Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
496 obserwujących
711 notek
4053k odsłony
  5636   10

Kto chce powszechnego dostępu do broni

Histerycy o obecnym prawie do broni ani o propozycjach zmian nie mają zwykle zielonego pojęcia. Za to swoimi pohukiwaniami budzą panikę u ludzi, a to przekłada się na nastroje polityczne. Czy w ten sposób nie stają się sojusznikami naszych wrogów?

Kto na okrągło mówi w Polsce o powszechnym dostępie do broni? Nie, wcale nie zwolennicy prawa do posiadania broni i osoby mające wiedzę o obecnych przepisach i alternatywnych propozycjach.O powszechnym dostępie do broni najczęściej mówią przeciwnicy posiadania broni, używając tego określenia jako straszaka. Lecz jeśli przyjrzeć się sprawie, okaże się, że to humbug lub, jak to się często mówi, chochoł.

Walka z postawionym przez siebie samego chochołem jest jedną z opatentowanych metod erystycznych. Zamiast zmierzyć się z rzeczywistymi argumentami oponenta, tworzymy ich karykaturalną postać i argumentujemy przeciwko niej. Dla przykładu, jeśli ktoś twierdzi, że przepisy, dające pieszym pierwszeństwo w momencie wkraczania na przejście dla pieszych są nieskuteczne, a nawet przyczyniają się do większej liczby wypadków, mówimy: „A więc jesteś za tym, żeby to piesi musieli uciekać przed samochodami i żeby wolno ich było rozjeżdżać?”. Nikt niczego takiego rzecz jasna nie mówi, ale argumentowanie przeciwko takiemu wymyślonemu stanowisku jest znacznie prostsze niż spieranie się z faktycznie wyrażanym poglądem.

Identycznie sprawa się ma w przypadku kwestii dostępu do broni, a już zwłaszcza gdy pretekstem do sporu stają się wydarzenia w USA – co dzieje się w zasadzie rutynowo po każdej strzelaninie w Stanach Zjednoczonych. Problem w tym, że oponenci prawa do posiadania broni łączą w jeden dwa tematy, które owszem, są ze sobą powiązane, ale nie są jednym: sytuację z dostępem do broni w USA i postulaty zmian w Polsce. To kompletne nieporozumienie.

Zacząć by trzeba jednak od próby zrozumienia, co w ustach hoplofobów oznacza sformułowanie „powszechny dostęp do broni” – na ogół bowiem nie jest przez nich definiowane. Wydaje się, że ma to być ich zdaniem sytuacja, w której praktycznie każdy chętny będzie mógł wejść do sklepu z bronią (których w tej wizji jest zatrzęsienie) i kupić nie tylko broń samopowtarzalną, ale też samoczynną oraz dowolną ilość amunicji do niej. To jednak całkowita fikcja. Takiego systemu nie ma w wielu amerykańskich stanach, nie ma go też w Polsce obecnie i nie jest możliwy z powodu unijnej dyrektywy broniowej. Nikt też niczego takiego w naszym kraju nie postuluje.

Owszem – USA są swego rodzaju poligonem, na którym ze względu na duże nasycenie bronią można obserwować funkcjonowanie niektórych zasad czy sprawdzać hipotezy w warunkach prawie idealnych. Przy czym aby właściwie odczytywać amerykańskie statystyki, trzeba w nie sięgnąć znacznie głębiej niż tylko porównując liczbę sztuk broni na 100 mieszkańców i liczbę przestępstw z użyciem broni. W grę wchodzi całe mnóstwo czynników modyfikujących obraz, takich jak przyjmowane definicje (np. do porównań używa się nierzadko liczby przypadków, w których broniący się zastrzelił napastnika, podczas gdy odstraszająco na przestępcę działa bardzo często sam widok broni – a to już w statystykach zwykle odnotowywane nie jest), geograficzna koncentracja zdarzeń, informacja o tym, czy używano broni legalnie czy nielegalnie posiadanej, o tym, czy do zdarzenia doszło w jednej z gun-free zones, tak jak do niedawnej strzelaniny w szkole w Teksasie i tak dalej. Ze statystycznego punktu widzenia USA są po prostu bardzo trudnym obszarem z wielką liczbą zmiennych.

Poza tym traktowanie USA jako jednolitego państwa, nie tylko zresztą pod względem dostępu do broni, jest nieporozumieniem. W każdym ze stanów zasady kupowania broni są inne, od bardzo liberalnych jak w Alabamie, Arizonie czy Dakocie Północnej po skrajnie restrykcyjne jak w Kalifornii. Nie zmienia to faktu, że background check, czyli sprawdzenie niekaralności kupującego broń u autoryzowanego sprzedawcy jest wymogiem na poziomie federalnym. Amerykańskie problemy wynikają natomiast z faktu, że wymóg ten nie dotyczy już kupowania broni na popularnych targach broni albo od osoby prywatnej, która nie jest autoryzowanym sprzedawcą. Problemem jest również długi czas oczekiwania na wynik sprawdzania.

Są to jednak wszystko problemy endemiczne dla Stanów Zjednoczonych. W Polsce prawo jest kompletnie inne i nikt nie proponuje, żeby sprowadzać je do postaci amerykańskiej. Jako się rzekło, byłoby to niemożliwe z powodu wymogów stawianych przez dyrektywę UE.

Obecne polskie przepisy wymagają przejścia kilku etapów kontroli przed uzyskaniem pozwolenia na broń. To między innymi badania u psychologa, posiadającego specjalne uprawnienia, badanie lekarskie, sprawdzenie przez dzielnicowego oraz jakaś forma egzaminu teoretycznego i praktycznego – w zależności od tego, o pozwolenie do jakiego celu chodzi (o absurdzie pozwoleń do celu pisałem szerzej w niedawnym tekście w tygodniku „Do Rzeczy”). Część z tych wymogów powinna zostać zmodyfikowana, niektóre dość mocno, co znalazło się w projektach złożonych w Sejmie. Nikt jednak nie mówi o ich likwidacji. Nikt przecież nie ma wątpliwości na przykład co do tego, że osoba chora psychicznie nie powinna mieć broni.

Lubię to! Skomentuj85 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka