Lech-Blo-G.
Jestem, więc myślę. Myślę, by poznać. Poznaję, aby zrozumieć. Jestem.
13 obserwujących
501 notek
173k odsłony
  155   0

Polski Duch / Leżymy, czy wstajemy z kolan

Paweł Ciołkiewicz, Esensja
Paweł Ciołkiewicz, Esensja

2012 r.

Lech Galicki

Polski Duch / Leżymy, czy wstajemy z kolan

A.  Międzynarodowa Służba Poszukiwań. D-3548 Arlosen. Wyciąg z dokumentów: "(...) Nazwisko: Galicki, imiona: Władysław, przynależność państwowa: Polska, (?) aresztowany dnia: nie naprowadzono, aresztowany w: nie naprowadzono(?).

   Doprowadzony do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, numer więźnia: 123184, dnia 29 maja 1943 roku (?) przeniesiony: dnia 4/5 grudnia 1944 roku do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, numer więźnia: 112049 i dnia 20 grudnia 1944 roku do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, oddział Gusen(...) uwagi na karcie osobowej więźnia jest wzmianka, powód na szkodę, na niekorzyść Rzeszy czynny (...)".
  Mój ojciec miał na przedramieniu uwieczniony ślad pomyłki innego więźnia. Gdyby tatuujący numer nie skreślił 8 i wyżej nie wybił na skórze 3, razem trafiliby do bunkra.
   To krótka notatka z czasów podboju Polski (także innych państw europejskich, choć Polski (od 1939 roku) pierwszej). Wówczas w Niemczech władzę sprawowali za zgodą przeważającej większości niemieckiego narodu - narodowi socjaliści (NSDAP) - faszyści.

  Post Scriptum
 Mój ojciec, Władysław, dobry Polak, patriota, człowiek prawy,
przetrwał cudem niemieckich faszystów uderzenie, hardy silny w Boga wierze i twardy w narodowym charakterze, już nie na tym świecie, a gdyby usłyszał wieści z Warszawy, iż niemieckie bojówki wezwane przez zdrajców w gości na Dzień Niepodległości, biją Polki i Polaków świętujących rocznicę Ojczyzny  z zaborów wyzwolenia, oddałby się ponownie w niewolę faszystowskiego zniewolenia, a nie byli by pewni dnia ani godziny, ci co Polskę sprzedają, ważąc polskie bezwiny.

                                                                                                   


B.   *Leżymy, czy wstajemy z kolan?*

   "Wszyscy jesteśmy jedną rodziną" – mówią słowa podniosłej piosenki. Polacy. W naszym wspólnym domu. Polsce. My –  próbka reprezentatywna polskiego społeczeństwa – rodziny. Zabiegani  albo pogrążeni w beznadziei. Od świtu do zmierzchu myślący o pieniądzach. Tych potrzebnych do przeżycia lub kupienia niezbędnych lekarstw, lub tych pozwalających na wybudowanie basenu przy naszym domu – willi – zamku, a ten zamek to nasza – no nie, nie nasza - ich  twierdza.

Przestaliśmy rozmawiać ze sobą. Mijamy się. A jeżeli już cudem się spotkamy, to zwykle kłócimy, bo nas tak podzielono, że kłótnia stała się rytuałem obcowania społecznego. Ojciec z synem, matka z córką, córka z dziećmi, wnuczek z dziadkiem. I tak ciągniemy tę naszą wirtualną rzepkę, w którą wpędzili nas ludzie obcy polskiemu interesowi. Kto? Dobrze wiecie. Ale naszą winą jest naiwność i zwyczajna głupota, iż daliśmy się w tę notoryczną kłótnię na własną zgubę wpędzić. Nabrano nas. Tak. Nie protestujmy. W tej chwili musimy uznać nasz błąd i  szybko, bardzo szybko biec w kierunku zgody narodowej. Zgody rodzinnej. Zgody domowej.
    Lincoln, bohater nominowanego  ostatnio do Oskarów i nagrodzonego filmu Stevena Spielberga, mówił, iż "można na­bierać cały świat ja­kiś czas i kil­ka osób cały czas, ale nie można na­bierać wszys­tkich ciągle". Nas właśnie wpuszczono w kanał, mówiąc kolokwialnie. Podzielono nas. Nabrano. Ciągle się skończyło. A tu nadal operetka tragiczna. Politycy są na pierwszej linii frontu i kłócą się zajadle. Grają sobie i nam na nosie z zasad obowiązujących prawdziwych polityków. Odpowiedzialnych patriotów. Otóż wspomniany Abraham Lincoln słusznie mówił, że "po­lityk jest od­po­wie­dzial­ny za sta­tek, nie za fale". Zgoda. Malowani  toksyczną POliturą politycy zniszczyli polski przemysł stoczniowy, to jak mają wziąć odpowiedzialność za statek zwany Polską. Oni ten statek topią. Ich twarze na codzień szare, naburmuszone ale wypudrowane oraz usta całe w szminkach o wszystkich barwach tęczy w niedziele i święta. Języki ich plotą co im ślina przyniesie. Lojalność, szczerość i wielkoduszność wobec innych członków rodziny schowali już dawno do kieszeni. Co ich obchodzi najbliższy bezrobotny? A jeżeli już przyjdzie do nas prosić o pracę, to go lekceważą, spławiają, oszukują – byle odszedł. I on odchodzi. Tyle, że z goryczą i często nienawiścią w sercu. Dla nich ważni są bogaci, a nie ubodzy krewni. Z nimi można stworzyć inną odmianę rodziny. Bogaty oszust, co to fortunę zrobił, bezczelnie kantując na lewo i prawo, zostaje senatorem, radnym, prezesem, przewodniczącym...
    Do domu opieki społecznej trafili: 61-letni profesor Leopold C. i 85-letnia dr nauk medycznych Lidia P. On po wypadku – już nie tak sprawny intelektualnie, ona cierpi na amnezję. Obydwoje zostali ubezwłasnowolnieni przez rodziny i oddani do przytułków. Uciekli. Gdy ich odnaleziono – wygłodzeni szperali w śmietnikach. To teraz miejsce polskiej elity. Ta nowa pseudoelita nie potrafi poprawnie mówić ani pisać po polsku. Skoro przestaliśmy rozmawiać ze sobą, mijamy się w naszym domu, a nasze serca podszyte są lodem – to co? Co zrobić? Rodzina zastępcza nie wchodzi w rachubę? Nikt nas nie zechce. Może strajk jak to onegdaj w sierpniu w roku osiemdziesiątym ubiegłego wieku Chyba, że sami oddamy się obcym. W zabór. Ostatecznie prostytucja, to najstarszy zawód świata. Nikt nie powie żeśmy bezrobotni. Przodkowie nasi walczyli? To historia, od której zgodnie z nowoczesnymi, liberalnymi dla sumienia sugestiami uciekamy.

No i co, Rodacy? Leżymy, czy wstajemy z kolan?

                                                                                                      


Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale