22 obserwujących
1064 notki
544k odsłony
188 odsłon

Sezon 2019/20 w liczbach. Stoch i s-ka na tle rywali (3)

Wykop Skomentuj

Wymienieni w inauguracyjnym tekście mojego cyklu potentaci zakończonej niedawno ostatniej edycji Pucharu Świata walczyli nie tylko o punkty do klasyfikacji generalnej, a w konsekwencji o Kryształową Kulę. Bili się również, jak co roku, o konkursowe zwycięstwa, o konkursowe podia i o jak najwyższe pozycje w poszczególnych konkursach pozycje. Dla prestiżu, ale także dla pieniędzy, choć te, w porównaniu z takim tenisem, F1 czy futbolem, są w tym sporcie, powiedzmy to sobie szczerze acz łagodnie, nie za duże.
Jak się chce napisać o czymś w miarę obiektywnie to, po pierwsze, trzeba chwilę odczekać, a potem zajrzeć do statystyk dotyczących danego problemu. Nie twierdzę, że są to warunki wystarczające, ale na pewno oba są konieczne. Mój dzisiejszy tekst te dwa warunki spełnia, ale do konkursu na tekst obiektywny wcale bym go nie zgłaszał. Z tej prostej przyczyny, że nie uwzględnia czynników, nazwijmy je delikatnie, innych niż te suche, stricte statystyczne.
Sezon 2019/20 składał się (de facto, bo kilka wcześniej zaplanowanych konkursów, jak już pisałem, się nie odbyło) z 27-miu zawodów indywidualnych. 27 zwycięstw rozdzieliło między siebie 11-tu skoczków. Wśród nich aż trzech Polaków co, jak mi się wydaje, miejsca w historii jeszcze nie miało. W czasach Małysza zwyciężał tylko Małysz (dopiero w jego ostatnim sezonie doszlusował do niego Stoch), potem był tylko Stoch, do którego, w pojedynczych sezonach, doskakiwali a to Żyła, a to Kot a to, rok temu, Kubacki. U zarania PŚ, w sezonie 19809/81 w jednym sezonie wygrali zawody Stanisław Bobak  Piotr Fijas. Ten drugi potem wygrał jeszcze dwukrotnie, ale już bez asysty. Tak więc, po raz pierwszy w historii, na najwyższym podium w jednej edycji PŚ stanęło trzech Polaków. Trzy razy (Bischofshofen i 2x Titisee) zwyciężył w zawodach Dawid Kubacki, również trzykrotnie (Engelberg, Zakopiec i Lillehammer) Kamil Stoch, a do pieca dołożył w Bad-Mittendorf Piotr Żyła.
Ale nie oni, jak niektórzy wiedzą, a inni się domyślają, wygrali w tym sezonie najwięcej konkursów. To znaczy jako nacja wygrali i to z przewagą dwóch punktów nad Austrią, Japonią i Niemcami. Ale nie indywidualnie. Jak przystało na zdobywcę Kryształowej Kuli, najczęściej na najwyższym podium stawał Stefan Kraft. Austriak wygrał 5 konkursów, o jeden więcej od Niemca Karla Geigera, który aż trzy ze swoich czterech wygranych odniósł na skoczniach normalnych (dwukrotnie Predazzo i raz rumuński Rasnov).
Poniżej dwie tabele. Najpierw pełny zestaw konkursowych zwycięzców wraz z podaną ilością wygranych poszczególnych skoczków, a potem ranking uwzgledniający liczbę konkursów, w których dany skoczek brał udział i na tej podstawie klasyfikujący skoczków podle ich efektywności. Oczywiście przy identycznym wyniku o kolejności, w obu tabelach zresztą, decyduje miejsce osiągnięte w generalce PŚ.
Okazuje się, że kolejność w obu tabelach niewiele się różni. Głównie o miejsca zajmowane przez jedną z rewelacji sezonu, Japończyka Jukię Sato. Mały Samuraj (największy knypel w stawce, niecałe 160 cm wzrostu) nie brał udziału w aż czterech zawodach i stąd jego wyższe miejsce w drugim zestawieniu. Dwa konkursy na koncie mniej, nie zmieniły lokaty w rankingu dominatora sezonu 2018/19, Rioju Kobajasziego. Tu decydująca była jednak większa liczba zwycięstw Geigera. Siłą rzeczy, przy równej liczbie wygranych i różnej liczbie konkursowych startów, zamienili się miejscami Norwegowie.



        zwycięstwa                                     najefektywniejsi zwycięzcy
   
   
l.p.    nazwisko    liczba         l.p.  nazwisko    konkursów    zwycięstw/ /konkurs
                       
1      Kraft                 5             1    Kraft                    27                    0,185
2     Geiger               4             2    Geiger                 27                     0,148
3     Kobajaszi R.     3             3    Kobajaszi R.       25                     0,120
4     Kubacki             3             4    Kubacki               27                     0,111
5     Stoch                3             5    Stoch                   27                     0,111
6     Lindvik              2             6    Sato J.                23                     0,087
7     Tande                2              7    Tande                26                     0,077
8     Sato J.              2              8    Lindvik               27                     0,074
9     Leyhe                1              9    Leyhe                 27                     0,037
10   Prevc P.            1            10    Prevc P.              27                     0,037
11   Żyła                   1            11    Żyła                   27                    0,037

Ciekawostką jest, że gdyby stworzyć takie rankingi na miesiąc przed końcem sezonu, to wyglądałyby one zupełnie inaczej. Wtedy tabelom przewodzili Kubacki z Kobajaszim. Kraft przez długi czas nie mógł się przebić na pierwsze miejsce. W grudniu wygrał tylko raz i tak to trwało aż do Sapporo. Tam faktycznie zwyciężył w sposób bardzo przekonujący. Ale to były dopiero dwie wygrane. W połowie lutego, w Kulm, w okolicznościach zresztą bardzo podejrzanych, zaliczył wreszcie trzecią wygraną, zrównując się z w/w dwójką. Prowadzenie w przedmiotowym rankingu przyniosły mu dopiero konkursy w Rumunii i Finlandii. Geiger zresztą też wyszedł przed pozostały szereg po zawodach w Rasnovie i w Lahti.
W tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na rzecz jeszcze jedną, po części wynikającą z powyższego. Niski procent zwycięstw całej czołówki. Tak to zresztą musi być, jeśli jest ona dość liczna i wyrównana. Austriak, lider obu przedstawionych rankingów, zwyciężył tylko w niecałych 20-tu procentach konkursów rozegranych w sezonie. Pozostali, adekwatnie, mieli te procenty jeszcze słabsze. Świadczy to tylko o tym, że sezon był rzeczywiście emocjonujący. W sezonach, które zostały zdominowane przez jednego albo nawet dwóch skoczków (Schlierenzauer i Ammann w sezonie 2008/09), liczby te były nieporównywalnie wyższe. W trzech z nich procent zwycięstw zdobywcy Pucharu Świata przekroczył lub, w najgorszym przypadku, był równy połowie rozegranych zawodów. Najlepszy wynik pod tym względem dzierży Adam Małysz, który w sezonie 2000/01 wygrał 52,4% (11/21) konkursów. Drugi jest pod tym względem Peter Prevc z sezonu 2015/16 – 51,7% (15/29), z trzeci Matti Nykaenen, który zimą 1987/88 zwyciężył właśnie w równo połowie zawodów (10/20).
Teraz może jeszcze po parę słów o każdym z zawodników na pozycjach 6-10, bo czołową piątkę oraz Piotra Żyłę to weźmiemy na tapetę w osobnym poście. A może i postach.
No więc Marius Lindvik. Talent, który dał się poznać już dwa lata temu wyskakując, niczym guma z majtek, na konkursie w Zakopanem i zajmując w nim ósme miejsce. Potem przez półtora sezonu nie mógł do tego nawiązać. W tym sezonie, niemal od początku, był skoczkiem ścisłej czołówki. Apogeum formy osiągnął na Turnieju 4 Skoczni, gdzie dwukrotnie sięgnął po zwycięstwo, a raz stanął na najniższym podium. Jego pech polegał na tym, że w jeszcze lepszej dyspozycji był w tym czasie Dawid Kubacki. Cieniem na występach Wikinga kładą się dwie dyskwalifikacje które, jak w wypadku wszystkich Norwegów, każą zastanowić się czy te świetne wyniki to aby na pewno sprawa tylko i wyłącznie ich umiejętności. Ale o tym może innym razem.
Daniel Andre Tande miał tej zimy Wejście Smoka. W sezon, znaczy się. Wygrał dwa pierwsze konkursy. Ale nie poszedł za ciosem. Oczywiście sezon może uznać za całkiem niezły, w końcu cztery podia i 10 lokat w 10-tce to nie byle co, ale aż trzy sezony w jego karierze były już dotychczas, punktowo, dużo lepsze. Z czego dwa również bardzo wyraźnie wynikowo, bo wylądował w obu na końcowym podium PŚ. Generalnie potwierdził przynależność do czołówki i to, że zawsze się z nim trzeba liczyć. Ale potwierdził też i to, że myślenie o nim, tak jak to niektórzy chcieli robić już dwa lata temu, w kategoriach ewentualnego przywódcy całego skokowego stada, jest cały czas zdecydowanie nieuprawnione. I, moim zdaniem, to się już nie zmieni.
O malutkim Japończyku, Jukii Sato, można z pewnością napisać, że to jedno z większych odkryć ostatniego sezonu. Podobnie jak w wypadku Lindvika, jego pucharowe wygrane były dziewicze. To znaczy pierwsza, bo druga, siłą rzeczy, już nie. Co prawda jego oba konkursowe zwycięstwa były osiągnięte przy pewnej dozie szczęścia, ale w końcu, jak to mówią, szczęście sprzyja lepszym. I tego się trzymajmy, bo gość potrafi być faktycznie niesamowity. Szczególnie przy wietrze pod narty. Jest wtedy w stanie wygrać z każdym. Nawet z Norwegami. Ale musi to wszystko potwierdzić w najbliższych sezonach. Nie takie meteory pojawiały się na skokowym firmamencie i dawno ich nie ma. Sato co prawda, nawet gdyby zniknął, typowym meteorem na pewno nie będzie, bo w końcu rok wcześniej zdobył ponad 300 pucharowych punktów i na podium w Zakopanem też już stanął, ale brak kolejnych sukcesów nakazywałby raczej zaliczenie go w ich poczet. Osobiście tuszę, że będzie raczej odwrotnie. Może nie mamy do czynienia z drugim Kobajaszim, ale taki Daiki Ito to może z niego wyrosnąć bez wielkiej spiny.
Dla Stephana Leyhe miniony sezon był zdecydowanie najlepszym w karierze. Niemiec od początku kariery z każdym sezonem się poprawia, ale to, czego dokonał tej zimy, to jest rzeczywiście kawał dobrej, niemożliwej do zakwestionowania roboty. Efektem aż cztery podia, w tym pierwsze w karierze konkursowe zwycięstwo. Gdyby nie to, co spotkało go w ostatnim skoku sezonu, a przypomnę, że zerwał więzadła w kolanie, napisałbym niewątpliwie, że jawi się dla mnie jednym z faworytów przyszłosezonowych zmagań. A tak, przy tworzeniu listy kandydatów do zdobycia przyszłorocznego Pucharu Świata, mamy go z głowy. Life is brutal.
10-ty w tabelce nr 1 i ostatni do analizy w tym miejscu jest Peter Prevc. Kto wie jednak czy w przyszłym sezonie nie okaże się, że „ostatni będą pierwszymi”. Słoweniec w tym sezonie rzeczywiście nie tylko wrócił do żywych, ale prawdziwie, skokowo, zmartwychwstał. A to, co pokazał w samej końcówce sezonu w Norwegii (choć w zasadzie całą zimę nie schodził poniżej pewnego poziomu) każe się, przynajmniej na chwilę, zastanowić czy czasem ten mój cudzysłów sprzed kilku linijek wyżej to tak nie na alibi został wstawiony. W każdym razie. Prevc odniósł pierwszą, po trzech ponad latach przerwy, pucharową wygraną. Był też na podium w Engelbergu. Zaliczył po dwa czwarte i piąte miejsca, aż 14-krotnie lądował w 10-tce. Skończył ósmy w generalce. Żeby nie przedłużać. Przed kolejnym sezonem ma niemało powodów do optymizmu.
W następnym odcinku będzie o tegorocznych pucharowych podiumowiczach, których czasem, dla różnych potrzeb, nazywam pieszczotliwie pudlami.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport