Z moim przyjacielem Pawłem Burdzym (link do jego bloga tutaj) dyskutujemy sobie często o tym, co w polskiej polityce kluczowe: agenci, media, służby specjalne, personalne rozgrywki. Ale czasem Paweł podsyła mi mejla z cyklu „A tymczasem w Estonii...". A tymczasem w Estonii zlikwidowano całkowicie papiery na posiedzeniach rządu - wszyscy ministrowie pracują wyłącznie na komputerach i na posiedzenia gabinetu nie przynoszą żadnych teczek. A tymczasem w Estonii uruchomiono ileś tam kolejnych punktów publicznego dostępu do Internetu. A tymczasem w Estonii każdy obywatel może uzyskać dowolną informację publiczną przez sieć. A tymczasem w Estonii każde postępowanie administracyjne jest przejrzyste do bólu dzięki śledzeniu całego procesu na bieżąco w Internecie. I tak dalej. Proszę sobie wpisać w wyszukiwarkę BBC hasło „Estonia", a zobaczycie, co wypluje.
Tak sobie o tym pomyślałem, siedząc wczoraj na seminarium o e-government, zorganizowanym w futurystycznym otoczeniu BUW przez zacny think-tank, Instytut Sobieskiego. Prelegentów było czterech: Marek Borzestowski, kiedyś jeden z twórców Wirtualnej Polski, oraz Antonio Cordella z London School of Economics, Colm Butler z irlandzkiej instytucji, zajmującej się informatyzacją administracji oraz Olli-Pekka Rissanen, koordynujący informatyzację fińskiego rządu i administracji z poziomu ichniejszego ministerstwa finansów.
Fascynujące były opowieści o budowaniu zinformatyzowanej administracji, o tym, jak w Finlandii nie ma kafejek internetowych, bo darmowy dostęp do sieci jest w każdej bibliotece publicznej, o tym, o ile szybciej działa administracja, nie musząc tonąć w papierach. Problem w tym, że w Polsce brzmi to wszystko jak opowieści o żelaznym wilku.
Nasi zagraniczni prelegenci nie znali oczywiście losów podpisu elektronicznego, który miał być lata temu (pamiętacie, jak składał go jeszcze prezydent Kwaśniewski, i t grubo przed zakończeniem swojej kadencji?) , a którego nadal nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. A to jest dobry wyznacznik tego, jak u nas te sprawy idą. Nie mieli też wielkiego pojęcia o realiach naszego życia politycznego.
Wiem, znowu się niektórym narażę, ale nawiązuję do mojego posta o znaczeniu sprawy Solorza. Dzisiaj można sobie pod Solorza podstawić Drawicza, Toeplitza i Giełżyńskiego. Albo WSI. Albo Jana Rokitę. Wszystko jedno. W naszym pięknym kraju jest milion ważniejszych spraw niż jakaś tam informatyzacja, czego goście z zagranicy nie mogli nie w ząb pojąć. Dr Costella na moje pytanie, czy jest sposób, aby informatyzować administrację za plecami polityków, odpowiedział naiwnie: „Musicie wprowadzić do debaty publicznej kwestię sprawnej administracji, informatyzację traktując tylko jako środek do celu. A jeśli wasi politycy nie chcą się tym zajmować - cóż, przecież każdy naród sam wybiera sobie rządzących".
Co prawda, to prawda. Ciekawe, ilu członków obecnego rządu - albo poprzedniego, albo jeszcze poprzedniego - zdałoby prosty test: proszę włączyć komputer, zalogować się do Windows, włożyć do napędu dysk i skopiować z niego plik Worda „Polska to informatyczne zadupie.doc". Ja wiem na pewno o jednym: Radek Sikorski to potrafi. Ale jego poprzednik nie miał w gabinecie nawet komputera. Co do reszty, z premierem na czele - śmiem wątpić. Nie sądzę też, żeby poradzili sobie z tym przywódcy opozycji. Może poza Waldemarem Pawlakiem, który pozostaje fenomenem sui generis.
We wszystkich klasyfikacjach, obojętnie, co byłoby brane pod uwagę (informatyzacja administracji, nasycenie Internetem, dostęp do szerokopasmowych połączeń) jesteśmy głęboko w d..., ale przecież najpierw trzeba wytropić agentów, zniszczyć Układ, stoczyć wojnę o Jana Rokitę, rozegrać serię parlamentarnych wojenek i dopiero wtedy ewentualnie będzie można serio pomyśleć o takich bzdurach jak dobicie z informatyzacją administracji choćby do średniej unijnej. Bo teraz (badania CapGemini) jesteśmy trzeci od końca na 28 państw. Przy czym np. Węgrzy w ciągu dwóch lat przeskoczyli z szarego końca na bodaj trzecie czy czwarte miejsce.
Nasi goście nie mogli pojąć, że w mlekiem i miodem płynącej Polsce nie ma czegoś takiego jak tematy niepolityczne. Colm Butler z Irlandii wyjaśniał na przykład, że agencja, w której pracuje, jest niezależna od rządu, choć przez rząd finansowana, a jej pracowników dobiera niezależna rada, na czele której stoi były dziennikarz. Agencja niezależna, a finansowana przez rząd? Ha, ha, ha. To znaczy, że aktualnie rządzący nie mogliby obsadzić w niej swoich kumpli i jeszcze by mieli na nią płacić? Zacząłem się śmiać, a Irlandczyk ni w ząb nie mógł zrozumieć, co mnie tak śmieszy.
Po konferencji rozmawiałem z Oli-Pekką Rissanenem. „Tak się kiedyś zastanawiałem" - powiedziałem - „o czym piszą polityczni dziennikarze i komentatorzy w Finlandii". Fin się uśmiechnął. „No fakt, u nas się prawie nic nie dzieje" - przyznał. - „Rząd właściwie nie tyle rządzi, co zarządza". „Jednym tygodniem politycznych wydarzeń u nas można by obdzielić waszą politykę na rok" - ja na to. „Na cztery lata" - poprawił mnie Rissanen.
„Jesteśmy obiektem niebywałej agresji" - oznajmia premier (cały wywiad tutaj). „Rokita przed komisję etyki!" - grzmi Tober. Agentów w mediach ujawnia „Misja specjalna". Michnik procesuje się z Giertychem. Wszechpolacy robią „sieg heil". Kalata plecie bzdury o emeryturach na konferencji prasowej.
A tymczasem w Estonii...


Komentarze
Pokaż komentarze (27)