27 obserwujących
1287 notek
743k odsłony
  797   0

Wielka krucjata przeciw Kobajasziemu wciąż bez spodziewanych efektów

Po niedzielnym konkursie skoków narciarskich w Klingenthal na pewno można stwierdzić tylko jedno. Wyścig zbrojeń przedolimpijskich trwa, i to w najlepsze! Różne nacje kombinują jak koń pod górę. Nie zawsze im to wychodzi. Na przykład w przywołanej w tytule krucjacie. O której zresztą niedawno pisałem. Dziś do tego wracam i miło mi donieść, że wszystko wskazuje na to, że rzeczona krucjata poszła się … . Albo inaczej. Wersja dla językowych purystów niech będzie. Że z rzeczonej krucjaty nic nie wyszło.
A przecież tak się chłopcy starali. Dyskwalifikacja w konkursie nr dwa sezonu. Wykluczenie (pod pretekstem covida, którego testy antygenowe robione kilkakrotnie przez Japończyka samemu sobie, zdecydowanie negowały) z konkursów nr 4 i 5. Dodatkowo izolacja i zamknięcie w Finlandii bez treningu przez ileś tam dni. Wszystko, jak się wydaje, na nic.
Samuraj przyjechał na weekend do Niemiec, w pierwszym z dwóch konkursów, jeszcze siłą rzeczy rozregulowany, pozwolił innym na małe harce, ale w drugim już było jak w Tagile czy, może bardziej precyzyjnie, jak w Kuusamo. I nie zanosi się, żeby w najbliższej przyszłości ktoś mógł z nim stanąć w szranki. Tyle starań, psiamać, i … zupa? Wygląda na to, że niestety.
Skorzystam teraz z tego, że miałem w podstawówce chemię i chemika, który nauczył mnie nie bać się liczyć prostych proporcji. No więc Kobajaszi (już nie patrząc na to, że w sobotę się „wdrażał” i osiągnięty przezeń w tym dniu wynik jest z tego powodu sporo słabszy niż mógłby być) wyskakał w 4-ch konkursach 316 punktów. To jest 79% możliwych do zdobycia punktów. Z przywołanej proporcji wychodzi, że w trzech zawodach, w których udziału go pozbawiono, wyskakałby ich 237.  A przecież w żadnym z nich nie musiałby się „wdrażać”. Ale pal licho. Miałby więc dziś, zamiast 98-punktowej straty, nad obecnym liderem przewagę 139-ciu punkciszów. Lekko licząc, bo przecież jego wysokie miejsca w trzech przesiedzonych w hotelu konkursach powodowałyby najprawdopodobniej, w zdecydowanej większości przypadków, obsuwę najważniejszych rywali w klasyfikacjach poszczególnych zawodów, a co za tym idzie, ich znacząco mniejsze zdobycze punktowe.
To tyle w kwestii tytułowej. Ale jeszcze parę zdań chciałem.
Najważniejsze jest takie, że weekend w Klingenthal zapoczątkował, takie odnoszę wrażenie, nową erę w wyścigu zbrojeń przedolimpijskich. Nowy Pan Od Sprzętu (w skrócie NPOS) zabrał się, ale dopiero w niedzielę, za Niemców i Austriaków. Musi nieźle przeginali, skoro tak, wszyscy razem i do kupy, nagle spuścili z tonu (ze trzy grzędy, wychodzi), zostawiając na froncie walki o czołowe pozycje tylko tych spoza pierwszego szeregu. Przy okazji, tutaj to już oczywiście bez bawienia się w jakieś ostrzeżenia, za naszego Wąska też się NPOS wziął. Ale widać, że kołdra jaką dysponuje FIS jest krótka, bo jak się zabierzesz za jednych, to ci nie starcza czasu, żeby przypilnować innych. Tak przynajmniej można wnioskować po niedzieli.  Skorzystali na tym wczoraj ewidentnie Norwegowie, których cudowne, zespołowe, odrodzenie musi budzić najwyższy podziw. Choć może jednak bardziej zdziwienie i wytrzeszcz oczu, ale mniejsza. To na pewno dlatego, że na ambonie dla trenerów zabrakło chorego Stoeckla. On ich, musi, blokował mentalnie. I się chłopaki, w końcu, odblokowali. Trza gościa w takim razie zwolnić, uważam. Pomyśleć tylko co by było, jakby jeszcze nie było tego namolnego, upierdliwego Żółtka? Pięciu pierwszych miejsc w konkursie PŚ to nawet Austriacy w okresie największego wzwodu, przepraszam, wzlotu nie notowali.
Na koniec o naszych. To znaczy o Kamilu głównie, bo nie chce mi się zgadywać dlaczego wielki talent Zniszczoł idzie drogą innego wielkiego talentu Murańki, zamiast podążać choćby drogą wytyczoną przez szwagra, a inny wielki talent Wąsek zdobywa jeden punkt w dwóch konkursach z dużym prawdopodobieństwem dzięki grze nie do końca fair. O samym szwagrze Zniszczoła też pomilczę i z komentarzem poczekam na konkursy, w których będzie odgrywał większą rolę niż w ostatnią sobotę i niedzielę.
No więc te warunki, w jakich skacze w tym sezonie Polak, Stoch znaczy, to epickie się robią. Bo albo ma układ z tymi co to siłę wiatru i przeliczniki określają i za każdym razem mu ładują najgorsze dane, żeby miał ekstra rekompensatę, która go utrzymuje w szeroko (w sobotę to nawet w wąsko) rozumianej czołówce, albo Sedlak, za to, że puszcza go w zawsze dużo gorszych od innych warunkach, powinien dostać po mordzie. Trzeciego wyjścia nie ma.
Zakładając opcję nr 2, trzeba stwierdzić jedno. Gdyby nie znów duże gorsze warunki w jakich skakał, Kamil sobotni konkurs by zwyczajnie wygrał. I wtedy, ciesząc się tak jak teraz z jego 80-go podium w karierze, celebrowalibyśmy również jego 40-tą pucharową wygraną. A tak? Wrócił Kobajaszi i nie wiadomo czy nas to spotka. Tym bardziej, że znów jakaś podejrzana migrena się przypałętała, urwał mać.

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport