28 obserwujących
1218 notek
685k odsłon
  158   1

Raporty z pucharowych skoczni - Niżnyj Tagił (1)

W związku z deklaracjami wcale niemałej ilości tutejszych blogerów, że nie będą, wiadomo dlaczego, oglądać w tym sezonie rywalizacji najlepszych skoczków narciarskich, konstatuję z nadzieją, że zwiększy się przez to poczytność mojego bloga. Zamierzam bowiem pisać o pucharowej rywalizacji. I wykorzystać, na przykład, „głód informacji” rzeczonych kolegów. Na koniec, choć pewnie nie każdego, weekendu będą to, tak jak w ostatnią niedzielę, jakieś, typowo felietonowe, uwagi na gorąco po konkursach, a mniej więcej w środku każdego pucharowego tygodnia, bardziej w czwartek niż w środę, przybierze to formę taką jak dzisiaj. To znaczy zbioru ciekawostek związanych z tym, co się w, poprzedzający mój post, weekend w Pucharze Świata działo. Uzupełnionych dodatkowo, być może, paroma wnioskami, które mi się nasuną między rzeczoną niedzielą a czwartkiem czy środą.
Mam niezbyt dobre doświadczenia związane z pisaniem o skokach po sezonie (vide moje posty wiosenne) oraz przed sezonem (proszę zerknąć na mój cykl pisany przez kilka ostatnich tygodni). Tuszę że, podobnie jak zeszłej zimy, frekwencja dopisze przynajmniej w trakcie pucharowych rozgrywek. Dobra. Zaczynam.
Problemy i słabiutka forma Polaków oraz zawłaszczenie publicznego przekazu telewizyjnego przez TVN to jedno, ale z tego tytułu nie możemy od razu, tak jak chcą niektórzy, obrażać się na cały świat i odwracać od całej, pięknej skądinąd przecież, dyscypliny. Dyscypliny, która dała nam, między innymi, cztery olimpijskie złota, dziewięć olimpijskich medali, osiem indywidualnych i jedno drużynowe mistrzostwo globu, pięć indywidualnych zwycięstw w generalce Turnieju 4 Skoczni, 93 wygrane konkursy PŚ, 234 pucharowe podia. Że o medalach z innego kruszcu na imprezach mistrzowskich nie wspomnę, a niesamowite emocje związane z tymi wszystkimi wydarzeniami też zwyczajnie pominę. Po prostu i jeszcze raz. Nie możemy. Tym bardziej że, z kibicowskiego oraz statystycznego punktu widzenia, każdy konkurs, w tym oczywiście te, które odbyły się w sobotę i niedzielę, zostawia po sobie niemało dosyć ciekawych faktów. Dziś przedstawię te, które wydają mi się interesujące po zawodach w Tagile.
No to po kolei, choć trochę chaotycznie. Ale od początku. Dziwne to były zawody. Eliminacje przebrnęli zawodnicy, których przed weekendem nikt by o to nie posądził (Turek Ipcioglu, Rosjanin Bażenow czy Rumun Feldorean). W jeden dzień, i to nie byle kto, nie wchodził do konkursu, a w drugim dniu albo stawał, albo ocierał się o podium. Tak było na przykład z Kraftem, Zajcem czy, choć w trochę innym wymiarze, ze Stochem. O Kobajaszim nie wspominam celowo, bo nie jestem przekonany, że w jego przypadku to tylko jego wina (tematu, na razie, rozwijał nie będę). Z drugiej strony, też na przykład, wyniki Polaków i Kazachów, a na przeciwnej szali Norwegów albo Niemców świadczą o tym, że poszczególne nacje przyjechały do Tagiłu w dość stabilnej formie. Dobra. Koniec wisielczego humoru. Teraz już będą konkrety.
Niemiec Geiger odniósł w sobotę swoje jubileuszowe, bo 10-te, pucharowe zwycięstwo. Pozwoliło mu to wejść do czołowej 50-tki najlepszych klasycznych punkciarzy w historii. Z 50-tki wypadł Norweg Romoeren, a skoczek z Obertdorfu wyprzedził jeszcze dodatkowo obecnego selekcjonera niemieckiej kadry i potem, w niedzielę, legendę Słoweńców Primoza Ulagę. Jeszcze jedna ciekawostka związana z tym zestawieniem. Równo 50-ciu skoczków zdobyło dotąd więcej niż 900 klasycznych punktów pucharowych. Kolejnym z realnymi szansami na przekroczenie tej granicy jest, 52-gi aktualnie, Dawid Kubacki. Brakują mu do niej po, bardzo przeciętnym w jego wydaniu, rosyjskim weekendzie 33 punkty. Fantastyczna dyspozycja również w niedzielę pozwoliła Geigerowi awansować do top-50 najlepszych punkciarzy w wersji zwykłej. Odbyło się to kosztem Forfanga Młodszego. Norweg ma do Niemca 30 punktów straty i 40 oczek przewagi nad Kubackim. I ostatnia rzecz o Geigerze. Niedzielne drugie miejsce wywindowało go na 35-tą pozycję w klasyfikacji najlepszych pudli w historii. Z 24-ma podiami jest tuż za Wellingerem (razem swoje pucharowe przygody zaczynali 9 lat temu w Lillehammer, młodszy Wellinger był wyraźnie lepszy) i przed Tandem.
Drugi najlepszy z Niemców, Eisenbichler, nie był może w ten weekend spektakularny, ale za to był mocny i równy. Pozwoliło mu to na wskoczenie w niedzielę do top-40 klasycznych punkciarzy wszech czasów. Z czołowej 40-tki wyrzucił jedną z legend czeskich skoków, mistrza świata z roku 1997-go, Jirego Parmę. W czeskich skokach taki kryzys, że nie tylko czynni skoczkowie coraz niżej w tabelach. A Eisenbichler może się po tym weekendzie jeszcze pochwalić równo 180-ma pucharowymi podejściami i równo 170-ma udziałami w zawodach głównych.
Dzięki podiom Geigera Niemcy mają po Tagile na koncie równe 155 pucharowych zwycięstw i jeszcze równiejsze 150 drugich stopni podium. Norwegowie natomiast mogą się dzięki Granerudowi pochwalić równo 130-ma wygranymi i, też równo, 160-ma drugimi miejscami.
Kamil Stoch już w sobotę wyprzedził w klasyfikacji wszech czasów klasycznych punkciarzy Gregora Schlierenzauera i jest aktualnie w tym rankingu czwarty. Do trzeciego Kasaiego brakuje mu jeszcze 26 oczek. Czyli, w przeliczeniu, jedno zwycięstwo i jedno 15-te miejsce. A wracając do Tagiłu. Mimo, że zawsze na Tagił narzekał, to miewał tu już lepsze występy niż  w ten weekend.
Sobotni wynik to było okrągłe, 165-te, punktowanie w karierze Dawida Kubackiego. Piotr Żyła z kolei punktował w niedzielę po raz 220-ty.
Szczerze pisząc to nie wiem dlaczego przyleciał do Rosji Stefan Hula. Gdybym chciał być złośliwy, to napisałbym, że dlatego, bo jest dobrym kumplem Kamila Stocha. Miał szczęście, że nie było trzech konkursów, bo byłby to pewnie jego najgorszy weekend w karierze. A tak zawsze może powiedzieć, ze nie, bo przecież trzy zimy wstecz na mamucie w Oberstdorfie było gorzej. Wtedy odpadał w kwalifikacjach trzy razy. Tyle, ze średnio w każdej z nich był 10 pozycji wyżej. Teraz, wziąwszy pod uwagę liczbę oblanych w całej karierze kwalifikacji, Polak może o sobie mówić: „A imię moje czterdzieści i cztery”.
Klimek Murańka przegrał w Rosji z covidem. I tego się trzymajmy. Odnoszę jednak wrażenie, że bez niego też by tych konkursów nie wygrał.
Andrzej Stękała, tak jak reszta naszych skakał słabiutko i zdobył tylko jeden punkt. Szukając w jego występie pozytywów zawsze można powiedzieć, że to jednak o jedno oczko więcej niż u Jakuba Wolnego. I to jest prawda.
Norweg Granerud został z kolei w sobotę 83-cim zawodnikiem w historii, który przekroczył, jak chodzi o zdobycze punktowe, barierę pięciuset klasycznych oczek. Golas po raz pierwszy w życiu stanął na najniższym stopniu pucharowego podium. Tym samym wstąpił do grona tych, którzy stali na każdym stopniu pudła. Przy czym u niego te proporcje między poszczególnymi stopniami, są wyjątkowo zachwiane. Były już przed weekendem, a teraz się to tylko jeszcze spiętrzyło (12-2-1). Niedzielne jubileuszowe, 15-te, podium w karierze daje w tej chwili Norwegowi okrągłe 60-te miejsce wśród najlepszych pudli w historii. Dzięki niedzielnemu zwycięstwu Granerud wszedł już do najlepszej 80-tki punkciarzy klasycznych. W zwykłej klasyfikacji punktowej obrońca PŚ dokonał w niedzielę dwóch rzeczy. Wszedł do czołowej 90-tki tego rankingu i, jednocześnie, wyprzedził naszego Kota. Polak w top-90 pozostaje. Wyleciał z niej emeryt Jeż. Z Czech, nie z Polski, jakby ktoś nie znał. Co do Kota, to wróżę, że na tym 90-tym miejscu jeszcze ponad pół sezonu pozostanie. Ale do marca chyba nie da rady. Lanisek ma do niego trochę ponad 550 punktów straty. Zeszłej zimy Słoweniec zgarnął ich 775. Słabo to, z kociego punktu widzenia, wygląda. Jeszcze o Granerudzie. Ma w tym momencie na koncie równo 70 punktowań. Przy czym same krągłości się tu nakładają. No bo tak: 30 razy kończył w 10-tce, 20 razy w drugiej, i 20 razy w trzeciej.
Obrońca Kryształowej Kuli dobił w sobotę, jak napisałem, do oczek pięciuset, a Daniel Huber z Austrii osiągnął w niedzielę połowę tej klasycznej zdobyczy. Takich skoczków jest po ostatnim weekendzie 137-miu.
Japoński weteran, Daiki Ito, jako 29-ty skoczek w historii przekroczył w sobotę próg 5500 punktów w karierze. Do tego po raz setny skończył w tym dniu zawody w drugiej 10-tce.
Kobajaszi Lepszy został, też już w sobotę, 49-skoczkiem narciarskim, który przez karierę uzbierał więcej niż 4500 pkt (4504). Sobotnia druga lokata to jego 35-te podium w karierze. W niedzielę go zdyskwalifikowano. Jako rzekłem nie chcę na ten moment tematu rozwijać, ale zdanie na ten temat mam. Pewnie nieco odrębne od europejskich arbitrów.
Kobajaszi Słabszy z kolei, dzięki dobremu występowi w sobotę i słabemu w niedzielę, zaokrąglił się statystycznie w kilku wymiarach. W sobotę po raz 95-ty zapunktował, a w niedzielę po raz 165-ty podszedł do PŚ, wziął udział w swoim 150-tym konkursie i jeszcze zaliczył jubileuszowy, 55-ty brak punktów.
Kolejny z Japończyków, Sato Mniejszy, został w sobotę 137-mym skoczkiem w historii, który ma na koncie ponad 1500 pucharowych punktów. Samuraj wskoczył do top-135, bo wyprzedził swojego rodaka Akimoto i zrównał się punktami z Austriakiem Huberem. W niedzielę obaj poszli w tym rankingu w górę. Lepiej skakał Huber i dlatego jest już wśród najlepszych 130-tu punkciarzy w historii (1547 pkt). Sato niby tylko sześć oczek mniej, a aż trzy lokaty niżej. Taki ścisk! Aha. Sobotnia 10-ta lokata to 25 przypadek, kiedy filigranowy Samuraj wylądował w czołowej 10-tce zawodów.
Kończąc wątek reprezentantów Kraju Kwitnącej Wiśni. Wyjątkowy, zdecydowanie najlepszy w karierze, weekend Naoki Nakamury. Zdobył w dwa dni ponad 21% wszystkich punktów zebranych w karierze. W sobotę, po raz pierwszy w życiu, wylądował w konkursowej 10-tce, od razu na miejscu 4-tym. W niedzielę poprawił 10-tym najlepszym rezultatem w historii swoich pucharowych startów. Zapowiada się niesłychana wewnętrzna samurajska rywalizacja o miejsca w samolocie do Pekinu.
Przeciętny występ w weekend i tak pozwolił Janowi Hoerlowi wejść do top-300 najlepszych skokowych punkciarzy w historii. Austriak wyrzucił z czołowej trzysetki Włocha Lacedelliego i Niemca Schwarza. Żeby być w tej czołowej 300-tce trzeba mieć na dziś 356 punktów. Tyle ma Norweg Troeen, które okupuje pozycję nr 300. Hoerl jest po niedzieli oczko wyżej i ma 4 punkty więcej. Ma też na liczniku 55 kontaktów z pucharem, z czego 30 zakończyło się zdobyciem punktów.
Marius Lindvik specjalnego otwarcia sezonu nie zaliczył, ale przynajmniej ładnie zaokrąglił liczbę punktowań w karierze. Do 50-ciu.
Okrągłości zaliczyli też Johann Andre Forfang Robert Johansson . Choć nie jakieś spektakularne. Ten pierwszy zaliczył w niedzielę 160-te pucharowe podejście i 140-te punktowanie, a ten drugi zdobył punkty po raz 145-ty. Wąsacz został dodatkowo 57-mym skoczkiem, który zdobył w ciągu kariery 800 lub więcej klasycznych punktów. On ma ich akurat równe 800.
Manuel Fettner ma po tym inauguracyjnym weekendzie sezonu połowę wszystkich punktów zdobytych w poprzednim. Świetnie poszło mu szczególnie w sobotę. Małe punkty w niedzielę spowodowały jednak, że mógł obchodzić w tym dniu aż trzy jubileusze: 290 pucharowych podejść, 260 konkursów i 75 obecności w trzeciej 10-tce zawodów.
Inny z Austriaków, Philipp Aschenwald, w sobotę po raz 25-ty nie zdobył w konkursie punktów, a dzień później zaliczył setne pucharowe podejście, 90-ty konkurs i 65-te punkty.
Stefan Kraft już w pierwszy weekend sezonu zrobił (w zakresie liczby podiów, na które był wskoczył)  tyle samo, co przez całą poprzednią zimę. To jego 73-cie pucharowe pudło w karierze. Zrównał się tym samym z NRD-wskim pitbullem o wyglądzie ratlerka, Jensem Weissflogiem. Zrównał, ale Niemca nie wyprzedził, bo ten ma na koncie więcej pucharowych zwycięstw (33:21). W punktowej, ale klasycznej, klasyfikacji wszechczasów Austriak awansował po tym weekendzie na miejsce ósme. Wyprzedził rodaka Goldbergera. A po sobocie, kiedy to zaliczył trzeci najgorszy pucharowy rezultat w karierze (w niedzielę w kwalifikacjach nie skoczył zresztą wcale wiele lepiej), wydawało się, że to on będzie największą, in minus, sensacją rosyjskich zawodów. Wszyscy, widać, nie docenili Stefana Huli (taki żart, ha, ha, ha).
Killian Peier, który całą poprzednią zimę spędził oglądając, z powodu kontuzji, Puchar Świata w telewizji, wrócił z przytupem. W niedzielę, dzięki świetnemu występowi, dołączył do grona tych, którzy wyskakali już w karierze ponad sto klasycznych punktów. Takich gości jest 209-ciu. Helwet ma takich punktow w tym momencie 108 i jest w tym klasyfikacji 203-ci. W zwykłym rankingu punktowym Szwajcar jest po ostatnim weekendzie jeszcze wyżej. Zajmuje równo dwusetne miejsce i jest też dwusetnym skoczkiem, który przekroczył granicę siedmiuset punktów w karierze. W niedzielę zaokrąglił liczbę swoich pucharowych konkursów do 90-ciu.
Bardzo dobrze wypadł również w Rosji inny rekonwalescent, Niemiec Leyhe. W niedzielę znalazł się nawet w czołowej 10-tce zawodów. To był jego 145-ty konkurs w karierze.
I żeby zakończyć kragłości związane z Niemcami. Constantin Schmid po raz 80-ty w karierze zdobył w niedzielę punkty, a Pius Paschke w tym samym dniu zameldował się po raz 40-ty w czołowej 20-tce konkursu.
Dzięki fantastycznemu weekendowi, zdecydowanie najlepszemu zresztą w karierze, Cene Prevc jest już wśród najlepszych trzystu punkciarzy zwykłych w historii. Nawet w top-290, dokładnie biorąc. To były jego dwa najlepsze konkursy w życiu. Najpierw poprawił swoje życiowe osiągnięcie w sobotę, a potem dołożył do pieca w niedzielę. Nie lubią go sędziowie punktowi. I to może być problem, gdyby mu przyszło do głowy chcieć stawać na konkursowym podium. Ale spoko. Wreszcie znów jakiś Prevc w czołówce. Jego rekordowe niedzielne zawody to był jednocześnie dla niego jubileuszowy, bo 50-ty, konkurs.
Domen Prevc. Krótko. Na przeciwległym biegunie niż brat. Najgorszy weekend w karierze. Dwa razy w ciągu dwóch dni jeszcze w kwalifikacjach nie odpadał.
Jednym z największych przegranych weekendu jest też Antti Aalto. Lider Finów zaliczył najgorszy występ w historii swoich startów w PŚ. Tylko raz, na początku kariery, miał dzień po dniu dwie nieprzebrnięte kwalifikacje. Ale miejsca były, średnio o 10 pozycji, wyższe. Niedzielne podejście to już 20-te zawalone eliminacje Fina.
Tylko jeden ze skoczków, którzy nie mieli dotąd w PŚ żadnych zdobyczy punktowych zmienił w Tagile ten stan rzeczy. To Norweg Fredrik Villumstad. W niedzielę zdobył swoje pierwsze punkty i to od razu 10. W mojej punktowej tabeli wszech czasów daje mu to 821-szą lokatę na 968-miu w niej ujętych.
Dwie, jakże różne, okrągłości Timi Zajca. Najpierw, w piątek, po raz piąty w karierze nie przebrnął eliminacji, a w niedzielę po raz 60-ty zdobył punkty. I to od razu 50! Czyli o 10 mniej niż przez cały poprzedni, zupełnie nieudany, sezon.
Nie sposób nie napisać paru słów o Anze Lanisku, choć było w ten weekend w peletonie parę bardziej wyrazistych od niego postaci. Dlatego na razie skromnie. Słoweniec ma po Rosji na koncie 145 pucharowych podejść. W 85-ciu przypadkach skończyło się to punktami.
Rosjanin Trofimow zrobił w niedzielę życiówkę. Nigdy jeszcze nie był w zawodach w drugiej 10-tce. Za to w sobotę zaokrąglił liczbę konkursów, w których nie zdobył punktów, do 45-ciu.
Bułgar Władimir Zograwski w swoim niedzielnym,  230-tym już, pucharowym podejściu, po raz 55-ty zdobył punkty. Z kolei sobotni konkurs był dla niego 150-tym w karierze.
Mimo, że dla Matthew Soukupa niedzielne kwalifikacje to były już 25-te, których nie był w stanie przebrnąć, to jeszcze nigdy nie zrobił tego w tak złym stylu jak w miniony weekend.
Dla Mackenzie Boyd-Clowesa sobotni konkurs był o tyle udany, ze po raz 50-ty w karierze zapunktował. Szkoda, ze tylko za jeden punkt.
Aleksandr Bażennow punktów na domowych skoczniach nie zdobył, ale po raz pierwszy od pięciu lat znów znalazł się w konkursie. I to dwa razy. Po weekendzie ma na koncie 25 pucharowych podejść, z tego 5 razy był w zawodach głównych.
Rosyjska rewelacja poprzedniego sezonu, Michaił Nazarow, zrobił tym razem falstart na miarę Jakuba Wolnego. Za to się pozaokrąglał. W liczbie pucharowych podejść (75) i bezpunktowych konkursów (45).
Nie poszło tym razem nadziei estońskich skoków Arttiemu Aigro. Za to się statystycznie zaokrąglił. Ma na liczniku równo 20 konkursów, w których nie punktował.
W piątek po raz 25-ty oblał kwalifikacje Michaił Maksimoczkin. Chyba nie lubi jubileuszów, bo zaraz w niedzielę to okrągłość znikła. To samo zresztą można napisać o Denisie Korniłowie, który w sobotę po raz 125-ty nie zdobył punktów w konkursie, ale żeby nie było za okrągło to w niedzielę to zmienił.

I, na koniec, hit tygodnia. Koreański weteran Czoj Hiung Czul nie przeszedł w niedzielę kwalifikacji po raz 175-ty (sic!). To jest absolutny rekord nie tylko świata, ale także wszechświata, i to się nadaje na pierwszą stronę wszystkich sportowych gazet. Ale one wolą pisać o Messim, którego gra, w końcu, nie różni się ostatnio specjalnie od skoków Czoja. Ciekawe co na to redakcja FF. Należy się spodziewać kolejnej Złotej Piłki? To już byłyby wtedy jaja. Niezłe. Bo o skokach Czoja w Rosji w kontekście wyboru skoczka roku można zapomnieć. Ale o tegorocznej grze Argentyńczyka w barwach PSG, w jakimkolwiek kontekście, nie bardzo. 

...
A w piątek już kwalifikacje w Finlandii.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport