Sprawa nie jest taka oczywista. Bo gdy jedyną społeczną alternatywą "wierzenia religijnego" były onegdaj kamienie u szyi, stosy, czy też systemowe przemysłowe krucjaty, to była to potrzeba czy moda? Statystyka ówczesnych "wierzących" wskazywałaby, że moda - natomiast statystyka "niewierzących", że zaledwie instynkt zachowawczy, czyli że pierwotna potrzeba. Wiara była modna, bo niewiara nie gwarantowała sukcesu w życiu. Oczywiście w tym biologicznym znaczeniu.
Czyli gdyby mierzyć najcenniejszą wartością jaką posiada człowiek, to zarówno moda jak i potrzeba. Cena, jaką się płaciło za bycie niemodnym i niekoniunkturalnym wydaje się rozstrzygającą cezurą. Śmiało więc można każdą religijną aktywność nazwać "cywilizacją życia". Żyją tylko ci, którzy deklarują, że wierzą w lokalnie uznawaną religię. Taka moda.
Śmiechy śmiechami, ale ostatecznie to nie spekulatywna i ledwie deklaratywna wiara religijna, a wiedza i postęp weryfikują ludzkie imperatywy. Siekli więc ci modnisie, palili, gwałcili topili w obronie swojej wiary nadaremno? W co zatem ta wiara? Tylko w siłę? Czy również i w imię powiedzmy że potrzeb estetycznych?
Dylemat, czy deklaracja religijna to bardziej potrzeba czy bardziej jednak moda, pokazuje też coś innego niż ludzką hipokryzję i potęgę miłości własnej, która w obronie osobistych przekonań pozwala mordować. Pokazuje też przecież zwykły ludzki strach. Mamy prawo się bać. Zwłaszcza tych, którzy są radykalnymi estetami.
![]()
Szkopuł w tym, że każdy na swój sposób jest estetą. Tylko że jedni lubią jak krew tryska w kinie, a drudzy zdecydowanie wolą, gdy tryska na żywo. Zdarzają się też i tacy, którzy nawet w kinie nie potrzebują krwi, ale to już raczej szczegóły. Bać się chyba trzeba tylko tych, którzy kino z życia robią jak wszyscy, tylko traktują to śmiertelnie poważnie. No i zdają się nie wiedzieć, że to m.in. tylko taka ich moda.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)