Sprowokowany postem , a kogóżby innego jak nie publicysty ulubionego medium tych wszystkich Polaków, którzy mają monopol na światło, rozum i prawdę, postanowiłem „wielkiej ikonie” też słów parę poświęcić.
4 czerwca to dużej wagi dzień. Przynajmniej dla mnie. W roku 1989 odbyły się pierwsze, w miarę normalne, wybory od przedwojnia. W tym samym dniu miały miejsce wydarzenia na Tienanmen. Żeby czasem nie było tego za mało trzy lata później bohater mojej notki (wraz z przyjaciółmi, na których wcześniej nie zawsze mógł liczyć) "uratował kraj przed możliwością największej katastrofy w dziejach tego państwa na pewno, a kto wie nawet czy nie świata". Ale o katastrofie potem albo i nie..
Lech Wałęsa był dla mnie, przez długie lata, number one. Wszystko, co wielkie kojarzyłem z nim. Walkę z komunizmem, grudzień 1970, wielki sierpień, przywództwo, niezłomność, bezkompromisowość a jednocześnie zmysł polityczny, walkę z grubą kreską. Jednym słowem rękę dałbym sobie odciąć. Przynajmniej w momencie wyborów 1990. Ale niedługo po nich zaczęły do mnie (jak pewnie i do wielu milionów zwykłych obywateli) niepokojące sygnały. Nie chciało się wierzyć. Ani Gwieździe, ani Walentynowicz, ani Wyszkowskiemu, nawet Kaczyńskim (choć tu rysa była znacznie mocniejsza). Człowiek nie dopuszczał do siebie pewnych, wydawałoby się, niesamowitych i niewytłumaczalnych wiadomości.
Wydarzenia z 4 czerwca 1992 i kilkunastu poprzedzających go dni spowodowały u mnie szok. Przyznaję, ze dopiero po oglądnięciu „Nocnej zmiany” (nie pamiętam dokładnie, ale jakimś cudem znalazło się to kilka dni później na antenie telewizyjnej) wszystko stało się dla mnie jasne. Wszystko co było później, w tym nawet odsłaniane tajemnice kryjące się w archiwach IPN-u, było już dla mnie tylko uzupełnieniem mojej nabytej wiedzy i przekonań. „Bolek” wyszedł z cienia. Wiara w idola prysła jak mydlana bańka.
I ktoś taki ma w imieniu moim i mojego kraju przyjmować prezydenta najważniejszego kraju na świecie, ostoi zachodniego porządku tego świata? Ten relatywizm redaktorów Wybiórczej przerasta wszystko. Nawet moje zdziwienie.
Argumentacja, że wzbudza w Amerykanach euforię? Panie Węglarczyk! Ale on w Polakach wzbudza obrzydzenie! Pan to możesz w ogóle zrozumieć?
Lech Wałęsa to największy zawód mojego życia. Człowiek, w którym pokładałem największe swoje nadzieje na powrót mojej ojczyzny do normalności i który te nadzieje znacznie oddalił, jeśli nie przekreślił.
Jestem chrześcijaninem, ale nie potrafię mu w tej chwili wybaczyć. Może kiedyś...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)