Dosłownie. Tenisowa czarna sobota nam groziła. Ale po kolei.
Zaczęło się od Magdy Fręch. W zasadzie zaczęło się dobrze. Mogła przełamać Gauff już w pierwszym gemie. Ale nie przełamała. No i za chwilę przegrywała 0:3. Wtedy się postawiła. Pokazała pazury. Z 0:3 zrobiło się 3:3. Niestety. Na więcej ją już stać nie było. Pierwszy set do trzech, drugi bez historii. W sumie 3:6, 1:6 i trza się zbierać do domu. Szkoda, bo miałem nadzieję, że przy obecnej formie, a zwłaszcza tej psychicznej, Gauff wypadnie z gry. Nie tym razem.
Kamil Majchrzak wspaniałe zwycięstwo nad Kaczanowem okupił kontuzją. Nikomu, poza żoną, o tym nie powiedział, więc człowiek myślał, że trzecia runda z takim rywalem to małe piwo i się szykował na rundę czwartą, na De Munira. A tu masz babo placek. Od pierwszej piłki było widać, że coś nie gra. To znaczy od pierwszego serwisu Polaka, a serwował jako drugi. Prędkość serwisu na poziomie drugiego podania Magdy Fręch od razu dała do myślenia. Mimo to Majchrzak prowadził w secie 3:0. Potem jednak rywal kapnął się o co chodzi i nie było sensu dalej się męczyć. Komentatorzy mówili coś o żebrach. Mi to wyglądało na mocno naciągnięte mięśnie brzucha, ale większego znaczenia to nie ma. Wyrównanie najlepszego wyniku z Wielkiego Szlema uciekło koło nosa. Naprawdę szkoda, bo widać, że Polak jest w swoim apogeum formy. Ale, jak to mówią, biednemu wiatr zawsze w oczy.
Wreszcie, pod wieczór (u Amerykanów, bo u nas głęboka noc była) przyszła pora meczu Igi. Pierwsza część pierwszego seta to był festiwal błędów, z reguły Polki, przeplatanych wysokiej klasy zagraniami Kalińskiej. Rosjanka biła silniej, celniej i mądrzej. I nagle się zacięła. Prowadziła już 5:1, a przy stanie 5:2 i własnym serwisie miała aż cztery setbole. I zaczęła grać jak do tej pory Iga. Świątek wyrównała na 5:5, ale za chwilę znów przegrała swój serwis. Rosjanka z prezentu nie skorzystała i doszło do tie-breaka. Tutaj, rozbita mentalnie poprzednim gemem rywalka, zupełnie odpuściła i Polka, której tiebreaki są w ostatnim czasie achillesową piętą, wygrała przegranego seta. Przy czym w tie-breaku jej wyższość nie podlegała żadnej dyskusji.
Drugi set był w sumie, jak chodzi o emocje, ubogim krewnym pierwszego. Po jednym przełamaniu na początku meczu, a potem, do stanu 4:4, każda, z mniejszymi lub większymi kłopotami, wygrywała swoje. W gemie nr 9 Iga zebrała się w sobie i, przy pomocy Rosjanki, która w końcówce znów psuła, rywalkę przełamała. Ostatni gem, wygrany też nie bez kłopotów, zakończył to pełne emocji, ale bardzo nierówne jak chodzi o poziom, spotkanie. Po zejściu z kortu kamery pokazały idącą w holu Rosjankę. Dopiero wtedy, kiedy zeszła adrenalina, Kalińska zdała sobie sprawę, co wypuściła z rąk. Totalnie rozklejona poszła pod prysznic z płaczem.
Jedno jest pewne. Z taką grą z Aleksandrową się czwartej rundy nie przejdzie. Ona może nie ma potencjału Kalińskiej, ale ma całkiem niezły swój, który znacznie częściej od młodszej rodaczki potrafi wyzwolić. Wszystkie sześć meczów, które Iga z nią dotąd zagrała, było wyrównanych. Szczególnie te cztery, które zakończyły się zwycięstwem Polki. Więc trzeba być od początku spotkania skoncentrowanym i nie obijać forhandem górnych rzędów trybun. No i koniecznie należy znaleźć drogę powrotną do swojego normalnego, bardzo dobrego skądinąd, backhandu. Bo ten wczorajszy z pierwszego seta wołał o pomstę do nieba. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby Iga tak psuła backhandowe piłki jak w tym secie.
Jak to mówią: wielkie zwycięstwa rodzą się w bólach. Patrząc na to, co oglądałem w nocy i mając przywołaną maksymę na uwadze, muszę, choć nie wiem czym to racjonalnie uzasadnić, dalej pozostawać optymistą. No to pozostaję.
Inne tematy w dziale Sport