27 obserwujących
1376 notek
821k odsłon
  2938   4

Dallas, dzień piąty. Półfinał będzie z Sabalenką

No i prawie wszystko jasne. Na razie jak chodzi o półfinały.
Prawie, bo Garcia musi dzisiaj dopełnić jeszcze formalności i pokonać Kasatkinę. Jeśli tego nie zrobi, to nie ona, a Rosjanka zmierzy się w półfinale z Sakkari, która w rewelacyjnym i bezkompromisowym stylu przyklepała w nocy swoje zwycięstwo w grupie. Meczu nie widziałem, bo postanowiłem choć parę godzin w tym tygodniu pospać. Co mi się zresztą, z innych względów, nie do końca udało. Suchy wynik i komentarz na stronie WTA świadczą jednak o tym, że mecz Greczynki z Jabeur był widowiskiem jednostronnym, w którym panie zamieniły się zwyczajnie miejscami i rolami, które przydzielono każdej z nich przed turniejem. Zawodniczka z Hellady jest w Teksasie nie do poznania i nawiązuje do swoich najlepszych karierowych chwil sprzed kilkunastu miesięcy. Kto wie czy nawet nie spisuje się lepiej. Natomiast z tenisistki z Tunezji zeszło kilka tygodni temu powietrze i nie znalazł się, widać, nikt kto by ją na powrót napompował. Energią, znaczy. Przegrała mecz, w którym grała o wszystko, w czasie krótszym od umownej jednej Igi. Co się przekłada na godzinę i 10 minut. To jednak mówi wiele.
Parę godzin wcześniej, i to już oglądałem, Sabalenka ograła w dwóch setach Pegulę. Amerykanka weszła w tym meczu w dotychczasowe buty  Białorusinki. Psuła na potęgę, a na swoje liczne błędy reagowała tak, jak zawsze zwykła to czynić rywalka. Tymczasem Sabalenka, metodycznie i bez zbędnej nerwówki, robiła swoje. Pewnie, że czasem zepsuła i zareagowała w swoim stylu (natury wilka tak łatwo nie zmienisz), ale to ona kontrolowała grę i robiła w tym meczu za tempomat. Pegula od początku wydawała się być obrażona na cały świat i piłki, które nie chciały wchodzić w kort. Gładko przegrała pierwszego seta, a porażka w drugim dopełniła tylko czary goryczy. To była, licząc z deblem, szósta z rzędu przegrana amerykańskiej tenisistki w Teksasie. Przy czym, z tego co przeczytałem, Pegula wybiera się do Europy i będzie reprezentować USA w finałach Billie Jean King Cup. Pytanie czy w takiej dyspozycji nie czeka jej jedynie ławka rezerwowych.
Wygrana Białorusinki z Pegulą przy takim, a nie innym, wyniku meczu Sakkari-Jabeur, oznacza jedno.  W półfinale za przeciwnika Iga będzie miała Sabalenkę.
Dwie rzeczy w związku z tym chciałem poruszyć. Pierwsza to to, że przed turniejem mało kto pewnie przypuszczał (ja, na przykład, w żadnym przypadku), że z grupy, gdzie zagrają druga i trzecia zawodniczka światowego rankingu, do puli „medalowej” WTA Finals awansują tenisistki z drugiego, nominalnie, szeregu tych zawodów. Ale, jak to jeszcze raz przypomniała rywalizacja w Fort Worth, liczy się tu i teraz, a nie żadne papierowe rozważania czy wyliczenia. Jeszcze raz przekonaliśmy się że, nawet w tenisie, nigdy nie można mówić nigdy. Ja co prawda twardo obstawiam, że to już koniec tegorocznych pląsów zarówno Białorusinki jak i Greczynki, ale nawet gdyby, to to, co w Teksasie zrobiły, to ich. I za to szacunek.
Druga sprawa. Jak wyżej wspomniałem, w finale widzę powtórkę z grupowego spotkania Świątek-Garcia. Przy czym nie jestem pewien czy, ze względu na to, że obie spotkały się ledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej, nie lepiej dla Igi byłoby jednak grać decydującego meczu z Greczynką. Jak wskazuje świeży przykład Peguli i Sakkari, takie granie w bardzo krótkim czasie z tą samą rywalką może być dla zwycięzcy pierwszego spotkania przykre w skutkach. W końcu nie tylko Iga ma dobrego trenera, który potrafi dostrzec, jak to mówi jeden specjalista od piłki nożnej i handlu papierosami, cyt. „te detale”.
Ale co ja się na zapas przejmuję? Dzisiaj dobijamy Coco (bo dlaczego niby ma mieć lepiej od rodaczki), a potem skupiamy się na półfinale. O finale będziemy myśleć, jak się w nim znajdziemy.

Lubię to! Skomentuj23 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport