28 obserwujących
1406 notek
848k odsłon
  1234   0

Dallas, dzień pierwszy. Wszystko do góry nogami.

Można mówić o dużej, a może i bardzo dużej, niespodziance oraz o sensacji. Tak należałoby, moim zdaniem, ocenić rezultaty singlowych spotkań pierwszego dnia turnieju zamykającego sezon pań w tenisie.
Był taki turniej w tym roku, konkretnie francuski Szlem, gdzie już w czwartej rundzie, wśród 16. zawodniczek, które pozostały w turnieju, była tylko jedna z dziesięciu najwyżej rozstawionych. Iga Świątek, rzecz jasna.
W Fort Worth takiej sytuacji być oczywiście nie może, bo raz, że gra tam tylko 8 tenisistek, a dwa, że kto by nie odpadł, to i tak wśród tych, które nie odpadły, będą same rozstawione.
Tym niemniej, przynajmniej w grupie (nazwijmy ją tak umownie, bo pierwsza rozpoczęła zmagania) pierwszej, po pierwszych dwóch spotkaniach zanosi się na to, że w fazie pucharowej turnieju może nie być żadnej z najwyżej rozstawionych sportsmenek.
Pierwszy dzisiejszy mecz oglądałem na pół żywo. To znaczy oglądałem bezpośredni przekaz, od czasu do czasu, w drugim secie znaczy, przysypiając przed telewizorem. De facto nie oglądałem dwóch, ale półtora seta. Cóż. Z przykrością stwierdzam, że Sakkari, której nie lubię, była rzeczywiście lepsza od Peguli, którą lubię. Takie odnosiło się przez cały mecz wrażenie. Popatrzyłem po spotkaniu na statystyki i one to potwierdzają. Z tych, które były dostępne, bo na przykład liczby winnerów nie podano, w niemal każdej przeważa Greczynka. I mecz, choć mocno wyrównany (dwa tie-breaki, z tego jeden na przewagi), to jednak z zasłużonym wskazaniem na Sakkari.
Drugiego meczu nie oglądałem bezpośrednio. Raz, że i tak bym usnął, a dwa, że byłem pewny, ze mecz będzie do jednej bramki i wiadomo na czyją korzyść.
Budzę się rano, otwieram kompa, a tu patrz Pan. Ons Jabeur przegrywa w stylu, w jakim stosunkowo niedawno ograła, w Rzymie bodaj, Sakkari. Było jeszcze ciekawiej niż w tamtym meczu, bo Tunezyjka nie w jednym, a w dwóch setach miała ogromną przewagę serwując na mecz. Obejrzałem tylko highlightsy z meczu, niemniej polecam. Tak jak swego czasu mieliśmy wzorzec metra w Sevres, tak od dzisiaj mamy wzorzec meczu tenisowego z najwyższej półki, który się przegrywa, kiedy wydaje się, że wszystko co mogło nas w nim złego spotkać już za nami i że jest ewidentnie wygrany.
Jabeur wygrała pierwszego seta. W drugim (który można określić mianem prawdziwego roller coastera, bo najpierw Białorusinka wygrywała już 3:0) prowadziła 5:3 i mimo to go przegrała. W trzecim jeszcze lepiej/gorzej. Wyraźne 5:2, a na koniec 5:7 i porażka.
Tak więc WTA Finals rozpoczęły się, przynajmniej dla mnie, zupełnie niespodziewanie. Dzisiejsze wyniki zwiastują jedno. Nikt tu nie odda nikomu niczego za darmo. Każde zwycięstwo trzeba będzie sobie wręcz wyrwać.
Była jeszcze jedna duża, jeśli nie ogromna, niespodzianka. Tym razem w deblu. Pierwszy pojedynek przegrały Gauff i Pegula. Z dwoma w ogóle nie klasyfikowanymi w singlowym rankingu Chinkami (oczywiście w deblu są wysoko, ale gdzie im tam do Amerykanek). Wszystko postawione na głowie. Prawie, bo jednak para nr 1 na świecie, Czeszki Krejcikova i Siniakova, pewnie w swoim inauguracyjnym meczu zwycieżyły. Miejmy nadzieję, że ich singlowy odpowiednik pójdzie tym samym śladem. Mecz Igi Świątek dziś o 23. w Canal+Sport. W internecie chyba też, przy czym nie sprawdzałem.

Jak popatrzeć na to tak z boku, to chyba jednak lepiej grać w finale z Sakkari czy z Sabalenką niż z Jabeur, nie? Zresztą. Kto powiedział, że Pegula albo Jabeur nie obróci się gwałtownie na pięcie i nie wygra swojej grupy? Jak to śpiewała swego czasu Aneta Lipnicka: „wszystko się może zdarzyć”.

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport