HareM HareM
317
BLOG

No i po sezonie…. (1)

HareM HareM Skoki narciarskie Obserwuj temat Obserwuj notkę 7
Skoczkowie narciarscy zakończyli zmagania

Jak się można było spodziewać, nieobecny od Vikersund w rywalizacji, Dawid Kubacki nie utrzymał miejsca na podium klasyfikacji generalnej tegorocznej edycji Pucharu Świata.
Była na to szansa, bo piątkowy konkurs winien się nie odbyć i wtedy Lanisek musiałby być w niedzielę przynajmniej drugi. Ale od czego mamy FIS i słoweńskie w nim lobby. Na wszelki wypadek, jakby tak Laniskowi miało w niedzielę nie wyjść, na szczęście wyszło i nie ma tematu, zrobili w sobotę przed drużynówką jednoseryjny konkurs i było po herbacie.
Żeby było jasne. Nie jest moją intencją pisanie, że gdyby nie FIS i pozycja Słoweńców w tymże, to Polak by na tym podium stanął. Najprawdopodobniej nie stanąłby, na co ewidentnie wskazuje wynik niedzielnych zawodów. Przy czym inaczej się skacze z zupełnie spokojną głową, kiedy już przed skokiem wiemy, ze osiągnęliśmy rezultat życia i naszą próbę możemy wykonać dla czystego sportu, a inaczej ze świadomością, że od tego skoku zależy czy się znajdzie czy nie znajdzie na podium klasyfikacji końcowej sezonu. Ale FIS, kiedy może, musi pokazać, że nic nie może się tam odbyć normalnie, zgodnie z jakimiś cywilizowanymi regułami czy standardami. Zawsze muszą być równi i równiejsi. Jak Geiger w Pekinie, który zamiast zostać zdyskwalifikowanym, zdobył medal. Albo Kraft przez ostatnie pięć czy sześć sezonów (wyjąwszy akurat kilka ostatnich konkursów, gdzie rzeczywiście skacze perfekcyjnie technicznie i, być może, wreszcie zasługuje na te niesamowite noty, które mu, raz za razem, od kilku lat sypią jak z rękawa), a wcześniej przez parę zim Ammann, którym arbitrzy notorycznie zawyżają/li noty.
Zostawmy to bo, bez względu na jakiekolwiek wątpliwości i pretensje, i tak nic się nie zmieni. Zajmijmy się właśnie zakończonym sezonem. Ale zanim to, to jeszcze wielki ukłon właśnie w stronę trzeciego w klasyfikacji generalnej Anze Laniska. To co zrobił po finałowych zawodach, stając na podium i trzymając w ręku portret Kubackiego, o którym głośno powiedział, bo to on powinien stać na pudle i że to on był drugim skoczkiem sezonu, być może wiele nie kosztuje. Ale widziałem już wiele dekoracji podsumowywujących sezon, nie tylko w skokach czy w narciarstwie w ogóle, kiedy na skutek różnych perturbacji goście w ostatniej chwili wypadali z kolejki po medal sezonu w swojej dyscyplinie. I takich gestów jak ten Laniska sobie nie przypominam. Człowiek jest już deczko stary i pamięć nie ta, więc może coś mi w tej chwili ucieka. Nawet jeśli jednak, to nie ma żadnego znaczenia. Gest godny wielkiego sportowca. Szacun, Panie Lanisek.
Jaki to był sezon?
1. Długi. Moim zdaniem za długi. Nic by się nie stało, gdyby trwał dwa tygodnie krócej i liczyłby sobie, w wypadku najlepszych, 35, a nawet 32, zamiast 39. (bo tyle tego, licząc te wszystkie psu na budę drużynówki, było) konkursów. Indywidualnych oczywiście, bo tylko te są, z punktu widzenia człowieka czującego sport, interesujące. Przecież i tak doszłaby impreza mistrzowska z trzema lub czterema konkursami (tutaj akurat konkurs drużynowy ma sens), więc emocji, tych prawdziwych, byłoby tyle samo, a żaden konkurs nie zyskałby miana „kadłubowego”, bo nikt nie musiałby specjalnie odpoczywać przed imprezą mistrzowską.
2. Mimo wszystko, choć dla nas bez happy endu, bardzo ciekawy i pełen emocji. Z dwoma motorami napędowymi peletonu: Kubackim (najpierw) i Granerudem (niemal do końca), ale również z niesamowitymi Laniskiem i przechodzącym samego siebie w drugiej części sezonu Kraftem. Z bardzo dobrym, od pewnego momentu, Kobajaszim. Z latającymi Holendrami. Przepraszam. Słoweńcami. Z potrafiącym zaimponować, choć nierównym, Hoerlem. Nie ma co narzekać. Były sezony znacznie bardziej nudne.
3. Obfity w pełnych wigoru „dziadków”. Wystarczy spojrzeć na miejsca, jakie zajęli w na koniec w generalce rocznikowo 38-letni Fettner czy 36-letni Żyła. W nieco mniejszym stopniu 4  miesiące młodszy od Żyły Stoch, w stosunku do którego oczekiwania były jednak dużo większe niż to, czego udało mu się tej zimy dokonać i liczący sobie  33 wiosny Hayboeck, który miał w tym sezonie przebłyski od dobrych kilku lat u niego nie obserwowane. Na sam koniec sezonu ożywił się nawet matuzalem Ammann (42 lata), który był w stanie wywalczyć łącznie 38 pucharowych oczek.
4. Odkrywczy. W jednych przypadkach ze względu na rocznik, w innych ze względu na narodowość osobnika. Odkryciem sezonu trzeba uznać Tschofeniga (zdecydowanie powinien, moim zdaniem, zmienić nazwisko). Jest oczywiście starszy niż Schlierenzauer i Morgenstern, kiedy osiągali taki rezultaty jak on w tym roku, ale to są jednak inne czasy. Myślę, że w obecnej dobie ci dwaj, mając po 17 czy 18 lat, mieliby ogromny kłopot powtórzyć swoje sukcesy z tamtych lat. Pokazał się drugiej części sezonu 19-letni Słoweniec Rok Masle. Szału może nie było, ale pierwsza 50-tka (pucharowych punktów) pękła. Bardzo dobry sezon absolutnego debiutanta Norwega Sundala, który punktował w aż 23. konkursach, a bodaj trzy kończył w 10-tce! Trochę słabszy, bo mniej równy, Niemca Raimunda, który pojawił się w mniejszej od Norwega liczbie zawodów, ale kilkakrotnie też potrafił zrobić niespodziankę potrafiąc dwukrotnie znaleźć się w 10-tce, a wszystkie konkursy T4S kończyć w czołowej 15-tce klasyfikacji. Sporo „objawień” w krajach, skokowo, egzotycznych. Nie sposób nie rozpocząć od Włocha Giovanniego Bresadoli. Efekt jego skoków w tym sezonie to 170 punktów. To, przykładowo, o ponad 60 więcej niż, przez całą karierę uzbierał jego starszy brat Davide. Takiego urobku jednej zimy nie mieli nigdy ani Colloredo ani, tym bardziej, Morassi. Ostatnim z Włochów, który wywalczył w jednym sezonie więcej punktów od młodego Makarona, był niezapomniany Cecon Senior. Zaraz za Bresadolą wymieniłbym Ukraińca Jewhena Marusiaka. Przez pół sezonu robił, tak jak podczas kilku poprzednich zim, za ogon stawki. W Kulm odkrył, że skakać to on może nie umie, ale latać to już owszem. I poleciał na 26 miejsce, a w swoim finałowym locie sezonu, w ostatni piątek na Velikance, wylądował na miejscu 18. I to jest, moim zdaniem, gwóźdź sezonu. Porównywalny niemal z 6:4 naszych hokeistów w Spodku z Sowietami. Z tą różnicą, że wyniku Ukraińca nikt nie ukartował. Z debiutantów wymieniłbym jeszcze Szwajcara Imhofa który, niczym sroce spod ogona, wyskoczył nagle na imprezie mistrzowskiej i pod koniec sezonu potrafił zdobyć w Lahti, i to niemało, punkty. Co takiemu Hauswirthowi, na przykład, nie udaje się od paru dobrych lat. Już paręnaście oczek, a nie dwa, wyskakał tej zimy Turek Ipcioglu. No to jak już tak wymieniamy tych „egzotycznych” z punktami, to do końca. Tegoroczny mistrz świata juniorów Fin Palosaari (13 punktów), Amerykanie Belshaw (12) i Urlaub (5), Wasiliew z Kazachstanu (2), Cacina z Rumunii (2), Maltsew z Estonii (1) i Rydl z Czech, bo Czechy w skokach to już przecież też egzotyka (1).
5. Nie wolny od, mniej czy bardziej, ale jednak spektakularnych, powrotów. Przykłady Wellingera czy wspomnianego już Fettnera, będą tu najbardziej trafione. Niemiec, który dwa lata temu ukończył sezon bez punktów, a zeszłej zimy „nałapał” ich wszystkiego ciut ponad 200, teraz finiszował na pozycji numer 7, a były takie chwile (kolarze napisaliby „etapy”), gdzie był nawet najlepszy lub w najściślejszej czołówce. Dla „Dziadka” z Innsbrucka zakończony sezon trudno nazwać stricte powrotem, bo on wcześniej nigdy tak wysoko w generalce nie był. On nie tyle wrócił, co znacznie podniósł poprzeczkę, którą z trudem przeskakiwał w swoich najlepszych dotychczas sezonach, czyli rok, sześć i, uwaga, 12 lat temu.
6. Dobry dla Polaków. Na pewno ogromny postęp w stosunku do sezonu poprzedniego. Nasz czołowy tercet powinien do końca kariery przepraszać Małysza za to, jak się zachowali pod koniec poprzedniej zimy, kiedy to dokonywała się zmiana na stołku pierwszego szkoleniowca kadry. Potem zresztą wyszło, że to chyba nie Małysz, a Doleżal nie był do końca w porządku. No i ci trzej. Mówią, że Kamil brylował. Nie wiem czy mógł nam się trafić ktoś lepszy niż Thurnbichler. Odmienił tych chłopaków. Nam przywrócił wiarę w to, że coś z tego jeszcze będzie. Przywrócił sens ich, katorżniczej jak sądzę, pracy. Zdecydowanie najlepsze sezony w karierze zaliczyli Wąsek i Zniszczoł. Pojawił się Habdas. Jest nadzieja, że wraz z odejściem Stocha i Zyły, które wcześniej czy później nastąpi, nie zostanie tylko, tak jak groziło po Horngacherze, spalona ziemia. Szkoda trzech rzeczy. Tego, że nasi najlepsi trochę nie wytrzymali kondycyjnie. Jeszcze bardziej pecha Kubackiego na MŚ. No i oczywiście najbardziej tego, co tuż przed końcem sezonu spotkało rodzinę Kubackich. Te trzy rzeczy są powodem, że team Polska nie zakończył sezonu tak, jak mógł go zakończyć. Ale jest ok. Tylko tak dalej, Panie Thurnbichler.
7. Pogłębiający różnice między czołową szóstką PN i resztą stawki. Mimo wspomnianych sukcesików skoczków z krajów-outsiderów, mimo dobrego sezonu lidera Szwajcarów Deschwandena, jako-takiej zimy Bułgara Zograwskiego, pewnych postępów Estończyka Aigro czy podrygów (kto wie czy nie ostatnich) Kanadyjczyka Boyd-Clowesa te różnice są coraz wyraźniejsze. Przy czym na chwilę obecną wydaje się, że szósta w klasyfikacji Pucharu Narodów Japonia i przeżywająca, mimo posiadania Kobajasziego i (niech będzie) Nakamury, dość dawno nie notowany kryzys, dużo prędzej dodryfuje do takiej Szwajcarii niż Szwajcaria dobije poziomem do czołowej piątki. Coś, być może, obudziło się w tym sezonie w Amerykanach. Być może coś zatrybi wreszcie w Finlandii. Oby. Ale czy tak będzie? Mój optymizm w tych dwóch sprawach sadowiłbym w dolnej strefie stanów średnich. Co do Kazachów czy Rumunów nie mam natomiast żadnych wątpliwości. Tu się nic nie zrobi. W takim Kazachstanie to by chyba trzeba wyciąć w pień wszystkich „trenerów”. Co, zdaje się, jest rzeczą niemożliwą. Jak się z kolei patrzy na Rumunów, to też wygląda, jakby zatrudniali trenerów z klucza zbliżonego do partyjnego.
8. Mylący. To jest powiązane z tym co piszę w ostatnich zdaniach punktu poprzedniego. Że niby Rumuni, że niby Szwajcarzy, że niby Amerykanie. Że oni wszyscy zrobili postęp. Po pierwsze, Rumuni to postępu nie zrobili. Tyle, że ich skacze, czasem, czterech zamiast dwóch. Po drugie. Jaki u Szwajcarów postęp jak na mistrzostwach kraju trudno zebrać 10. skoczków, a 42-letni Ammann zdobywając wszystkiego 38 oczek, jest, praktycznie, drugim najlepiej punktującym Helwetem? Pozostaje nadzieja w Imhofie, może wróci do żywych po kontuzji Peier, może odrodzi się, po zmianie trenera, Peter? Amerykanie? Chyba jednak nie ten level. Oni skaczą na odwadze. Może jak wróci Bickner, choć się podobno nie zanosi. Tyle, że już przynajmniej nie wystawiają Gąsienicy. Z całym szacunkiem, ale to drugi Edwards był.
9. Beznadziejny jak chodzi o sędziów. Każdego rodzaju. Począwszy od Sedlaka. Nie chcę tu siać teorii spiskowych, ale to nawet padło kiedyś w transmisji telewizyjnej. Wspólnym głosem obaj komentatorzy Eurosportu powiedzieli, że nawet oni, w większości przypadków, są w stanie przewidzieć jaki wiatr będzie 10-12 sekund po zapaleniu przez Czecha zielonego światła. A ten twierdzi, że on nie. No i te kilka epickich sytuacji, jak na przykład z Kubackim w Zakopanem albo ze Stochem w kilku innych przypadkach. Powiem tak. Sedlak miał o wiele większy wpływ na wyniki wielu zawodów niż FIS chce się do tego przyznać. Sędziowie punktowi nie lepsi. Owszem. Są nazwiska, do których przyczepić się nie można. Ale większość to zwykłe, konformistyczne dziady, dla których najważniejsze nie jest to jak ktoś skoczył, tylko żeby się zmieścić w trójce not, których nie odrzucą.
10. Zakłamany, że niech krew zaleje. Dyrektor Pertile z tym swoim safety first i lecący na stracenie Zajc. To powinien być spot reklamowy obecnej kampanii. Sędziowie dystansowi. To jest po prostu skandal. Czy w dobie niesamowicie rozwiniętej techniki FIS-u nie stać na to, by pomiaru odległości dokonywał robot czy komputer? A nie facet, który albo nie dowidzi naprawdę, albo celowo. Przeliczniki. Tylko kompletny ignorant jest w stanie uwierzyć w to, co się pokazuje na ekranie w sytuacji, kiedy konkurs odbywa się przy zmiennym wietrze. Obecnie stosowane przeliczniki są totalnie niedopracowane i albo zwyczajnie zakłamują dużą część konkursów, albo, w najlepszym razie, nie są w stanie zrekompensować strat bądź zredukować zysków, które skoczkowie ponoszą/odnoszą podczas swoich prób. No i, na koniec, sprzęt. A to pół centymetra dłuższe narty, a to zbyt przepuszczalny kostium, a to zbyt szeroki obrys stroju w klatce, w udzie, w zupie czy w kostce. I każdy rżnie głupa jak go złapią. A łapią, to już w ogóle kuriozum, niekoniecznie tych, których niezgodność strojów z przepisami, musi być ewidentna nie tylko przy jakimkolwiek pomiarze, ale jest widoczna nawet na ekranie telewizora. Tych się nie sprawdza. Sprawdza się albo tych ze słabych ekip, albo, w ostateczności, tych z ekip lepszych, którym i tak skok nie wyszedł.

O stricte sportowych wynikach tego sezonu w części drugiej dyptyku.

HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport