27 obserwujących
1319 notek
777k odsłon
  138   0

Raporty z pucharowych skoczni. Kuusamo (2)

Działo się w tym Kuusamo, działo. O Polakach było w niedzielę, we wtorek o systemowej walce z Kobajaszim, a dzisiaj już bardziej spokojnie. Liczby głównie będą. Ale nie tylko. No to od początku.
W piątek mieliśmy megasensację większą od tej inauguracyjnej z Tagiłu, kiedy w kwalifikacjach odpadł Kraft. I od niej zaczniemy. Halvor Granerud zaaplikował wszystkim po swoim kwalifikacyjnym skoku wielki wytrzeszcz oczu, a Aleksandrowi Zniszczołowi darmowy udział w sobotnich zawodach głównych. Przy okazji. To była jubileuszowa, 10-ta, kwalifikacyjna wpadka Norwega. W niedzielę Wiking powtórzył, w jeszcze gorszym stylu, piątkowy „wyczyn”. Myślę, że w Wiśle znów nas zaskoczy. To znaczy nie zdziwię się nawet  jak wygra. Takie są efekty „jazdy po bandzie”. Raz na wozie, raz pod wozem.
Nie tylko Norweg zaokrąglał się w piątek. 15-te nieudane kwalifikacje zanotował Czech Viktor Polasek.
Dużo dostojniej niż dwie poprzednio wymienione prezentowała się sobotnia okrągłość Stefana Huli. Polak oblał kwalifikacje już po raz 45-ty.A w niedzielę do pieca, pewnie żeby za okrągło nie było, jeszcze dołożył.
Nieco mniej okazale wyglądał przez to jubileusz Fina Maeeattae, dla którego była to 35-ta oblana próba kwalifikacyjna. Obserwuje tą jego karierę od paru dobrych lat. Pikuje w jeszcze gorszym stylu niż nasz weteran.
Pius Paschke przekroczył w sobotę barierę tysiąca punktów w karierze. Takich skoczków, na przestrzeni dziejów, po fińskim weekendzie jest dokładnie 171. Po niedzielnych zawodach Niemiec jest z pewnością zawiedziony, bo widać było, że forma jest a efekty jak u Sato Mniejszego czy Johanssena. Następny w kolejce do powiększenia grona skoczków z ponad tysiącem punktów – Constantin Schmid (punktował w niedzielę po raz 55-ty w karierze, w trzeciej 10-tce plasując się po raz 25-ty), ale to jeszcze ponad 100 oczek.
Lider klasyfikacji generalnej, Karl Geiger, też przekroczył w sobotę granicę punktową, tyle że 4,5 raza większą niż kolega. Zaokrąglił liczbę tych, którzy mogą się takim osiągnięciem poszczycić do równych 50-ciu. Przy okazji wyrównał życiówkę w Kuusamo, bo nigdy nie był tu wyżej niż piąty. Do niedzieli znaczy, bo w drugim dniu fińskiej rywalizacji lepszy był tylko rewelacyjny Lanisek. W sobotę Niemiec wskoczył też do top-45 klasycznej punktowej klasyfikacji wszech czasów. Z jego powodu zabraknie tam już na zawsze miejsca dla jego starszego kolegi, Michaela Uhrmanna. Dzień później Geiger wyprzedził w tym rankingu kolejnych dwóch skoczków. Motającego się w Kuusamo z samym sobą Forfanga i emeryta Haradę. Na horyzoncie Daiki Ito. Jeszcze jedno. W niedzielę skoczek z Oberstdorfu stanął na pucharowym podium po raz 25-ty. To był też jego 180-ty konkurs, a w 20-tce zmieścił się po raz 110-ty.
Drugi z niemieckich liderów, Marcus Eisenbichler, może po sobocie pochwalić się tym, że szósty sezon z rzędu staje na podium Pucharu Świata. Zaczął w sobotę skromnie, od trzeciego miejsca, ale widać mu się spodobało, bo w niedzielę je powtórzył. Przy okazji doczekał się małego jubileuszu, bo to było już jego 10-te najniższe podium. Niemiec wyprzedził w niedzielę w zwykłej punktowej generalce wszech czasów Daniela Andre Tande, który strasznie na początku sezonu słabuje. Mimo tego Norweg zachował swoją pozycję (43), bo dzięki paru niedzielnym punktom znalazł się przed Stefanem Horngacherem. Austriak na przejętego tym faktem specjalnie nie wyglądał. Tym bardziej, że tego pewnie nie wiedział, bo do niego nie dzwoniłem.
Andreas Wellinger w Rosji świętował zdobycie pierwszych od  niemal trzech lat punktów, a w Finlandii pierwszych od jeszcze dłuższego (o tydzień) czasu punktów klasycznych. Ostatni raz Niemiec był w czołowej 15-tce w marcu 2019 roku w Vikersund. Dodatkowo w niedzielę zaliczył 160-ty konkurs w karierze. Z tego 110 razy, tak jak Geiger, łapał się do czołowej 20-tki.
Trzy niemieckie podia w Kuusamo spowodowały, że w drużynowej klasyfikacji pudli wszech czasów dokonała się po tym weekendzie zmiana. Niemcy wyprzedzili Norwegów (444:442). Niezagrożeni prowadzą oczywiście Austriacy (758). Jak wdepliśmy w te jubileusze poszczególnych zespołów, to proszę. Pierwsze miejsce Kobajasziego w sobotę to 85-ta pucharowa wygrana Japończyków. Zarówno najpierw druga, a potem pierwsza pierwsza lokata Laniska to były 70-te takie podia jak chodzi o trofea Jugosłowian/Słoweńców. Dzięki temu Słoweńcy zbliżyli się do nas na równe 30 pudeł.
Manuel Fettner awansował po sobocie na 80-te miejsce wśród najlepszych punkciarzy w historii. Wyrzucił z tej 80-tki Heinza Kuttina. Wypada jednak wspomnieć, ze Fettner skacze w PŚ ponad 20 lat, a były trener Polaków zaliczył tylko osiem sezonów. A po prawdzie to pełne siedem i kawałek ósmego. O Fettnerze jeszcze słowo. Albo dwa. Sobotnie punkty były 175-tymi w jego karierze. Natomiast w niedzielę po raz ósmy w długiej karierze zajął w konkursie miejsce ósme. Żadnej innej pozycji w czołowej 10-tce nie zajmował tak często. I ważna rzecz. Niedzielny konkurs był setnym, kiedy Austriak załapał się do najlepszej 20-tki zawodów.
Anze Lanisek od soboty może się cieszyć z przynależności do punktowego „klubu 2000”. A od niedzieli z awansu do top-100 najlepszych punkciarzy w historii. Jest aktualnie 96-ty, ale pewnie w Wiśle zmieni Piotra Fijasa na miejscu 94-tym. To oczywiście jego najwydajniejszy weekend w karierze. Sobotnie zawody to był dla Słoweńca 130-ty konkurs w I-ligowym życiu. W niedzielę skoczek, którego talent porównywano za młodu do talentu Murańki (takie były czasy!) wreszcie wygrał pucharowe zawody. Należało mu się już w poprzednim sezonie jak psu buda, ale zawsze się spalał. Myślę, że okoliczności w jakich obronił się w niedzielę w drugiej serii, pozwolą mu na to, by regularnie walczyć o wygrane. Taka wygrana strasznie buduje morale. Wygrywając przekroczył barierę czterystu klasycznych punktów. O jeden. Jest 102-gim takim skoczkiem w historii. Wyprzedził o 3 oczka Manuela Fettnera, który akurat też dobrze w tym dniu w tym rankingu zapunktował, a do naszego Kota ma tylko 1 pkt straty. Maciek powinien sobie, najpóźniej w sobotę, zrobić zdjęcie tego rankingu, podpisać „Byłem przed Laniskiem”, oprawić w ramki i powiesić nad łóżkiem. Będzie się czym po zakończeniu kariery chwalić, zdaje się.
Świetnie radzący sobie (do niedzieli) w stawce Naoki Nakamura pokonał w sobotę próg trzystu punktów w karierze. Takich zawodników jest, w całej  historii, 325-ciu. Na razie. W niedzielę pokazał swoją drugą stronę medalu. Zaliczył 10-te nieudane kwalifikacje.
Rodak Nakamury, Sato Mniejszy, został w sobotę 125-tym w historii skoczkiem, który uzbierał więcej niż 300 klasycznych punktów. W niedzielę, tak jak kilku innych trafił na paskudne warunki i popłynął. Do tego czasu Mały Samuraj prezentował dobrą i równą, choć jeszcze nie najwyższą formę. W sobotę zaliczył 90-ty konkurs w I-ligowej karierze. Po raz piąty zajął w takich zawodach 10-tą pozycję. Żadnej innej nie zajmował częściej.
Rioju Kobajaszi pokazał w sobotę wszystkim europejskim arbitrom, kto tu zamierza w tym sezonie rządzić i że nie da się zastraszyć i zapędzić do rogu. Odniósł niezwykle przekonywujące, okrągłe 20-te zresztą, zwycięstwo w karierze. Uczcił w ten sposób swój 130-ty pucharowy start. Nikt mu nawet nie podskoczył, choć czapki z głów przed Laniskiem. Skoczków z 15-ma wygranymi konkursami jest jak dotąd, w całej historii Pucharu, 15-tu. Aha. Jeszcze jedna okrągłość. Samuraj po raz 95-ty zapunktował, w czym dogonił starszego i skaczącego kilka sezonów dłużej brata. W niedzielę, żeby się Samurajowi we łbie nie poprzewracało, wszyscy europejscy arbitrzy pokazali tym razem jemu kto tu rządzi. Napisałem o tym osobny tekst, więc nie zamierzam się powtarzać. Jeśli Rioju wygra z tą bandą to jestem w stanie przyznać mu Order Orła. Żółtego, bo wartości Białego nie będę obniżał (wystarczająco obniżyli ją Kwaśniewski i Komorowski).
Bardzo dobrze, szczególnie w porównaniu z poprzednim sezonem, radzą sobie Szwajcarzy. W sobotę punktowała cała czwórka. Również Dominik Peter, który dzięki tym punktom awansował do czołowej sześćsetki najlepszych punkciarzy w historii. Wypchnął z niej Austriaka Wohlgennanta. Ktoś zapyta ile trzeba było mieć tych punktów, żeby być w czołowej 600-tce? Odpowiadam. Na sobotę wieczór 44. Kuusamo wyjątkowo, pewnie jako jednemu z nielicznych, Peterowi pasuje. Startował tu pięć razy i cztery punktował. Byłoby pewnie pięć na pięć gdyby nie nieprzewidywalna zupełnie niedziela. Upodobał sobie tutaj szczególnie miejsce 26-te. Lądował na nim na Ruce aż trzy razy.
Simon Ammann może w życiowej formie w tym roku nie jest, ale, co mu się w poprzednim sezonie prawie w ogóle nie zdarzało, punktować punktuje. I to regularnie. Cztery konkursy – trzy punktowania + niedzielny duży pech. W sobotę zaliczył dwie okrągłości. 460-ty konkurs w karierze i 375-te punktowanie. Kto by to pod koniec zeszłego sezonu pomyślał?
Po raz 75-ty natomiast zdobył w sobotę punkty Gregor Deschwanden. W niedzielę skoczył jeszcze nieco lepiej i dlatego po wspomnianej okrągłości nawet śladu nie ma.
Najlepszy z Helwetów, Killian Peier, zapomniał na dobre o kontuzji, która wykluczyła go z rywalizacji na cały poprzedni sezon. W sobotę, podobnie jak 6 dni wcześniej, znów skończył w szóstce, a dodatkowo wszedł do top-200 klasycznej punktowej klasyfikacji wszech czasów. W punktach (118) zrównał się tu z naszym Hulą (wiem, ze to trudno sobie w tej chwili wyobrazić, ale bywały takie czasy, że „Stefanek” nie zawsze trzy razy z rzędu nie wchodził do konkursu) oraz z będącym jakieś 7-8 lat temu członkiem, może nie ścisłej, ale na pewno szeroko rozumianej, czołówki - Krausem. Wylądował po sobocie między nimi, czyli przed Polakiem i za Niemcem, bo liczą się w takiej sytuacji najwyższe miejsca, jakie skoczek zajął kiedykolwiek w którymkolwiek konkursie. W tym przypadku nie ma to zresztą znaczenia, bo w niedzielę dołożył kolejne klasyczne punkty i pomachał tym dwóm na pożegnanie. Niedzielne 120-te pucharowe podejście uczcił Szwajcar 11-tym miejscem, które wyskakał po raz piąty w karierze. Żadnej innej lokaty w czołowej 30-tce jeszcze tyle razy nie zajmował.
Peter Prevc spóźnił się o tydzień na Puchar Świata, ale jest oczywiście w pełni usprawiedliwiony. W sobotę w Kuusamo sprzyjało mu szczęście, tym niemniej jest też faktem, że (dzięki wiatrowi) przekroczył, jako 12-ty skoczek w historii, granicę dwóch tysięcy klasycznych punktów w karierze. Słoweniec już po raz 215-ty ukończył konkurs w czołowej 20-tce. W niedzielę było jeszcze lepiej, bo, po 20 miesiącach przerwy, Pero znów znalazł się w czołowej 10-tce zawodów. Bytność w tym gronie okazała się jubileuszowa, bo 130-ta. Jeszcze jedna ciekawostka. Szóste miejsce zajął Słoweniec po raz 12-ty. Na każdej z czołowych sześciu pozycji w konkursach był przynajmniej 12-krotnie. Na jakimkolwiek niższym niż szóste miejscu nie lądował w karierze częściej.
Młodszy kolega Prevca, Lovro Kos, po raz pierwszy z kolei zapunktował w sobotę klasycznie. Za jeden punkt, ale zawsze. Został, wg danych którymi dysponuję, 648-mym skoczkiem, który w swojej karierze choć raz zmieścił się w czołowej 15-tce konkursu. Oczywiście siłą rzeczy zajmuje na tej liście zaszczytne, ostatnie miejsce. Ma co prawda tyle samo punktów, co 31 innych skoczków, ale w takim wypadku układam kolejność wg czasu zdarzenia. Z czynnych skoczków jeden klasyczny punkt na liczniku mają jeszcze Amerykanin Bickner, który wydaje się nie chcieć wrócić do Pucharu (w czym może mieć dużo racji), i Włoch Insam, z którego Kruczek zrobił dziada, i który w tej chwili ewidentnie nie rokuje na cokolwiek więcej. A do grona „klasyków” w niedzielę dołączył, jeszcze bardziej sensacyjnie niż Kos w sobotę, Rosjanin Sadriejew. Przy czym on, nie tylko w niedzielę, robi generalnie znacznie lepsze wrażenie od Kosa, który na koniec weekendu znów wrócił do bezpunkcia. Ze względu na zajętą lokatę, Rosjanin przeskoczył Słoweńca w rankingu o kilkadziesiąt miejsc (583:649).
Artti Aigro miał już w życiu jeden lepszy wynik. W zeszłym roku w Kuusamo. Ale wszystkich Polaków naraz to jeszcze nie pokonał. Zawsze kiedyś musi być ten pierwszy raz, nie?
Dopiero w ósmym sezonie swoich startów w PŚ Cene Prevc wystartował w zawodach w Kuusamo. Sobotnie zawody nie były dla niego może specjalnie udane, ale już po nich miał w generalce więcej punktów niż za cały poprzedni sezon. Po niedzieli, kiedy to wyrównał swoje życiowe osiągnięcie sprzed tygodnia, Słoweniec ma już, po czterech konkursach ledwie, więcej punktów niż wyskakał w najlepszym dotąd dla siebie sezonie 2019/20.
Dla Timiego Zajca niedzielne zawody, z tytułu niefarta z wiatrem, najszczęśliwsze może nie były, ale przynajmniej statystycznie wyszedł na okrągło. Zaliczył bowiem 85-te pucharowe podejście i 80-ty konkurs w karierze. No i jeszcze po raz 15-ty wylądował w drugiej 10-tce konkursu.
Zeszłoroczna rewelacja (dwa starty, dwa punktowania, w tym raz w 10-tce), Daniel Tschofenig, przypomniała sobie w Kuusamo, że w PŚ startuje się po to, by zdobywać w nim punkty. Austriak zaliczył w sobotę jubileuszowe, bo 5-te, pucharowe podejście. Już nie wszystkie z tych podejść, jak to prorokowałem przed sezonem, są punktowane, ale we wszystkich pięciu przypadkach przeszedł kwalifikacje. Nawet sześciu, bo w niedzielę też dostał się do konkursu. I znów zapunktował. Trzeci raz zaliczył trzecią 10-tkę.
Marcus Schiffner miał w sobotę w finale pecha, ale punkt w swoim 60-tym konkursie w karierze zdobył. W niedzielę za to miał szczęście, mimo że skończył 13-ty. To była jego 5-ta obecność w czołowej 20-tce konkursu.
Sobotnie zawody to był 215-ty konkurs w karierze Stefana Krafta. Austriak nigdy jeszcze nie stanął w Kuusamo na podium. W sobotę po raz trzeci zajął czwarte miejsce. Dzień później z kolei po raz 70-ty skończył zawody w czołowej 10-tce, ale poza podium. Na siódmym miejscu znalazł się po raz siódmy.
Daniel Huber skacze na początku tego sezonu tak jak Peter Prevc w całym zeszłym. Na razie nawet bardziej, bo 100% konkursów, a nie większość, kończy w drugiej 10-tce. Okrągło to wygląda ze statystycznego punktu widzenia, bo w niedzielę zaliczył 80-te punktowanie. Równo połowa tych punktowań to właśnie miejsca w drugiej 10-tce.
Wyrównał w sobotę życiówkę, zajmując w konkursie 42-gą lokatę, Francuz Foubert. W niedzielę było nieco gorzej, tym niemniej w 10-tym pucharowym podejściu francuski skoczek po raz siódmy przeszedł kwalifikacje. Znam narciarzy, także francuskich, o znacznie gorszych statystykach.  
Koreańczyk Czoj nadal śrubuje niebotyczny rekord zawalonych kwalifikacji. Szczegóły podam przy kolejnej okrągłości. Boję się tylko czy do niej dojdzie, bo jednak te jego skoki mogą być za krótkie nawet dla koreańskich działaczy. I wtedy może paść krótkie „Do domu!”. Ale w Wiśle jeszcze poskacze. Przepraszam. Pojeździ po buli.
Jubileuszowe,70-te, kwalifikacje zepsuł w niedzielę Kazach Muminow. I to tyle w jego temacie.
Bardzo nieudany początek sezonu w wykonaniu Sato Większego. W sobotę jego licznik wykazał 50 pucharowych podejść. Przy czym kolejne, niedzielne, było już 15-tym konkursem bez punktów. Jak tak dalej pójdzie, to Pekin Japończyk zobaczy, jak wykupi wczasy w jakimś ichnim biurze turystycznym. Tylko po co jechać na wczasy do Pekinu? To już lepiej do Tokio. Ładniej, taniej (dla niego) i bezpieczniej. Choć pewnie równie smogowo.
Sobota nie zapisze się dobrze w pamięci kibiców Mariusa Lindvika. W swoim jubileuszowym, 70-tym pucharowym konkursie Norweg po raz 20-ty nie wyskakał punktów. Dzień później w serii finałowej wyjątkowo sprzyjał mu (i pozwolił ratować honor drużyny) wiatr, ale nie wydaje mi się, żeby Wiking był w innej dyspozycji niż cała reszta kolegów. Po prostu przyfarcił. Dużo bardziej reprezentatywne dla jego formy wydały mi się te zawody w sobotę. Przy czym on tak ma, że zmienny jest. Może nie aż tak, jak Granerud, ale jest. Poczekajmy do Wisły. Zobaczymy co pokaże.
Cały czas cienki jak barszcz jest zeszłoroczny lider Rosjan, Michaił Nazarow. W sobotę po raz 30-ty nie zakwalifikował się do serii finałowej. Rosjanin miał w tym momencie tyle samo bezpunktowych konkursów co nieprzebrniętych kwalifikacji. Ale już nie ma, bo beznadziejne kwalifikacje w niedzielę spowodowały, że znów jest u niego pod tym względem nierówno. Widać, ze dryfuje w zdecydowanie przeciwną stronę niż większość kolegów z drużyny.
Przeciętnie wygląda na początku sezonu Jewgienij Klimow. W sobotę dostał się wprawdzie do finału, ale robił tam za ogon. Jedyny z tego pożytek, że zaliczył statystyczną okrągłość – po raz 25-ty ukończył konkurs w trzeciej 10-tce. Klimow miał po sobocie dwa razy więcej konkursów punktowych niż bezpunktowych (72:36). Poprawił ten bilans w niedzielę, a dodatkowo zaokrąglił liczbę swoich pobytów w drugiej 10-tce zawodów. Do 35-ciu.
Natomiast naprawdę dobrze, jak na siebie rzecz jasna, spisuje się dotąd Roman Trofimow. Już teraz można uznać ten sezon za jego rekordowy. Punktuje w co drugim konkursie, zdobył o punkt więcej niż w najlepszej dotąd dla niego, poprzedniej, zimie.
Rewelacyjnie wypadł na Ruce Danił Sadriejew. Dwukrotnie bił życiówkę, dwukrotnie kończąc zawody w drugiej 10-tce w tym w niedzielę zamykając czołowy tuzin stawki. Pytanie jak długo się to utrzyma i czy to tylko jego zasługa.
Bo tak w ogóle to Rosjanie balansują chyba sprzętowo na krawędzi, bo już po raz drugi w sezonie jeden z nich został w sobotę zdyskwalifikowany. Tym razem Mańkow. On, tak jak Nazarow, ma tyle samo zawalonych eliminacji, co konkursów zakończonych brakiem punktów. Jest między nimi mała różnica. W zasadzie dwie. Pierwsza, że Mańkow ma takich zawodów na koncie po pięć. Druga, że nie było jeszcze żadnego konkursu, w którym zdobyłby punkty.
Na pewno nie tak jak nasi, ale dość ostrożnie rozpoczął sezon Robert Johansson. Tyle, że po nim widać, że potencjał jest (bo u takiego Dawida, na przykład, trudno to w tym sezonie, nie wiem jak się siląc, dostrzec). W sobotę Wiking odhaczył 150-ty kontakt z Pucharem i 45-te lądowanie w drugiej 10-tce konkursu. W niedzielę szykował się do celebry związanej ze 125-tym punktowaniem, a tu… zupa. Był w grupie puszczonych na stracenie. No i bula.
Nie wiem czy jeden punkcik zdobyty przez cały weekend przez Fredrika Villumstada pozwoli mu na wyprawę do Wisły. Obawiam się, ze może to być dla Stoeckla za mało. W odwodzie czeka przecież, na przykład, niedawny mistrz Norwegii Westerheim oraz kilku zawodników, którzy choćby w zeszłym roku pokazali się w PŚ z dobrej strony. Tymczasem odnotujmy, że niedzielny konkurs był dla Norwega piątym w I-ligowej karierze. I drugim punktowanym.
W czwartym tegorocznym podejściu zdobył wreszcie punkty Anders Fannemel. Jemu jednak też Stoeckl może kazać w Wiśle odpocząć. Nie jestem bowiem przekonany, że te punkty były do końca efektem zwyżkującej formy. Stawiałbym raczej na duży w tym udział korzystnego wiatru. Tak czy siak były to pierwsze punkty Fannemela od zawodów w Vikersund ponad 2 lata i osiem miesięcy temu. I to się nadaje do prasy. Choćby dlatego, że nie wiadomo kiedy i czy Norweg będzie to w stanie w tym sezonie powtórzyć. Moim zdaniem jeśli, to najprędzej na jakimś mamucie. No chyba, że mu się odmieni. Ale na razie się nie zanosi.
Kamil Stoch. Odnoszę wrażenie, ze w sobotę był potencjał na to, by stanąć na podium. Może nie pierwsze czy drugie, ale najniższy stopień był spokojnie w zasięgu. No, ale jak się przejeżdża dwa razy przez próg, to się ląduje na… miejscu ósmym. Do statystyk się to przyda, bo to było 10-ty raz, kiedy Polak zakończył konkurs na tej pozycji. Jeśli chodzi o miejsca w czołowej 10-tce to tylko na miejscu 10-tym kończył rzadziej niż 10 razy. Sześć, konkretnie. Co do niedzieli to może lepiej pomilczmy.
Piotr Żyła. Krótko pisząc. Szału nie było. Był za to totalny chaos. Statystyki? Za Polakiem po Kuusamo 310 pucharowych podejść.
Dawid to w tej chwili jeden wielki dramat, który wraca do wypracowanej z Kruczkiem przez lata, z takim trudem zresztą, pozycji zwanej przez mnie roboczo „na worek ziemniaków”. Kubacki zaliczył w sobotę 255-te pucharowe podejście. W niedzielę trzeci raz z rzędu nie zdobył punktów. Takiej sytuacji nie było od sześciu lat!
Andrzej Stękała w sobotę po raz 15-ty nie wszedł w konkursie do rundy finałowej. Wspominków o niedzieli mu w swojej dobroci zaoszczędzę.
Jakub Wolny, którego aż żal w powietrzu oglądać, zrobił to samo, tyle że po raz 35-ty. Za to w niedzielę miał dużo szczęścia. Przez to pierwszy raz w sezonie i 55-ty raz w karierze, zapunktował. Było to jednocześnie jego setne pucharowe podejście i 90-ty I-ligowy konkurs.
Olek Zniszczoł zaliczył w niedzielę swój 70-ty konkurs w karierze. I to by było na tyle.


Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport