nerwica eklezjogenna nerwica eklezjogenna
91
BLOG

Bezcenna mina zbawcy narodu

nerwica eklezjogenna nerwica eklezjogenna Polityka Obserwuj notkę 4

Widowiskowość rozłamu w PiS nieco chyba przysłoniła nam meritum tego konfliktu. Chodzi przecież o sprawę nieszczęsnego, wciąż niewskazanego palcem pisowskiego delfina. Dlaczego „nieszczęsnego”? Właśnie dlatego, że oficjalnie wciąż go nie ma, podczas gdy w rzeczywistości już się wyłonił. I będzie nim tym bardziej, im usilniej jego przegrani konkurenci będą dowodzić, że nim nie jest.

Paradoks polega na tym, że to Sasin z Czarnkiem, a nie prezes, zbudują Morawieckiego jako naturalnego następcę tronu. Jarosław Kaczyński po prostu przespał właściwy moment. Zamiast wystąpić w roli monarchy nakładającego koronę swojemu następcy, coraz bardziej skazuje się na rolę władcy, który ostatecznie będzie musiał złożyć mu hołd. 

Kaczyński miał prawo tego momentu nie dostrzec. Morawiecki nie jest przecież politycznym osiłkiem wymachującym cepem na oślep. To zawodnik z innej ligi. Dodatkowo bardziej cierpliwy, bardziej wyrachowany i znacznie lepiej rozumiejący mechanikę sukcesji.

W kwestii delfina jest więc już raczej pozamiatane. Największym przegranym tego trwającego nie od dziś pata okazuje się sam jego twórca. Zapewne osobistą tajemnicą Jarosława Kaczyńskiego pozostanie, dlaczego konsekwentnie lekceważył sygnały domagające się wskazania następcy. Nie ukrywał przy tym, że niepewność wśród pretendentów nie jest dla niego problemem - przeciwnie, ułatwia mu utrzymanie kontroli nad partią.

Morawiecki raz po raz, z wdziękiem i gracją, udowadnia, że nie zależy mu ani na rozbiciu partii, ani na zdetronizowaniu prezesa. W narracji o jedności jest wiarygodniejszy nie tylko od Sasina i Czarnka, ale także od samego prezesa. Ma talent, którego próżno szukać u jego wewnątrzpartyjnych, zajadłych przeciwników.

Kaczyński dał Morawieckiemu czas do czwartku. Jednocześnie zastawił sprytną pułapkę, a sobie zostawił furtkę. W swoim ostatnim oświadczeniu nie wskazał, kto jest tym, który rozbija partię. Dzięki temu może się nim okazać każdy.

Można więc nawet zażartować, że po raz pierwszy wpuścił demokrację do PiS. Choć w istocie bardziej przypomina to zasadę: niech się dzieje wola nieba.

Bo chodzi tu przecież głównie o to, by berło emerytowanego zbawcy narodu Kaczyński oddał na własnych warunkach. Morawiecki zaś spokojnie poczeka do tego czwartku...


image

Bóg to za mało

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka