A wydawało się, że się nie da. Polak jednak, jak wiemy, potrafi.
Dwa wątki można dziś, w związku z przedmiotowymi mistrzostwami, rozpatrywać. Pierwszy – polski. Ale jest też drugi. Totalna kompromitacja FIS. Nie tylko w związku z niedopuszczeniem Prevca do skoku.
Zacznijmy od wątku pierwszego. Wczoraj pisałem o kompromitującym występie Polaków w zawodach o indywidualne mistrzostwo świata w lotach. Notabene, jak słusznie zauważył podczas transmisji komentator tejże Michał Korościel, były to nie mistrzostwa, a wicemistrzostwa świata, bo przewaga Domena Prevca nad resztą stawki była tak duża, że uzasadniała w pełni jego opinię.
Okazuje się, że piątkowa pierwsza seria, która była przepustką do występów we wszystkich czterech konkursowych podejściach, a której to przeszkody nie przebrnęli, należąc do dziesięciu najsłabszych uczestników mistrzowskich zawodów, trzej z czterech naszych reprezentantów, to był zaledwie wstęp do dzisiejszej katastrofy, bo tak trzeba to nasze skakanie w Oberstdorfie w konkursie drużynowym nazwać.
Czytam protokół z przedmiotowych zawodów. I widzę. Oprócz ultra egzotycznych w tym sporcie Kazachów (w dodatku skakali bez dwóch najlepszych zawodników) i amatorów z USA (choć jeden z nich, Frantz, akurat też pokonał w I serii Stocha, Kubackiego i Zniszczoła), czyli zespołów, które startują głównie dla frajdy (i żeby FIS mógł się pochwalić większym rynkiem oddziaływania), a nie dla zwiększenia rywalizacji, wymienieni kawałek wyżej nasi reprezentanci, na 32 skoczków dopuszczonych do drugiej serii (8 zespołów po czterech zawodników) zajęli, odpowiednio, miejsca: 27 (Stoch), 30 (Kubacki) i 31 (Zniszczoł). Biorąc pod uwagę fakt, że Domen Prevc mógł oddać tylko jeden skok i, siłą rzeczy, nie mógł ich wyprzedzić, Zniszczołowi przypadło w udziale OSTATNIE, Kubackiemu PRZEDOSTATNIE, a Stochowi PIĄTE OD KOŃCA miejsce w dzisiejszych zawodach. Aleksander Zniszczoł oddał w serii finałowej skok na odległość 138m. To było 6,5m krócej niż w I serii skoczył jeden z największych indolentów w historii tej dyscypliny sportu, Kazach Muminow. Nie mam słów. I to „NIEMANIE” niech będzie za komentarz do wątku nr 1.
Teraz wątek drugi. Nigdy nie myślałem, że to napiszę. FIS pod rządami Pertile jest gorszy niż ten pod rządami Hofera. Ale nie raz czy dwa gorszy. On jest gorszy NIEPORÓWNYWALNIE. Pertile to jest pajac, który w ogóle nie ma pojęcia czego chce. Hofer to przynajmniej TO wiedział. Chciał, żeby w tym sporcie niepodzielnie panowali Germanie. Zarówno jak chodzi o sferę decyzyjną, ale również organizacyjną, a efektem wypadkowym tych dwóch składowych miała być dominacja sportowa.
Pertile nic nie wie, wygląda jak głupi Jaś i psuje każde kolejne zawody. MŚ w lotach, dzięki swojej ULTRADEBILNEJ zasadzie „safety first” zamienił w parodię. Jury tak poustawiało belki, że przeciętna długość skoku była porównywalna z długościami osiąganymi za czasów Piotra Fijasa, gdzie skakano na skoczniach ze znacznie mniejszym HS czy, jak kto woli, KK. No i ten numer z dzisiejszą dyskwalifikacją Prevca. Teraz, uwaga, będzie teoria spiskowa.
Chyba im się wydało w pewnym momencie, że Niemcy mają szanse na medal. Pod jednym warunkiem. Że pozbawi się na to szans którąś z drużyn, którym sportowo nie dostają. No i padło na najsłabsze dziś ogniwo triumwiratu Austria-Japonia-Słowenia. Zresztą. Austrii pewnie nikt nie zamierzał w żaden sposób szturchać. A Słoweńców najlepiej uglebić zabierając im lidera.
Wg relacji jednego ze słoweńskich działaczy każdy zawodnik przed kontrolą powinien oddać narty do ręki asystentowi kontrolera. Ale jak Domen miał je mu oddać, skoro nikogo takiego nie było? No więc oparł narty o namiot. Tak jak to zrobili wcześniej inni. I nagle ktoś, ciekawe kto, o jego narty zahaczył. I narty upadły, a jedna, oprócz tego, że zjechała na sam dół wybiegu, o mało nie spowodowała dramatu na skoczni. Ciekawe co by było, gdyby przewróciła się 5 sekund później? Myślicie, że Lindvik byłby cały? Bo miał już zielone światło.
Jedno w każdym razie jest pewne. Nie było na miejscu przedstawiciela FIS, który winien odbierać narty od zawodników, którzy muszą przejść na górze na kontrolę. Czy to nie jest wystarczający powód, żeby pozwolić Prevcovi skakać? Ale nie. Powołali się na przepisy, które nakazują im delegowanie do konkretnej czynności pracownika, którego nie delegowali.
Na szczęście nie wypaczyło to aż tak strasznie wyników, bo Słoweńcy i tak nie zdobyliby tytułu. Ale medal brązowy już zdobyć mogli.
Tak czy inaczej. Bardzo zasadne było pytanie, które zadane zostało w polskim studiu po zawodach byłemu prezesowi związku, Tajnerowi. Kto się bardziej skompromitował w dniu dzisiejszym: reprezentacja Polski czy FIS? Tajner, stary FIS-owski podlizus, stwierdził, że nasza reprezentacja. Ja, gdyby mnie zapytano, odpowiedziałbym, że padł wyjątkowo zasłużony remis.
I ja się ze sobą zgadzam.
Inne tematy w dziale Sport