HareM HareM
907
BLOG

Wyjątkowo korzystna drabinka Świątek w Rzymie

HareM HareM Tenis Obserwuj temat Obserwuj notkę 29
Są szanse na kolejny hat-trick. Tym razem rzymski.

Po kilku naprawdę nieprzyjemnych dla niego, przynajmniej teoretycznie, losowaniach różnych tegorocznych turniejów rozgrywanych pod egidą World Tennis Association, a wyglądających na polowanie na nie, Nasze Dobro Narodowe wreszcie na takie losowanie narzekać nie może.
Po pierwsze drugi raz z rzędu (a nie jak chcą niektórzy, trzeci) nie trafia w swojej połówce na Rybakinę. Ku mojemu niezadowoleniu zresztą, bo kiedy się sprawdzić przed Paryżem (grając nie w finale), jak nie w stolicy Makaronii. W finale, wiadomo, by wygrała, więc tego testować nie musi, ale co będzie jak na Rolandzie trafi na Kazaszkę wcześniej? A myślę, że trafi. Choć, de facto nie powinna z definicji, bo to rzeczywiste numery 2 i 3 powinny bić się o zaszczyt wystąpienia przeciw niej w finale.
Po drugie w jej ćwiartce najwyżej rozstawiona rywalka to Vondrousova. Iga grała z nią dotąd trzy razy i trzy razy wygrała. Trzy razy wyraźnie, choć w dwóch przypadkach Czeszka w pierwszym secie podejmowała walkę. Tyle, że wyczerpywała ją ona na tyle, że w drugich setach grała w chodzonego. Trzeci ich mecz, w zasadzie chronologicznie patrząc to pierwszy i jedyny na cegle, miał miejsce podczas pamiętnego RG w roku 2020. To to spotkanie było pierwszym krokiem Polki w drodze po jej pierwszy triumf w Wielkim Szlemie. Wygrała do jednego i do dwóch, nie dając rywalce żadnych szans i sprawiając tym jednocześnie dużą niespodziankę, bo tenisistka z Sokołowa raz, że była w tym momencie znacznie wyżej umocowana w rankingu (nr 19 wobec pozycji nr 54 Polki), a dwa i przede wszystkim, że rok wcześniej była finalistką tej imprezy. No więc, generalnie, Czeszka nie powinna mieć w ich meczu, jeśli do niego dojdzie, nic do powiedzenia. Przy czym może nie dojść, bo żeby zagrać z Igą Vondrousova musi przejść Haddad-Maię i Keys. Mączka nie jest może domeną tej dwójki, obie czują się lepiej na innych kortach, ale Brazylijka w zeszłym roku doszła, że przypomnę, do półfinału w Paryżu. Amerykanka zresztą też się tam znalazła, tyle że kilka dobrych lat wcześniej.
Wcześniej, w czwartej rundzie, Świątek może trafić na kogoś z zestawu: Kerber, Aleksandrowa, Kudiermietowa. Teoretycznie, po ostatnich porażkach z obiema Rosjankami (z pierwszą w Tokio, a z drugą w Melbourne), wypadałoby być więc w prognozach ostrożnym. No to powiem tak. Jak ona w Rzymie z którąś z nich przegra, no to mi tu kaktus.
To samo w rundzie trzeciej. Albo Trevisan, albo Putincewa, albo Stephens. No nie da się Idze z żadną z nich przegrać. Jak się Sloane okoniem postawi, to może lekki kłopot sprawić. Ale tylko lekki.
Najbardziej, z tych wszystkich rund do półfinału, obawiałbym się rundy drugiej. W niej, najprawdopodobniej, Iga spotka się z Amerykanką Dolehide. Dziewucha jest dopiero 54. na świecie i niczego wielkiego na razie w tenisie nie dokonała, ale widziałem ją ze dwa razy na korcie i ma to coś, co sprawia, że piszę, co piszę. Co nie znaczy, że będzie w ogóle w stanie nawiązać walkę. Może się okazać, że nawet nie podniesie rękawicy. Ale jak ktoś ma Idze w tym momencie szyki pokrzyżować to prędzej ona niż ktokolwiek z reszty wyżej wymienionych potencjalnych ćwierćfinalistek. Tak w tej chwili uważam.
Kwestię ćwierćfinału mamy więc z głowy. Teraz półfinał. Wychodzi, że Polka zderzy się w nim najpewniej z kimś z czwórki: Gauff, Żeng, Kasatkina i Krejcikova. No to ja stawiam na Czeszkę, choć po Żeng można się wszystkiego spodziewać (oczywiście oprócz zwycięstwa nad Świątek), a Kasatkina tą swoją specyficzną grą może uśpić każdego (Polki i paru innych w to nie mieszam, bo to dla Rosjanki za wysoka półka). Z tego grona z Czeszką byłoby wygrać Idze zdecydowanie najtrudniej.  Jak wygra, to nie wydaje mi się, by czy to Rybakina czy Sabalenka mogły jej w finale fiknąć. To nie Stuttgart ani Madryt, które pozwoliły im toczyć z nią wyrównany, a w przypadku Kazaszki nawet zwycięski, bój. Tamte nawierzchnie były jednak zdecydowanie szybsze. Gdybym miał wybierać rywalkę w finale, to wolałbym grać z Rybakiną. Niech się przekona, że z Igą w finale wygrać nie można. Wszystko jedno na jakiej nawierzchni. To ją zresztą nieco uspokoi przed Paryżem. Rybakinę znaczy. Bo z tego co się słyszy, opowiada na lewo i prawo, że jest w stanie z każdym na każdej nawierzchni wygrać.
Tak bym to widział na starcie rzymskiego tysięcznika.
Aha. Magdy oczywiście, jak zwykle, najlepiej nie wylosowały. Dlatego nie będę się silił na analizowanie ich szans. Niech grają jak najlepiej i niech szczęście im sprzyja.
Hurkacz? Jeśli wygra z Nadalem to będę zdziwiony. Jednocześnie będzie to świadczyć o tym, że Hiszpan powinien powiedzieć tenisowi „Good bye”. Oczywiście życzyłbym sobie i Państwu, żeby tak się stało. Nie chodzi mi o to „Good bye”, tylko o wygraną Furkacza. Byłaby frajda.
Tymczasem delektujmy się jeszcze przez chwilę wspaniałą wiktorią w Madrycie. Jest czym.

HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport