Jan Herman Jan Herman
102
BLOG

Duma Pospolita

Jan Herman Jan Herman Sejm i Senat Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Mam w ręku – nabytą jakiś czas temu – książkę podyktowaną Annie Kłys przez Bohdana Smolenia „Niestety, wszyscy się znamy”.  Mam też książkę wydawnictwa Homini pod redakcją Grażyny Osiki „Bunt i Reforma”.

Co mają zapiski wziętego komedianta z filozofią polityczną? Ano: Smoleń żył jak chciał (dopóki był na chodzie), nie buntując się i ignorując rozmaite reformy: był „równoległy” wobec dziejącej się rzeczywistości systemowo-ustrojowej.

Żebym nie zapomniał: we wspomnieniach Smolenia aż nazbyt wyraźna jest aluzja, że jego sceniczny partner, imieniem Zenon – to co najmniej „stuk”. A że do tego geszefciarz – to już pisze jawnie i dużymi literami.

 

*             *             *

Przekaz ideowo-ustrojowy, jaki wykuwaliśmy na pamięć podczas niektórych lekcji licealnych – był infantylnie nabzdyczony, co więcej: znałem osobiście kilka osób utytułowanych i jednocześnie ustosunkowanych, które ten przekaz traktowały śmiertelnie poważnie, a nawet go współtworzyły, nie tylko propagowały. Na przykład dr. Mieczysław K, człowiek serdeczny i prosty w wierze socjalistycznej, w pewnym momencie stemplował wszystko przymiotnikiem „socjalistyczny”: demokracja – socjalistyczna, produkcja – socjalistyczna, moralność – socjalistyczna, związki zawodowe – socjalistyczne, reformy – socjalistyczne. Był Mieczysław – miałem przyjemność obcować z nim przy wielu okazjach – „pomocnikiem literackim” PRL-owskich prominentów, więc miał okazję ich ustami (kiedy przemawiali Mieczysława  notatkami) objaśnić narodowi, o co chodzi. na każde użycie epitetu „socjalistyczny” miał swoje głębokie uzasadnienie.

Napisałem kiedyś – i opublikowałem – artykuł w stylu Szpotańskim, o tym, jak Mieczysław trafia bezbłędnie w sedno każdej sprawy, wdmuchując w nią swoja receptę na socjalistyczność. Były lata 80-te. Powinien był mnie po tym zamordować. On zaś z tą samą serdecznością, jaka emanował zawsze i wobec każdego – pogratulował mi tekstu, zaznaczając, że nie wszystko z jego dorobku poddaje się takiej krytyce, jaką zaprezentowałem. No, wolałbym dostać po pysku, wtedy przynajmniej miałbym jasność, że „podskakiwałem”.

Do dziś funkcjonuje aktywnie na zapleczu poważnej polityki, nie wiedzieć czemu po lewicowej stronie (może z przyzwyczajenia), profesor Paweł B., który konsekwentnie nazywa siebie technokratą (stąd moje zdziwienie jego auto-lewicowością), a wcześniej zajmował się podpowiadaniem „najwyższym czynnikom realnego socjalizmu”, jak administrować sprawami gospodarczymi. Stężenie „najwyższości mojej racji”, jakie z niego emanuje, jest tak nasycone, że gotów jest – co znów niedawno uczynił – przy kilkuset ludziach nie dopuścić poważnego dyskutanta do głosu, bo „ja znam pańskie poglądy”. Jakiż ładunek chamskiej pogardy dla „zwyklaków” musi w nim być, skoro nie zauważa śmieszności podanej przyczyny odmówienia mikrofonu: przecież na sali jest kilkuset takich, którzy poglądów pana Władysława akurat nie znają, więc może chcieliby się z nimi zapoznać…? Kto zresztą zna kulisy tego wydarzenia – ten jest jeszcze bardziej zszokowany: Profesor sam poprosił pana Władysława, kilka dni wcześniej, by on powiedział swoje podczas ważnego kongresu…

 

*             *             *

Tak zwana klasa pracująca, szczególnie ta jej część, którą omijały rozmaite przywileje ustrojowe, brała propagandę ustrojowo-systemową równie poważnie, jak jej roznosiciele. Takie sprawy jak mieszkanie, zatrudnienie, bezpłatna oświata, urlopy wypoczynkowe, prawo do chorowania, wstręt do dorobkiewiczostwa, infamia na wszelki fałsz i dwuznaczności, odpowiedzialność władz przed ludem, socjalne wsparcie dla słabszych – to były dla każdego szaraka oczywistości.

Karmił się tym wszelki „element antysocjalistyczny”. Paradoksalnie, określeniem tym stygmatyzowano każdego, kto obnażał „wypaczenia” bez uzgodnienia z czynnikami oficjalnymi (bo to one decydowały, jakie i czyje wypaczenia wolno piętnować). A tymczasem narastał ów element antysocjalistyczny w Nomenklaturze, i to on karmił się tym, że Polacy-szaracy brali dosłownie zawołania ideowe, które oni sami – nomenklaturszczycy – uznawali za sztance i formułki, oderwane od treściwego życia.

Głupio jest dziś przypominać, że Solidarność nie była u swoich podstaw antysocjalistyczna (wystarczy przeczytać 21 postulatów), więc Wałęsa trochę bzdurzy  zwłaszcza on zresztą, kiedy opowiada dyrdymały o swoim antykomunizmie. Ludzie po prostu – korzystając z mocy, jaką im nadał sam ustrój-system, formując w „wielkoprzemysłową klasę robotniczą” – żądali konsekwentnie: sekretarze najmilsi, nie pieprzcie o socjalizmie, tylko go nam tu zaprowadźcie, przywróćcie, dajcie nam pooddychać nim. Najbardziej może „przeciw” były Wolne Związki Zawodowe z jednej strony, a KOR z drugiej. Nawet ich nazwy są korzennie socjalistyczne.

Sama Solidarność – ta dzisiejsza – nigdy się nie przyzna, iż pluje sobie w brodę za to, że dała się podpuścić Balcerowiczowi. Bo, faktycznie, mający większościowe poparcie społeczne związek zawodowy, który roztacza polityczny parasol nad generatorem bezrobocia, nad rozbójniczą prywatyzacją, nad pozostawieniem sektora rolniczego prawom wilczym, nad grupowymi zwolnieniami idącymi w tysiące za dojutrkowy ochłap – ma się czego wstydzić.

 

*             *             *

Na to wszystko wchodzili tacy „równolegli” jak Bohdan Smoleń. On się nie nabzdyczał ani „za”, ani nawet „przeciw”. Czyż cenzura mogła go zniszczyć, kiedy on – jako Pelagia – kpi sobie z niej w najmniej oczekiwanym miejscu skeczu? Zenon udający reżimowego dziennikarza pyta Pelagię o sukcesy produkcyjne. A ona na to: „a dla kogo ten wywiad?”. Cała późniejsza część skeczu to już tylko ornament i sztukateria, bo sedno nabzdyczenia propagandowego właśnie w tym pytanku Pelagii  zostało obśmiane. Podobnie jak w zupełnie „dodatkowym” zatroskaniu wykonawcy „poznańskiej pieśni tramwajowej”: ludzie, coście tacy zwarzeni, przecież jedziecie do pracy?!? No, i najbardziej przeze mnie ulubiony dwuwierszyk z piosenki „Kiedy śledź wpadnie w sieć”: to opowieść o prostym śledziu miotającym się pośród reżimowych ograniczeń, w niej zaś smaczek: a gdy sił już śledziowi brakuje, życie w sieci się normalizuje…

Książka „Bunt i reforma”, opublikowana 5 lat temu – to 400 stron tego, co pan Bohdan Smoleń potrafi opowiedzieć jedną anegdotką. Ale cóż taka książka znaczy przy smoleniowej maszynce na „kurdlacze”. Otóż kurdlacze – to takie małe stworzonka zawsze cos złośliwego zdolne wykręcić…

Dlatego lekturę filozoficzno-społęczną zostawiam dla siebie, a Czytelnikowi zalecam guglowanie smoleniowe. Miłej uciechy…

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka