Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
515 obserwujących
740 notek
4226k odsłon
  6512   5

Hazlitt miażdży Wosia (i rząd PiS)

Inflacji nie da się oswoić. To zjawisko niszczące - i dla ludzi, i dla gospodarki. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, jak Rafał Woś, jest zwolennikiem ekonomicznej alchemii. Takie złudzenia kilkadziesiąt lat temu obnażał wybitny amerykański publicysta ekonomiczny Henry Hazlitt.

Inflacja nigdy jednak nie traci swojego uroku. Mogłoby się nawet wydawać, że żaden kraj nie jest w stanie skorzystać z doświadczeń innych, a żadne pokolenie nie potrafi się niczego nauczyć, wiedząc o cierpieniach, jakie były udziałem poprzedników. Każdy kraj i każde pokolenie ulegają temu samemu mirażowi. Sięgają po te same owoce Morza Martwego, które w ustach obracają się w proch i popiół. Sama bowiem natura inflacji sprawia, że rodzi ona tysiące złudzeń. […]

Inflacja rozrywa cały gmach stabilnych powiązań ekonomicznych. Jej niewybaczalne niesprawiedliwości skłaniają ludzi do podejmowania rozpaczliwych środków zaradczych. Sieje faszyzm i komunizm. Zachęca do tego, by domagać się totalitarnej kontroli. Niezmiennie kończy się gorzkim rozczarowaniem i załamaniem.


Henry Hazlitt, Ekonomia w jednej lekcji


„Inflacja nie jest naszym wrogiem numer jeden” – oznajmił w Salonie24 Rafał Woś. Rafał klasyków ekonomii oczywiście zna, choć w swoich tekstach ich ustalenia regularnie kwestionuje i kontestuje. Dlatego też nie podejrzewam go, żeby użył określenia „wróg numer jeden” przypadkowo. To oczywiste nawiązanie do słynnej książki Henry’ego Hazlitta „Inflacja – wróg publiczny nr 1”, wydanej w 1977 r., podczas rekordowej inflacji panującej w Stanach Zjednoczonych. Henry Hazlitt, amerykański publicysta i popularyzator wiedzy ekonomicznej, miał już wówczas 83 lata (zmarł w pięknym wieku 99 lat, w 1993 r.). Swoją najsłynniejszą książkę opublikował w 1946 r. – była to „Ekonomia w jednej lekcji”, do dzisiaj dzieło niedoścignione w przekazywaniu zasad rządzących nowoczesną gospodarką rynkową w taki sposób, aby mieli szansę przyswoić je również laicy.

Już w „Ekonomii w jednej lekcji” wystarczająco mocno obnażył Hazlitt złudzenia obrońców inflacji. Można było kiedyś pytać: a gdzie w ogóle tacy obrońcy są? No, owszem, jedni ekonomiści przywiązują większą, inni mniejszą wagę do stabilności cen, czyli właśnie kontroli inflacji, a więc tego, co jest oficjalnym zadaniem banku centralnego. Ale obrońcy inflacji? Otóż właśnie teraz, kiedy inflacja stała się w Polsce gigantycznym, naczelnym ekonomicznym problemem, widzimy ich, a jednym z nich okazuje się Rafał Woś.

Woś, opowiadając się przeciwko walce z inflacją jako największym dzisiaj zagrożeniem, opisuje faktyczne skutki, jakie ta walka by wywołała: wyższe obciążenia posiadaczy kredytów albo utrudniony dostęp przedsiębiorców do pieniądza (także z kredytu). To wszystko prawda, ale też Woś uprawia skrajnie wycinkowe myślenie, przed którym również Hazlitt przestrzegał. Nie on jeden spośród klasyków zresztą. Niemal cała genialna książeczka „Co widać, a czego nie widać” Frédérika Bastiata, XIX-wiecznego francuskiego krzewiciela wolnorynkowego podejścia, jest poświęcona tłumaczeniu, jak zazębiają się zależności ekonomiczne. Woś widzi zatem jedynie krótkoterminowe skutki wzięcia się poważnie za inflację, natomiast w kwestii skutków długoterminowych przyjmuje – co mnie wcale nie zaskakuje – podejście bliskiego mu Johna Maynarda Keynesa: w długim okresie wszyscy jesteśmy martwi. Nie ma się zatem czym przejmować. Tymczasem to właśnie długoterminowy destrukcyjny wpływ inflacji na gospodarkę jest naczelnym argumentem za tym, aby dzisiaj walkę z nią uznać za cel nadrzędny nad innymi.

Doraźne środki łagodzenia wpływu inflacji na obywateli – w naszym kraju sprowadzające się po prostu do rozdawania pustego pieniądze i powiększania zadłużenia państwa – niczego nie naprawiają. Odsuwają jedynie w czasie fatalne skutki przeciągającej się wysokiej inflacji, które potem uderzą jeszcze potężniej, dokładając do tego potencjalny kryzys zadłużeniowy.

Jeśli zaś inflację widzieć jako pozostający poza wszelką kontrolą podatek, obejmujący absolutnie wszystkich i wszelkie kategorie towarów, to pamiętać trzeba i o tym, że – jak pisze Hazlitt – „biedni są zazwyczaj bardziej opodatkowani niż bogaci, nie mają bowiem do dyspozycji tych samych co tamci środków ochrony – spekulacyjnych zakupów aktywów posiadających realną wartość”. Mówiąc najprościej – inflacja uderza przede wszystkim w tych, o których podobno troszczy się rząd i o których z taką troską wypowiada się Woś. Bogatsi mogą dzisiaj zainwestować w złoto, waluty, obligacje, nieruchomości, papiery spekulacyjne, co chociaż częściowo ich przed inflacją osłoni. Ubożsi, którzy nie mają żadnych zapasów finansowych – a takich jest w Polsce niestety większość – nie mają czego inwestować, a więc oni przede wszystkim padną ofiarami inflacji.

W „Ekonomii w jednej lekcji” Hazlitt wskazuje, na czym opiera się wielkie oszustwo, do którego uciekają się rządy niezamierzające z inflacją walczyć na serio – a tak właśnie zachowuje się dzisiaj polski rząd. Otóż – wyjaśniał Hazlitt – niesamowicie ciężko jest wyplenić szkodliwy nawyk postrzegania bogactwa w kategoriach czysto finansowych: bogaty jest ten, kto ma nominalnie więcej pieniędzy. To kompletne nieporozumienie: bogactwem nie są pieniądze, pieniądze są jedynie środkiem płatniczym, same w sobie niczego nie tworzą ani nie dają. Można nimi najwyżej napalić w piecu, ale to też tylko dla rozpalenia ognia, bo ich wartość energetyczna jest niewielka. A danymi przechowywanymi na serwerach – taką zaś postać mają dzisiaj w większości waluty – nawet tego zrobić się nie da.

Lubię to! Skomentuj144 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka