Sprawa, oprócz oczywistego ksenofobicznego potencjału, ma posmak dwóch arcyciekawych smaczków.
Smaczkiem pierwszym jest fakt, ze "khat", mózgotrzep słaby i trudny w użyciu, jest popularny wyłącznie na obu wybrzeżach Morza Czerwonego, gdzie jego zażywanie stanowi część dziedzictwa kulturowego biedoty, której nie stać na "ganja". Po upadku państwa w Somalii narkotyk ten stał się niemal znakiem rozpoznawczym tamtejszych kryminalnych gołodrańców; ale na rynku europejskim jest to używka tak słaba i tak egzotyczna, że jeszcze 20 lat temu w Antwerpii nie wiedzieliby, co z takim wagonem zielska zrobić. Zaś we Warszawie można by taki transport rozprowadzić wyłącznie między tłumem nieświadomym, jako rzadką przyprawę do kebaba.
Smaczek drugi jest taki, że silne kobiety, nosicielki bliskowschodniego dziedzictwa kulturowego, przyleciały - z tymi siatami melanżu! - lotem wprost z Tel Awiwu. Z lotniska Ben Gurion. I tu powstaje pytanie: w jaki sposób najlepsze na świecie, wypraktykowane w oblężonej przez cały, antysemicki świat twierdzy Erec Hakodesz izraelskie tajne, widne i dwu-płciowe służby bezpieczeństwa, które rutynowo potrafią dopatrzyć się niebezpiecznego terrorysty w kilkuletnim dziecku, albo ciężarnej kobiecie, pozwoliły sobie - przed samym nosem, drogą lotniczą, przez bramki, rentgeny i psy tropiące - wywieźć z kraju taką paletę zioła.
# tradycja


Komentarze
Pokaż komentarze (11)