Debata polityków podczas Weekendu Kapitalizmu, fot.Łukasz Warzecha
Debata polityków podczas Weekendu Kapitalizmu, fot.Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
1683
BLOG

Czego zabrakło na Weekendzie Kapitalizmu

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Prawo Obserwuj temat Obserwuj notkę 12
Weekend Kapitalizmu to zacna impreza z kilkuletnią tradycją. Odniosłem jednak wrażenie, że w tym pokoju kręciło się kilka słoni, których uparto się nie dostrzegać. Szkoda.

Weekend Kapitalizmu to zacna impreza z kilkuletnią już tradycją. Pierwszą edycję Weekendu z roku 2017, organizowanego przez Tomasza Kołodziejczuka, wspominam szczególnie, bo wtedy właśnie zostałem nagrodzony Atlasem Idei, który stoi na honorowym miejscu na półce. Te nagrody wręczane są co roku.

Od tamtego czasu wiele się pozmieniało. Była pandemia, lockdowny, wybuchła wojna na Ukrainie, a niektórzy spośród współorganizatorów tego wolnościowego zgromadzenia okazali się przy tych okazjach wolnościowcami tylko z nazwy. Nie o tym jednak chcę pisać.

Jednym z ciekawszych punktów tegorocznej imprezy, która odbyła się w ten weekend, była debata polityków, prowadzona przez Marka Tatałę z Fundacji Wolności Gospodarczej (w przeszłości związanego z Forum Obywatelskiego Rozwoju prof. Leszka Balcerowicza, zresztą tegorocznego laureata jednego z Atlasów). Uczestników było czterech: Artur Dziambor (Wolnościowcy), Mirosław Suchoń (przeszedł w swojej karierze drogę od Unii Wolności do Polski 2050), Paweł Szramka (Od Kukiza, poprzez PSL, do posła niezależnego obecnie) i Witold Zembaczyński (PO – Nowoczesna – Koalicja Obywatelska). Proszę mnie nie pytać, dlaczego dobór debatujących był właśnie taki oraz dlaczego nie było tam przedstawiciela Konfederacji. Być może dlatego, że zaraz potem Sławomir Mentzen miał debatować z Marcinem Chmielowskim. Mimo to wyglądało to dziwnie. Szkoda też, że nie znalazł się wśród debatujących nikt z PiS. Nie mam jednak pojęcia, czy to skutek nieprzyjęcia zaproszenia czy też świadomy zamysł organizatorów – nie brałem udziału w planowaniu imprezy i byłem na niej jedynie jako gość. Ponieważ jednak debaty wysłuchałem z wielką uwagą, spieszę podzielić się kilkoma uwagami.

Trudno było pozbyć się wrażenia, że pytania, z którymi musieli się zmierzyć posłowie, były tak dobrane, aby nie postawić większości z nich w kłopotliwej sytuacji. Weekend Kapitalizmu to impreza o wolnościowym DNA, choć gromadzi ludzi z bardzo różnych środowisk, z szerokiego spektrum zwolenników wolności gospodarczej. Można by założyć, że podczas swoistego egzaminu polityków zostaną oni przepytani na okoliczność tego właśnie, co z punktu widzenia wolności budzi największe wątpliwości. Tak się niestety nie stało.

Padło na przykład pytanie o skreślenie z kodeksu karnego art. 196, mówiącego o obrazie uczuć religijnych – wszyscy byli za (ja zresztą też jestem zwolennikiem takiego posunięcia). Ale tylko Artur Dziambor był w swojej odpowiedzi konsekwentny mówiąc, że wszyscy powinni mieć prawo obrażać wszystkich (w domyśle zachowujemy oczywiście możliwość kierowania cywilnych pozwów, być może rozszerzoną). Pozostali ochoczo wskoczyli na antyklerykalny wózek i taki wydźwięk miały ich deklaracje. Szkoda jednak, że Marek Tatała nie zapytał, jaki jest ich stosunek do karania za słowa w ogóle, a więc do przepisu ustawy o IPN, mówiącego o karach za negowanie zbrodni systemów totalitarnych, do art. 212 kodeksu karnego czy do karania za „mowę nienawiści”, co konsekwentnie postulują środowiska lewicowe. Bardzo jestem ciekaw, jakie piruety wówczas wykonałoby trzech debatujących. Bo co do odpowiedzi Artura Dziambora wątpliwości nie mam.

Innym ogromnie znaczącym zamachem na obywatelskie wolności w ostatnim czasie było wszystko to, co działo się w czasie pandemii. Streszczać tego nie muszę. Wystarczy hasłowo wspomnieć o notorycznym łamaniu prawa poprzez ograniczanie praw obywateli za pomocą rozporządzeń, o policyjnych łapankach, o skandalicznych karach od Sanepidu, uchylanych następnie przez sądy administracyjne, o niszczeniu przedsiębiorców. Ten wątek w pytaniach Marka Tatały się jednak w ogóle nie pojawił. Jedynie Artur Dziambor, odpowiadając na pytanie o to, co podczas tej kadencji zrobił na rzecz wolności, opowiedział, jak podejmował poselskie interwencje w obronie tłamszonych przez covidowy reżim przedsiębiorców. Pozostali nie podjęli tematu, opowiadając, szczerze mówiąc, jakieś dyrdymały. Tymczasem tutaj było pole do popisu. Podstawowym pytaniem, jakie wydawałoby się oczywiste w tych okolicznościach, byłoby to o obowiązkowość szczepień, nie tylko na covid – tu dopiero mamy modelowy konflikt między wolnością osobistego wyboru a domniemanym dobrem wspólnym. Warto by widzom zasygnalizować, że takie właśnie konflikty są częścią realnego życia i procesu podejmowania decyzji na poziomie państwa, mam bowiem wrażenie, że wielu z nich w ogóle sobie z takich kwestii nie zdaje sprawy.

W tej części debaty najzabawniejszy był pan poseł Zembaczyński, który oznajmił, że bronił wolności za każdym razem głosując przeciwko ustawom PiS. Trochę później ktoś na Twitterze przypomniał, że to właśnie pan poseł był łaskaw zgłaszać absurdalne pomysły ograniczenia prawa do posiadania noży. W interpelacji do ministra spraw wewnętrznych z 2019 r. pisał: „Należy zastanowić się również nad zasadnością ograniczenia sprzedaży noży, których długość ostrza przekracza 12 cm, tj. długość ostrza mogąca wyrządzić poważne obrażenia ciała lub zabić człowieka”. I zapytywał:

„Czy ministerstwo rozważy rewizje przepisów dotyczących broni białej? Czy ministerstwo rozważy wprowadzenie ograniczeń nabywania broni białej, w tym m.in. noży o długości ostrza przewyższającej 12 cm? Czy ministerstwo podejmie prace legislacyjne mające na celu penalizację posiadania broni białej w miejscu publicznym, bez usprawiedliwionego celu? Czy ministerstwo rozważy wprowadzenia procedury uzyskania pozwolenia na posiadanie broni białej odpowiednio jak dla broni palnej? Czy istnieje systemowy sposób monitorowania osób posiadających broń białą, tj. noże bojowe, sprężynowe, szturmowe itd.?”.

Już w świetle tej jednej interpelacji trzeba uznać, że posadzenie pana posła na scenie podczas wolnościowej imprezy mogło mieć sens tylko o ile przebywałby tam w charakterze klauna. Pan poseł zresztą swoją postawę był uprzejmy potwierdzić już po debacie, pisząc na Twitterze, że „noszone długie ostrza są kryminogenne”. Wielka szkoda, że Marek Tatała nie poszukał tego typu dokonań swoich rozmówców i nie przepytał swoich gości na ich okoliczność.

Wreszcie jest obszerny wątek ograniczania wolności słowa w związku z wojną na Ukrainie. Tak, to problem delikatny, ponieważ – wyjaśniam mniej zorientowanym czytelnikom – nastawienie ogromnej części środowiska ideowo liberalnego, także libertariańskiego, jest bardzo mocno proukraińskie. Trudno się temu zresztą dziwić: wojna Ukrainy z Rosją z czysto ideowego punktu widzenia może być postrzegana jako obrona wolności, także osobistej wolności Ukraińców, a bardzo wielu idoli środowiska liberalnego – takich jak choćby Tom Palmer, inny laureat Atlasa z tego roku – niezwykle głęboko zaangażowało się w pomaganie Ukraińcom w ich walce. Rosja jako kraj będący swego rodzaju archetypem zamordyzmu, jest przez osoby o integralnie liberalnych, a także – może nawet zwłaszcza – libertariańskich poglądach widziana jako odwieczny wróg wolności. Ukrainie poświęcono na Weekendzie Kapitalizmu bardzo dużo miejsca. Niestety, z bardzo jednostronnej perspektywy. Wśród tematów debat – na przykład w debacie dotyczącej libertariańskiej koncepcji odbudowy tego państwa po wojnie – nie znalazło się miejsce na odniesienie się do realnej politycznej sytuacji, również na samej Ukrainie, która w tej chwili jest państwem całkowicie antywolnościowym. To w jakiejś mierze zrozumiałe w sytuacji wojennej, ale chyba jednak powinno zostać dostrzeżone.

Mam wrażenie, że środowiska, o których mówię, całkowicie nie dostrzegają, że w Polsce pod pretekstem wojny na Ukrainie tworzy się nowe mechanizmy cenzury i ograniczania debaty. Wygląda na to, że szczególnie młodzi adepci liberalnego podejścia, zafascynowani bardziej Ayn Rand niż Fryderykiem Hayekiem, mają skłonność do abstrahowania od realnej działalności państwa i jego władz, jakby w przekonaniu, że w razie czego mogą się wynieść na odludzie, jak przedsiębiorcy w „Atlasie zbuntowanym” – co jest oczywiście groźną iluzją.

Bywając na spotkaniach tego typu, wielokrotnie wychodziłem z poczuciem – być może mylnym, bo to czysto subiektywne wrażenie – że środowiska młodych liberałów czy libertarian są całkowicie ślepe na realne mechanizmy władzy oraz na namacalne zagrożenia z nich wynikające. Tak jakby żyli w odrealnionym świecie marzeń o solidnym zapasie bitcoinów i całkowitej niezależności od państwa.

I kolejny opuszczony w debacie problem: konflikt między wolnością a klimatyzmem. Kwestie klimatu zajmują w tej chwili w realnej polityce miejsce tak ważne, a zarazem tak mocno wchodzą w sferę indywidualnych wolności, że nieporuszenie ich jest kompletnym nieporozumieniem. Nie dotyczyło tego jednak ani jedno z pytań.

Weekend Kapitalizmu ma swoją dramaturgię, dynamikę i stara się, co zrozumiałe, nadążać za zainteresowaniami środowiska. Jego organizatorom poddaję jednak pod rozwagę tych kilka spostrzeżeń. Takie imprezy, poza innymi walorami, powinny też mieć funkcję formacyjną, szczególnie że przyciągają wielu ludzi na takim etapie życia, gdy być może nie dostrzega się jeszcze całej złożoności rzeczywistości i warto, żeby ktoś takie zależności i mechanizmy pokazał zawczasu. Jeśli tego zabraknie, może się okazać, że dzisiejsi młodzi libertarianie czy liberałowie, wkrótce brutalnie oćwiczeni przez twarde realia, bardzo szybko przejdą z pozycji wielbicieli Ayn Rand na pozycje cynicznych i zblazowanych cyników, jak to się przydarzyło osobom takim jak choćby Marcin Horała.


Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka