27 obserwujących
1338 notek
791k odsłon
  403   0

Przed nami ostatni sprawdzian przed ostatnim Szlemem w tym roku

Amerykańskie wiosenne „tysięczniki”, Indian Wells i Miami, są rozgrywane w terminach, które w żaden sposób nie kolidują z Wielkimi Szlemami. I chyba właśnie dlatego są uznawane za piąty i szósty (bez przesądzania, który z nich bardziej prestiżowy) najważniejszy turniej w sezonie. Inne tysięczniki, żadnemu nie ubliżając, są umiejscowione w czasie znacznie bliżej Szlemów. Madryt i Rzym, na przykład, tuż przed Garrosem, a Montreal/Toronto i Cincinnati przed US Open. I dlatego ich prestiż, nie tylko chyba moim skromnym zdaniem, jest ciut niższy.
Od jutra toczyć się będzie rywalizacja w Cincinnati właśnie. Tak pań, jak i panów. Piszą, że do zawodów kobiet zgłosiło się 39 tenisistek z czołowej 40-tki. Czyli, z punktu widzenia atrakcyjności zawodów, bajka. I pewnie tak będzie.
Jeżeli mam co do tego wątpliwości, to takie, ze nie jestem pewien czy wszystkie panie, panowie zresztą też, potraktują ten turniej równie poważnie. Oczywiście nikt nie będzie wychodził na kort z założeniem, żeby przegrać, ale jak ktoś dojdzie do ćwierćfinału i zobaczy, że gra w nim przeciwko komuś, kto jest w wielkiej formie albo z kim zawsze gra mu się bardzo niekomfortowo, to może mu zakiełkować w głowie myśl, żeby zaoszczędzić siły (które straciłby w tym spotkaniu na wątpliwe bardzo zwycięstwo) na Nowy Jork. Szczególnie, że US Open będzie już chyba w tym momencie wstępnie rozlosowane i drabinka będzie znana. Podejrzewam, że przed takim dylematem kilka tenisistek i kilku tenisistów w tym tygodniu, najdalej na początku przyszłego, stanie.
Mam nadzieję, że nie będzie wśród nich Polek i Polaków, i że wszyscy nasi reprezentanci zagrają w Cincinnati na maksa. Iga, bo ma coś sobie i paru rywalkom do udowodnienia. Hurky (choć on może się w ostatniej chwili wycofać zmęczony turniejem w Montrealu) bo będzie chciał pokazać, że Montreal to nie był przypadek. Dwie Magdy, jeśli pomyślnie zakończą dzisiejsze eliminacje, bo ich zwyczajnie nie stać na „przecieranie się” w Cincinnati. Muszą wygrywać. Za mało punktów rankingowych mają, żeby wchodzić w jakieś kalkulacje. A teraz na kogo może trafić Iga, a na kogo Hubi.
Iga w drugiej rundzie na Cornet albo Stephens. W trzeciej najprawdopodobniej na Haddad Maię (jeśli się nie wycofa) albo Ostapienko. W czwartej rundzie Gauff albo Rybakina, bo Muguruzy pod uwagę poważnie nie biorę. Ewentualny półfinał to, moim zdaniem, ktoś z czwórki, Badosa, Halep (jeśli wystartuje), Jabeur i Bencic. Innych kandydatur nie widzę, przy czym tę Badosę to też tak raczej z obowiązku wymieniłem.
Dolna połówka, podobnie jak w Toronto, jest znacznie łatwiejsza. Po tym co widziałem w Kanadzie, to wydaje mi się, że główną faworytką do finału jest w tym momencie Pegula. Jeśli ktoś miałby jej zagrozić, to najprędzej Pliskova. Sakkari i Kontaveit będą, moim zdaniem, w grupie, oszczędzającej się przed US Open. Są w formie, która absolutnie wyklucza dobry wynik w Nowym Jorku przy pełnym zaangażowaniu w Cincinnati. Już nie pisząc o tym, że to pełne zaangażowanie może niczego nie przynieść. Jakbym jeszcze miał, na siłę, kogoś do faworytów dolnej połówki drabinki dokooptować, to nieprzewidywalną Sabalenkę i, mimo wszystko, Leylę Fernandez która, póki miała siły i motywację, dzielnie walczyła w Toronto z Haddad. Tyle Iga. O szansach pozostałych Polek oczywiście nic, bo dopiero wieczorem będzie wiadomo z kim, i czy w ogóle, w turnieju zagrają.
Hubert Hurkacz, jeśli zdecyduje się na start, znów jest w górnej połówce drabinki, czyli znów potencjalnie na jego torze kolizyjnym jest Miedwiediew. Ale to dopiero w ewentualnym półfinale, gdzie zresztą niekoniecznie muszą się spotkać, bo Rosjanin musiałby najpierw wygrać ze zwycięzcą meczu Van Zandschulp - Cressy, potem pokonać kogoś z trójki Szpowałow, Paul, Dimitrow i w czwartej rundzie wyeliminować albo Rublowa, albo Fritza, albo Kyrgiosa (jeśli wystąpi). W tym czasie Polak musi uporać się (najprawdopodobniej) z Isnerem, potem z Berretinim (jeśli wygra z Tiafoe i Chaczanowem), a na koniec najpewniej z Cicipasem. W dolnej połówce bardzo niewygodni rywale, z którymi na szczęście Hurkacz będzie miał okazję się zmierzyć dopiero w ewentualnym finale. Listę otwiera Nadal, ale są tam też Sinner, Alcaraz, Auger-Alliasime czy wreszcie pokonany wczoraj przez Polaka w montrealskim półfinale Ruud.
Napisałem to wszystko i na koniec doszedłem do wniosku, że bez względu na wynik dzisiejszego finału, Hurky w Cincinnati nie wystartuje. Odpoczynek, jeśli chce coś zrobić w US Open, wydaje się nieodzowny. Pytanie czy w jego sytuacji nie sprężyć się jednak teraz i nie próbować powtórzyć Montrealu, a Nowy Jork potraktować jako bonus i założyć występ na totalnym luzie. To się może opłacić.
Dzisiaj, z polskiego punktu widzenia, trzy ważne wydarzenia. Finał w Montrealu i dwa, decydujące o awansie do turnieju, mecze w Cincinnati. Niech moc będzie z nami!


PS

Jak ktoś jest zdziwiony, że zamiast o debiucie Lewandowskiego piszę o tenisie, to nie powinien.

Wczorajszy debiut Polaka w La Liga, jak ktoś nie oglądał, był nijaki. Poczekam na lepszy występ. Ten nie zasłużył na wzmiankę.

Osobiście to nawet jestem na Robusia zły, bo przez niego nie oglądnąłem zwycięskiego półfinału Hurkacza. Ale to tak jest, jak ktoś dokonuje złych wyborów.

Lubię to! Skomentuj17 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport