
252 notki
416k odsłon
4734 odsłony

Podzielono nas po Smoleńsku? Czyżby?

Wykop Skomentuj225

Tytułowe pytanie  wpisuje się w mit tworzony na użytek zaciemniania istoty politycznego konfliktu w Polsce i służy jako pożywka dla oskarżeń przeciwników, że to oni są źródłem i przyczyną podziałów. Obiektywny obserwator mógłby z łatwością ocenić, kto rzeczywiście od wielu lat tworzy i podsyca te podziały, dostrzegłby wielką asymetrię winy obu stron politycznego sporu i uznałby, że tragedia smoleńska jedynie ujawniła już istniejące podziały i pogłębiła je, choć mogła dać początek jedności. W uniesieniu niezwykłej atmosfery tuż po 10 kwietnia 2010, gdy przed pałacem prezydenckim gromadziły się tłumy Polaków wstrząśniętych dziejowym wydarzeniem, pragnących wszystkim ofiarom oddać hołd i skłonić głowy przed trumnami pary prezydenckiej, przestrzeń publiczną wypełniły zachwyty nad rodzącym się na naszych oczach niezwykłym zjawiskiem jednoczenia wspólnoty narodowej. Powszechnie słychać było głosy, że my Polacy potrafimy się zjednoczyć w momentach zagrożeń i to jest taki moment.
Jeśli wtedy można było odbierać te głosy ze sceptycyzmem, ale też z gotowością do przyjęcia nadziei na tak oczekiwaną zmianę, już wkrótce, a tym bardziej dzisiaj, po wielu latach, trzeba uznać, że była to całkowicie błędna ocena, po prostu bzdura głoszona po części przez naiwnych ludzi, a w większości przez zawodowych kłamców i politycznych graczy, którzy z premedytacją przygotowywali grunt do oskarżeń o odpowiedzialność za podziały. Pod pałac prezydencki przyszła wtedy ta część narodu, która zwykle jest ukryta, lub milcząca, ale stała w poglądach utożsamia się w pełni z polskością i reprezentuje tylko jedną stronę w podziale, który trwa od dawna. Z pewnością wstrząs dziejowej katastrofy otworzył niektórym oczy, a z biegiem czasu, zwłaszcza gdy ujawniło się współdziałanie polskich władz z Rosjanami w ukrywaniu prawdy, proporcje stron podziału zmieniały się w miarę rosnącej liczebności patriotów.


Ta druga część, rzekomo szukająca jedności, początkowo nie przychodziła pod pałac, a jeśli niektórzy przychodzili, to tylko po to, by zobaczyć potencjalnych przeciwników, policzyć ich i ocenić sytuację. Jest czymś kompletnie nieracjonalnym, by oczekiwać, że ludzie identyfikujący się przez tyle lat z haniebnym wydaniem przemysłu pogardy, tolerujący, a nawet wspierający najbardziej obrzydliwe prowokacje, nagle, z dnia na dzień zrozumieli, że błądzili i natychmiast przyszli pod pałac, by rozpocząć czas pokuty i politycznego zadośćuczynienia. Poza jakimiś wyjątkowymi przypadkami nic takiego się nie mogło stać. Silny podział rodził się od początku PRL, mocno utrzymał się po 1989 roku, w 2005 roku zdefiniował swój polityczny charakter i zbudował strukturę, a  w nowych, strasznych okolicznościach stworzonych przez smoleńską tragedię ujawnił się, ustabilizował i pogłębił.
Bardzo szybko wojna o krzyż, inicjowana zresztą z tego samego pałacu prezydenckiego przez B. Komorowskiego i zaskakująco tolerowana przez kard. K. Nycza, eksplodowała z całą siłą, odsłaniając wprost zwierzęce oblicze jednej  strony podzielonego społeczeństwa. Medialny monopol tej strony wytworzył wrażenie, że właśnie ta strona jest wspierana przez większość społeczeństwa i w wewnętrznej walce o to „czyja będzie Polska?”. Ujawnił się bezwzględny przeciwnik, dla którego ktoś w Smoleńsku utorował i wyczyścił drogę do niszczenia Polski. Tak to wyglądało w obrazkach z Warszawy, a potem utrwaliło się historią smoleńskich miesięcznic gromadzących stronę patriotyczną, gdy już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że nie ma granic, do jakich mogą się posunąć przeszkadzający im wrogowie Polski. W Krakowie, istniejący przed Smoleńskiem podział ujawnił się od razu, bo hałaśliwa grupa protestująca przeciw decyzji o pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu, nie zawahała się ulokować swój protest na Franciszkańskiej, w miejscu Jedności Narodu uświęconej pamięcią o Wielkim Papieżu Janie Pawle II. Później kolejne miesięcznice smoleńskie długo gromadziły ludzi na mszach św. w Katedrze Wawelskiej i przy Krzyżu Katyńskim obok królewskiego wzgórza, ale tam też pojawiali się coraz częściej ci, którzy chcieli przeszkadzać.          
Nikt nas po Smoleńsku nie podzielił, bo byliśmy już dostatecznie głęboko podzieleni na dwie części przed kwietniem 2010. Nie da się podzielić na dwie części czegoś, co już właśnie tak jest podzielone, nie pojawiła się nowa granica podziału, a jedynie ujawniło się, że podział jest na tyle głęboki, że nie wzruszył nim nawet wstrząs dziejowej tragedii smoleńskiej. Próbowałem kiedyś…


https://www.salon24.pl/u/krakow-broda/931288,do-polakow-z-drugiej-strony-kanionu



… dojść do sedna tego podziału, wyłuskać jego przyczynę i istotę, ale jedyną konkluzją do jakiej doszedłem było ustalenie, że podział ten nie jest do przezwyciężenia. Nie ma żadnego miejsca na kompromis, jedna strona musi całkowicie przegrać, bo prawda leży tam gdzie leży, a w zasadzie nigdy w środku. Kompromis musi się zacząć od ustalenia prawdy, to zaś wymaga zdolności do uznania merytorycznych argumentów i przyjęcia jednej wspólnej logiki w rozumowaniu. Nie da się ustalić prawdy z kimś, kto posługuje się „logiką” prowadzącą do relatywizacji wszystkiego. Najłatwiej tę niemożność zademonstrować na konkretach, a poszukiwanie prawdy o katastrofie smoleńskiej dostarcza takich konkretów aż w nadmiarze. Wymienię trzy przykłady konkretów, którymi od lat molestują mnie adwersarze kwestionujący prawdę o Smoleńsku.
Muszę najpierw przywołać moją notkę:

Wykop Skomentuj225
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka